Czarny czwartek, od tego się zaczęło…

Świadomość – słowo trudne do ogarnięcia umysłem. Kiedy pierwszy raz ją poczułam, jako małą iskierkę wiele lat temu, wtedy automatycznie weszłam na nową drogę. Drogę świadomości. Z czasem zaczęłam czuć tę zmianę na różnych poziomach życia. Zaczęły dziać się dziwne i niewytłumaczalne rzeczy, dziwne zbiegi okoliczności. Wszystko powoli zmierzało ku jednemu…

Jest kilka poziomów świadomości. Najlepiej chyba mówi o tym Klaudia Pingot.

To jest najbardziej kompatybilne z moim doświadczeniem, więc po prostu to wstawię. Nie znaczy, że stuprocentowo. Jakiś tam wycinek się zgadza.

Długo mnie nie było. Co nie znaczy, że nic się nie dzieje. Dzieje się tyle, że trudno o tym mówić. Nie czuję takiej potrzeby, aby ubierać to jakoś w słowa. Pozwalam na to, by wszystko przeze mnie po prostu przepływało. Nie mam już celów. Nie mam potrzeby zmieniania świata czy jego poprawiania. Totalnie zniknęła we mnie chęć zmieniania ludzi i prostowania ich ścieżek, pomocy. Nawet nie wiem czy czuję nadal potrzebę, by go oswajać za pomocą słów, co było jednym z celów tego bloga. Nie mam żadnego parcia, by prowadzić dalej ten blog. Po prostu płynę i daję się nieść. Podobnie jak Klaudia, nie wiem dokładnie, na którym z poziomów jestem. Wiem, że bywam na czwartym. Od bardzo niedawna wprawdzie, ale bywam. Odwiedzam też trzeci, ponieważ wciąż zdarza mi się brać dwa kroki w tył. Nie czuję też większej potrzeby, aby w ogóle w jakikolwiek sposób się klasyfikować gdziekolwiek. Poziom, który Klaudia określiła jako Quantum, jest mi znany. To wszystko. Nawet, kiedy ludzie wytykają mi jakieś porażki i zwracają uwagę na błąd, mnie to już nie dotyka tak, jak zdarzało się to kiedyś. Już nie walczę z tym. Tak samo jak nie dotyka mnie cofanie się do niższych poziomów.

Nie to jest najważniejsze, na jakim poziomie jesteś…

Moja intuicja jest dla mnie najważniejsza. Z niej czerpię. Klaudia mówi (a raczej pisze na takiej wstawionej w filmie tablicy) również o stanie ufności. Po raz pierwszy w życiu przyznam się do tego, że owszem tak, ufam. Jednak nie wiem czy to jest dobre określenie. Ta ufność to rodzaj pewności we mnie. Jednak nie umiem nadać temu jeszcze innego określenia, więc przyjmijmy, że będę używać tego. Bo słowo pewność również nie jest adekwatne.

Ufam tej energii we mnie. Może nie zawsze na 100%, bo jeszcze miewam z tym problemy, ale czuję ją w głębi serca. Czasem właśnie tak mocno, że ze wzruszenia łzy płyną ciurkiem i nie umiem wyjaśnić czemu. Niektórzy mówią na to flow. Niech będzie. Kiedyś potrzebowałam dużo czasu, aby wejść w ten stan podczas medytacji czy relaksacji. Teraz w ogóle nie muszę się skupiać. On jakby jest cały czas we mnie. Wypowiem w myślach słowo Wszechświat i jest to flow. Czuję, kiedy energia płynie mocniej. Czuję z Wszechświatem tę jedność. Kiedy wchodzę jakby głębiej w stan alfa, czuję to najpierw jako ciarki i dreszcze przepływające po ciele, po czym robi się w środku jakby ciepło, które rozlewa się po moim brzuchu. I autentycznie czuję fale, jak przypływ i odpływ. Dreszcz, ciepło, dreszcz, ciepło. Zdarza mi się również, że w tym stanie znika mi ból, który akurat czułam. Wraca, kiedy i ja wracam do świata rzeczywistego. Raz poczułam coś tak cudownego, że nie sposób opisać. Jakby mi ktoś do żył podał zastrzyk rozluźniający mięśnie ze środkiem przeciwbólowym. Czułam jak falą rozchodzi się po całym ciele. Ból zniknął i po 2 minutach gwałtownie zasnęłam. Gwałtownie, bo nie wiem jak to inaczej ująć. Po prostu, pyk i śpię. Obudziłam się bez bólu. To dla mnie są nowe doświadczenia.

