Ulegać czy nie ulegać? Czyli moja wersja złotego środka.

Odkąd pamiętam zawsze byłam odporna na społeczne presje i krytyczna wobec jakichś tam norm społecznych. Żyję w zgodzie z własnymi wartościami i przekonaniami. Opieram to na własnej refleksji i doświadczeniu. Czy to dobrze być nonkonformistą? No, nie zawsze. Czasem można od reszty dostać po głowie. Jednak to właśnie ten nonkonformizm jest moim złotym środkiem, między konformizmem a antykonformizmem.

Nie raz już tak bywało i nie dwa, że mi się dostało. Nie podchodzę jednak do tego jak do dobra czy zła. Ma to swoje plusy i minusy, jak wszystko w życiu. Jak już wspomniałam, można czasem odczuć na sobie gniew ludzi za swoje podejście do sprawy. No, ale cóż. Plusem jest to, że wraz z tym nonkonformizmem dostałam również siłę, by z tym ludzkim gniewem sobie radzić. 😉

Owszem, potrafię być krytyczna i nie widzę w krytyce nic złego. Krytyczna w tym sensie, że mam inne zdanie na jakiś temat. Czy to już krytyka, czy nie? No właśnie. Mniejsza jednak o definicje. W taki sposób, to cały świat byłby jedną wielką krytyką, bo ile rzeczywistości, tyle prawd. Bardzo jednak pracuję na formą wydawania poglądów, nieuniknionych ocen i opinii, nad ich wyrazem. Dbam o to, by nie obrażać innych. Nie mam wpływu jednak na emocje innych i na to, co ich dotyka. Mimo moich wszelkich starań, emocje są nieuniknione, ale one wynikają tylko z konfrontacji własnej mojego rozmówcy. Uczę się tej krytyki przy każdym zetknięciu z nią. Lubię obserwować siebie, swoje reakcje i reakcje innych. To duża wartość. Wiele razy pisałam, że jest ona bardzo dobrą lekcją i tak to traktuję. Umiem z niej wyciągać wnioski. Czasem jestem krytykowana za taką postawę a nie inną, ale nie obrażam się na ludzi za to. Czasem ściągam gniew na siebie. Jest to w pewien sposób nieprzyjemne, a nie jestem przecież masochistą, żeby szukać zwady. Nie szukam, jednak umiem przyjąć. Wiem też, kiedy odpuścić i odejść. Wychodzę z założenia, że kiedy komuś jest z czymś dobrze, to nie marudzi, nie narzeka na swoje nieszczęśliwe życie. Wtedy cieszę się tym i wspieram, choćby szedł inną drogą niż moja. Jak komuś źle, to słucha różnych opcji i nie traktuje czegoś jak krytykę, tylko jako czyjąś opinię. Inną drogę. Nie lepszą, nie gorszą, tylko inną. Jak mi źle, to tak właśnie robię. Otwieram się na wszystkie możliwości, również na takie, żeby zostawić kogoś w tym własnym nieszczęściu, skoro tak mu dobrze.

Moim pierwszym i najważniejszym krytykiem zawsze był, jest i mam nadzieję zawsze będzie, mój mąż. On mnie jej uczył. Czasem bolało, ale bardzo dużo z tego wyniosłam. Wdzięczna mu jestem za to i wiem, że nigdy nie powie tego, czego nie myśli. Mogę liczyć na jego szczerość, na to, że zawsze mi pomoże i że nie będzie mnie klepał po ramieniu, kiedy trzeba zrobić inaczej. Wiem, że jeśli nawet krytykuje, to nie jest to złośliwe. Wiem, że zawsze chce dla mnie dobrze. Umiem to docenić nawet wtedy, kiedy robi to nieudolnie. Pewnie dlatego jakoś udało nam się przeżyć ze sobą te 20 lat. To od niego uczyłam się mówić NIE, kiedy dokładnie to mam na myśli i nie mieć z tego powodu skrętu kiszek. On uczył mnie tej siły…

Czasem nie zgadzam się z tym, co ktoś proponuje i umiem ten sprzeciw wyrazić. Nie boję się odrzucenia, wykluczenia z grupy. Nie boję się bólu psychicznego, kiedy ktoś mi go zadaje. Jest to wynikiem ciężkiej pracy nad sobą. Ból fizyczny jest dla mnie trudny. Na ból psychiczny mam wpływ, na fizyczny nie zawsze. Czasem nie ma się żadnego wpływu poza tabletką. Z tym duchowym bólem, z emocjami, umiem sobie radzić i nie boje się tego. Zdarzało się, że czasem tym doprowadzałam innych do wściekłości. Tym, że robię swoje i na czyjeś wściekłości odpowiadam spokojem. Czasem czyjś spokój działa na innych jak czerwona płachta na byka… Rozmawiam sobie, spokojna, zrelaksowana a tu nagle BUCH! I mega zdziwienie. Nie rozumiem o co chodzi w ogóle. Bywa i tak. Czasem dostanę mocno, poczuję emocje, jak każdy człowiek; żal, smutek. Jednak bardzo szybko wstaję, otrzepuje portki i zbieram tę siłę w sobie. I wtedy ona staje się jeszcze większa. Jak za dotknięciem magicznej różdżki.

Czasem sama nie wiem, gdzie we mnie mieszczą się te pokłady tej siły.