Ostatnie wydarzenia sprawiły, że weszłam głębiej w siebie, stąd moja nieobecność tutaj. Potrzebowałam tej ciszy i tego wsłuchiwania się. Potrzebowałam, by było to tylko moje. Nie czułam w sobie ponagleń, by pisać, więc nie robiłam tego.

Zaczęło się to od pewnego snu. Był tam kalendarz i zaznaczony w nim jeden dzień. Takim iksem namalowanym czerwonym mazakiem. Obraz tak szybko zniknął, że zauważyłam tylko jedynkę z przodu. Do tego dostałam dwa słowa: CZARNY i CZWARTEK. Przyszła mi do głowy tylko jakaś katastrofa w czwartek. Tymczasem chodziło o coś zupełnie innego. Chodziło o czarnoskórego mężczyznę pochodzącego z Nigerii, który wszedł w życie naszej córki i przez to też w nasze. Przyjechał do nas w czwartek. Kiedy córka mówiła mi, jakoś chyba 2 lub 3 dni po tym śnie, że wpadła w sklepie na kogoś i od razu poczuła coś dziwnego, po mojej skórze przeszedł znany prąd. Eh, to coś oznacza. Wiedźma coś poczuła, tylko z nikim się tym nie dzieliła, bo nie do końca była pewna co to oznacza. Czekała. O dziwo, bardzo spokojnie. Dziwnie spokojnie. Czy o coś jeszcze chodziło? Czas pokaże.

To był błysk, sekunda, podczas której poczułam znane wibracje. Energię tak silną, że nie sposób opisać. I czekałam…

I felt your energy Temmy. It’s enough for me.

Wszyscy dookoła pukali się w głowę, co ja robię, czemu nie zabronię, czemu nie przystopuję ich. Bo wywiezie, skrzywdzi, albo że moja córka będzie piątą żoną. A ja się uśmiechałam do Wszechświata całą duszą. Jestem w szoku, jak w naszym kraju podchodzi się do ludzi o innej skórze i innej kulturze. A Polacy zawzięcie i namiętnie potrafią wsadzać wszystkich do jednego worka. Czarnoskóry człowiek przyjeżdżający do naszego kraju nierzadko musi przejść piekło.

Po raz pierwszy poczułam coś bardzo wyraźnie. Do tej pory spotykałam ludzi, którzy zatrzymywali ją dla siebie. Ona z nich nie wypływała. Tu wyraźnie czułam wibracje rozchodzące się na zewnątrz. Nie wiem jak to inaczej nazwać czy określić. Musiałam posłuchać intuicji. Zwykle ludzie nastawieni są na branie tej energii. Zwłaszcza, kiedy poczują, że można coś uszczknąć, bo tu dają. Wtedy tylko tracę, wiec byle komu nie pozwalam i w byle co nie wchodzę. Ciężko poczuć, że ktoś coś daje. Bardzo rzadko to się zdarza. Tymczasem w tym przypadku czułam to wyraźnie. On ją dawał a ja mogłam odebrać. Jak w tym filmie „Niebiańska przepowiednia”. Tak, dokładnie tak. Tego odpowiednika szukałam. Czuję wymianę energii, jak one się wzajemnie przenikają.

Taka wymiana energii to coś niezwykłego. Dotąd nigdy nie pozwalałam sobie na to, ponieważ nie spotkałam właściwych ludzi. Sporadycznie wchodziłam w czyjąś energię, jeśli wiedziałam, czułam, że mogę, bez krzywdy dla siebie. Choć z perspektywy czasu widzę, że zwykle to odczuję.

Czy wiecie, jak wielką moc miałby Wszechświat i my wraz z nim, gdybyśmy wszyscy, bez wyjątku dzielili się wzajemnie tak pięknymi energiami i wibracjami? Każda taka wymiana to potężna dawka mocy, która już dziś jestem w stanie sobie wyobrazić. Zapiera dech…

Jestem o tym przekonana, że nie bez powodu zostałam wcześniej poinformowana o przybyciu tego człowieka. Na bank nie wiem wszystkiego ale dowiem się.

Jego przybycie uświadomiło mi tak wiele rzeczy. Jakbym weszła schodek wyżej na drabinie świata. Jakby tego puzzla mi tylko brakowało, aby iść dalej. Zrozumiałam, że mam opiekę, jakkolwiek to dziwnie zabrzmi. Że po tamtej stronie są istoty, które mnie wspierają i wspierać będą. Że Wszechświat dba o mnie. No, i przede wszystkim, że w tym słabym ciele i silnej duszy jest jakaś moc, której najwyraźniej nie dowierzam jeszcze. Jeszcze nie umiem z niej korzystać.

W moim życiu nie ma przypadków. To jest pewne. Być może jest tak, jak pisze Klaudia, że one zdarzają się ludziom na tym pierwszym poziomie. Jednak u mnie ich nie ma i tego jestem pewna.

Wszechświecie, pamiętasz jak latem wyraziłam chęć dalszej nauki języka angielskiego? No, teraz nie mam wyjścia, bo muszę się jakoś z tym człowiekiem porozumieć. Dzięki. Za wszystko… W przeciwny sposób mnie wysłuchałeś.

Thank you, that you are in our life, Temmy.


Jeden maleńki krok, to nasze cichutkie TAK, może wywołać lawinę, której już nie zatrzymasz…


8 myśli w temacie “Czarny czwartek, od tego się zaczęło…

  1. Nie wiem co napisać… Odnośnie relacji ludzkich to chyba wiesz co mam na myśli.
    Odnośnie Klaudii – owszem, jej doświadczenia bardzo pokrywają się również i z moimi, chociaż śmiałabym twierdzić, że dzięki mojej głuchocie nie wyszłam nigdy z poziomu Quantum będąc dzieckiem. Pozwalałam sobie tylko na granie jako Sims, ale hej hej, jedno mi nie pasuje u niej – zabrakło Totalnej Biologii? Większość chorób, które mamy są połączone z naszymi rodzinami, ja musiałam wpierw podziałać kwantowo na relacje z danym członkiem rodziny, by uzdrowić moje ciało. Odwrotnie by to nie poszło. Nie zapominajmy, że „magia” istnieje również w rękach dobrych lekarzy i my sami możemy wpłynąć by dany lek, zabieg czy cośkolwiek miał na nas pozytywny wpływ (ja dlatego decyduję się na szpitalne leczenie wirusa HCV zamiast działać na poziomie umysłu, nie, że słaba jestem, próbowałam na wszelkie sposoby i drogi, najwidoczniej muszę wspomóc się materialnymi środkami). Nie zapominajmy też, że wybieranie rzeczywistości a’la Zeland czy ww Klaudia mało co mają wspólnego z naszym osobistym przeznaczeniem i lepszą opcją będzie po prostu przeżyć nasze życie po swojemu.
    No i osobiście nie jestem fanką grupowych medytacji, pewnie dlatego, że ten stan jest mi zwykłą wodą do picia a moja dusza nie lubi się „dzielić”, ma swój kokon ochronny (nie ode mnie).
    I dziękuję za wspomnienie na blogu ❤

    1. Aneciu i co ja mam dodać? Napisałaś chyba wszystko, co we mnie też siedzi. I to od dawna. Nie jest to wcale stricte związane z samą Klaudią. Ogólnie spotkałam się z takim spojrzeniem. Jak to napisać? Bez ujęcia biologii właśnie, może tak. Wielu ludzi tak podchodzi do tego. Może nawet większość jest związana z duchowym rozwojem. To już nie jest zgodne z moim doświadczeniem. I też wiele razy moja dusza mówiła, że to nie tak, że jestem słaba, bo tu chodzi o coś innego. Tylko tego w słowa ująć nie mogłam. A Ty mi zawsze fajnie pomagasz.
      To ja Ci dziękuję, bo nasze dzisiejsze rozmowy u Ciebie, pod Twoim postem, pomogły mi ująć w słowa to, co miałam w duszy. Kiedy zaczynałam pisać komentarz, nie wiedziałam za bardzo co mam napisać, ale czułam, że mam napisać. I poszło… Tak mi coś świdrowało w tym Twoim wpisie.