Nie jestem osobą, która z reguły jest na NIE, bo tak i już. Kiedy coś jest w niezgodzie ze mną to żadna siła mnie nie zmusi, aby sprzeniewierzyć się sobie. Wychodzę z założenia, że to nic złego mieć inne zdanie. Obyś tylko był szczęśliwy z tym. Jeśli jednak widzę, że ktoś nie chce przyjąć mojego zdania i słuchać, to wycofuję się. Muszę to uszanować. Nic na siłę. Kiedy jednak ktoś prowadzi publiczną dla wszystkich stronę czy bloga, musi liczyć się z tym, że mnóstwo ludzi będzie miało inne zdanie na to, co publikuje. Można wprawdzie walić epitetami na epitety, ale po co? Pierwsze chwile mojego publicznego pisania były dla mnie trudne. Nie umiałam podejmować dyskusji. Nie widziałam sensu. Trochę się też bałam napisać swoje, inne zdanie. Nie umiałam go też przyjmować. Później zaczęłam powoli podejmować dyskusje i uczyć się wszystkiego, jednak w dalszym ciągu zastanawiałam się nad sensem. Z czasem znalazłam sens. Zrozumiałam po co mi to wszystko i dlaczego warto się konfrontować z własnymi emocjami. Bo zrozumiałam, że to o moje emocje chodzi. To one są tu lekcją.

Warto więc te dyskusje prowadzić, ale nie na siłę. I z tymi, którzy są na to gotowi, zwłaszcza na przyjmowanie krytyki. Trzeba odpuścić, kiedy nie widać żadnej szansy na wspólne porozumienie.

Zrób co możesz z tym, co masz…

Nie możesz? Idź dalej… Zostaw to. Puść…

Wszystko co się dzieje, nie dzieje się przeciw mnie, a dla mnie. Zbyt wielu ludzi myśli wprost odwrotnie, że wszystko dzieje się przeciw nim. Może dlatego tak trudno się czasem dogadać.

Jedno jest pewne, życie w zgodzie z własnymi wartościami i w zgodzie ze sobą wymaga dziś wręcz odwagi. Trzeba mieć twardy tyłek, mocną głowę w świecie, w którym wszystko zdaje się być narzucone. Nonkonformista nie ma łatwo. Czasem zmuszany jest wręcz do obrony swoich wartości, zasad i stworzonych norm, ale on wcale nie chce walczyć. To nie jest buntowanie się dla samego buntowania. Buntownik to w ogóle nieodpowiednie słowo. Nie o to mu chodzi, żeby walczyć. Wprost przeciwnie… Jeśli jesteś szczęśliwy, to ok, trwaj w tym i trzymaj to szczęście. Pozwól innym trzymać je po swojemu. Nie jesteś? To zrób coś z tym. Miej tę odwagę i siłę. A potem trzymaj…

Trzymaj z całych sił…

I nie miej za złe innym, że próbują Ci pomóc w znalezieniu Twojego szczęścia. Owszem, metody są inne, ale przecież twoje własne nie skutkują… Hm?

Kiedy moje myślenie nie działa, to jest logiczne dla mnie, że muszę je zmienić, lecz jeśli działa, to trzymam się tego. Jeśli wypowiadam się na jakiś temat, to znaczy, że jest on głęboko przemyślany. Najpierw się zastanawiam, potem nie zgadzam, nigdy odwrotnie. I zawsze słucham innego zdania. Nigdy nie wiadomo, gdzie znajdę to, co mi się przyda.

Reklamy

3 odpowiedzi na “Ulegać czy nie ulegać? Czyli moja wersja złotego środka.”

  1. Niw wiem czy jestem konformistą czy nonkonformistą. Moim mottem jest – żyj po swojemu i dać żyć drugiemu. Mowie ze swojego doświadczenia. Jak go w jakimś temacie nie mam to się nie odzywam. Tylko tyle, a może aż tyle.

    1. O, dzięki za temat do refleksji. Musiałam pomyśleć… Motto wydaje się pozornie proste, a jednak to tylko pozory. Życie bowiem potrafi skomplikować nawet najprostsze rzeczy i nagle to, co tak oczywiste, przestaje takie być. I możemy stanąć przed trudną decyzją, pozwolić komuś tak żyć jak żyje (żeby zaćpał się na śmierć, choć nikomu nie zawadza poza sobą)? Czy jednak zawalczyć i spróbować pomóc? Zrobić to, co tylko można… Bo przecież taki narkoman może spełniać w całości to motto, a jednak… Albo alkoholik? Bo niby żyje sam, nie zawadza nikomu, pozwala innym żyć jak chcą, tylko niech od niego się wszyscy odp… Zostawić? Spróbować? To wszystko nie jest takie proste. Ach, żeby takie było… No wiem, czasem jest to już dbanie o swoje czyste sumienie, ale to też ważne. Kiedy mi brakuje doświadczenia w jakimś temacie, też czasem mogę tylko patrzeć i się nie odzywać. I też się zastanawiam czy to tyle, czy może aż tyle. A czasem podejmuję ryzyko w trudnych i nie tak oczywistych sprawach i próbuję pomóc, mimo wszystko. Robię, co mogę. Tylko tyle czy aż tyle? Może aż nadto? Też nie wiem…

      1. „Próbuje pomóc” jak mówisz. Ja to rozumiem i w sprawach pomocy podzielam Twoje zdaje. Moje żyj po swojemu odnosi się bardziej do życia codziennego i związanych z nim wyborów. Uzależnienia to sytuacja ekstremalna, wymagająca pomocy. Na codzień chciałbym jednak zżyć po swojemu i chciałbym mieć do tego prawo, pod warunkiem oczywiście, że nie narusza to ogólnie przyjętych norm.

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.