      1. Nie ma sprawy. Mi jeszcze kiedyś wpadło do głowy coś – że poprzez nasze „doświadczenia”, cierpienia, dźwiganie ciężarów, emocji na swoich barkach nie pomagamy tak właściwie sobie, ale innym… Naprawiamy innych życia, prostujemy ścieżki, oczyszczamy. To coś większego niż tylko budowanie własnego rozwoju i dążenie do transformacji, to egoistyczne trochę. Nie wiem jak u Ciebie, ale moje „działania” sięgają wielopokoleniowych relacji ludzkich (coś jak wbudowane ustawienia Hellingera, tyle, że kwantowo, wizualnie) więc co jak co, ale empatii i pokory trzeba niemało mieć. Wszak w pracy jestem na Ziemi, tutaj, teraz…

        1. Nie wchodziłam nigdy w ustawienia Hellingera, ale rozumiem to, co piszesz tak po swojemu. W moim dość prostym języku, to brzmi tak, że od niedawna wiem, że to coś więcej niż tylko rozwój czy transformacja. Bez wnikania w szczegóły tutaj. Czasem czuję, widzę komu to pomaga. Kogo ja „ciągnę” (choć to niezbyt dobre określenie). Od dawna czułam …wpływ… Czasem taki malutki, ale jakże ważny. Czułam, że to co robię ma jakby inny sens niż mi się wydaje. A nawet to, czego nie robię. Bo nie wszystko muszę teraz zrozumieć. Przyjdzie na to czas właściwy. Nauczyło mnie to pokory i… zaufania. Choć to ciągle nie to słowo. Zaufania, zwłaszcza wtedy, kiedy biologia dochodzi do głosu i wypływają wszystkie ziemskie sprawy. Ale teraz już wiem, że jestem kimś więcej niż myślę. I wiem, że wszystko jest takie, jakie powinno być, a ja też jestem tu w pracy. Tak, to chyba dobre określenie. Jest robota do wykonania i w razie wątpliwości mam słuchać tylko siebie. Robię to jak najlepiej potrafię.
          Często tak czuję, że mam porzucić mój własny „egoizm”, chęć transformacji i wyjść ponad to, bo tam jest sens. Nie wiem czy to dokładnie to, o czym mówisz, bo nie znam tych ustawień. Tyle mi tylko dusza na ten moment powiedziała.

          1. Tak, to też nie zaufanie, ale bardziej jak stłumiona pewność, że to to. To jeszcze nieokreślone i ukryte i pewnie nie ma jak na razie słowa na to. Ale doskonale wiem o co Ci chodzi.
            Ustawienia Hellingera (ustawienia systemowe/konstelacje rodzinne) polegają na wyjaśnianiu niezrozumiałych zachowań danego człowieka, dziwnej karmy, klątw wynikłych z innych relacji czy wydarzeń w rodzie. Jest to bardzo kontrowersyjne, arcytrudne i nie dla każdego. Polecił mi to mój Tarocista, kiedy próbowaliśmy rozwikłać klątwy w moim rodzie, a która miała wpływ na mnie i całą moją rodzinę (kilkaset pokoleń wstecz), ale moja dusza stanowczo zaprzeczyła tym ustawieniom i pokazała mi jak mogę to sama „ustawiać” bez szkody dla siebie i innych ludzi. I udało się, chociaż to nie była łatwa sprawa.
            Każda z nas ma swoją rolę tutaj i tak jak mówisz – słuchać siebie. My jesteśmy ponad to wszystko co Ziemia nam oferuje, my tylko poprzez te „oferty” duchowe przypominamy duszy, że mamy tę samą moc i możemy same działać. Coś takiego.

            1. A moja dusza w ogóle nie reaguje na to, co piszesz o tych ustawieniach. Nic, zero reakcji. Nie czuję tu energii, nie czuję wibracji. Nie mogę więc się odnieść. U mnie wszystko idzie jakimś własnym torem, mojej duszy wiadomym.

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.