Na karuzeli życia

Moja dusza zupełnie niedawno dojrzała do tego, by powiedzieć STOP. Nie do końca sama rozumiałam, co dokładnie oznacza to słowo w moim życiu. Nie do końca rozumiałam, do czego się ono odnosi. Nie umiałam tego ująć w jakieś lepsze słowa, bardziej zrozumiałe. Wiedziałam jednak, że zrozumiem w swoim czasie. To przyszło tak nagle, znienacka. Chyba właśnie się udało, choć dalej nie wiem czy te słowa są adekwatne. To nic, Wszechświecie, to nic…

Oczywiście ktoś mi w tym pomógł. Dzięki Wszechświecie za tych wszystkich ludzi. I nagle bach! Łał!

Zawsze powtarzałam, jak bardzo ważne jest, by mówić życiu TAK. A co z tym NIE? Ono jest złem koniecznym? Czy zawsze trzeba mówić to magiczne TAK?

Jeśli istnieje prawda, razem z nią jest też kłamstwo. Tworząc niebo, tworzymy jednocześnie piekło. Z dobrem zło. Na tej samej zasadzie opiera się istnienie NIE. Mówiąc czemuś TAK, czemuś przeciwnemu powiemy NIE.

Dostałam mnóstwo kopniaków od życia. Każdy był bolesny, czasem wydawał się nie do wytrzymania. Jednak wytrzymałam. Jestem dziś z Wami. Za każdy byłam wdzięczna. Życie mnie hartowało. Mówiąc TAK, nie znaczy, że w imię ideałów mamy to dupsko sami wystawiać czy dać się zakopać na śmierć i że nie mamy prawa do obrony naszego życia czy naszych wartości. Mamy powiedzieć TAK temu, co będzie naszą lekcją i wyniesiemy z tego coś dla siebie. Temu, z czego wyniknie coś, co nas wzniesie, uskrzydli (mimo cholernych trudności), nie zniszczy. Nawet, jeśli w tej chwili nie rozumiem tego jeszcze. Asertywność jest potrzebna. A śmierci nie trzeba przyspieszać, ona przyjdzie w odpowiednim momencie.

Na wszystko przyjdzie pora… Nie ma sensu szukać…. Wszystko przyjdzie, kiedy nadejdzie czas. Przyspieszanie nic nie da.

Mówiąc, że to TAK ma dla naszego życia ogromne znaczenie, nie oznacza automatycznie tego, że NIE jest czymś złym. Nie ma sensu podchodzić do tego w ogóle w tych kategoriach, że coś jest dobre a inne złe. Kiedy coś przychodzi czy gwałtownie na mnie spada, staram się nie oceniać tego jako dobre czy złe. Nie wystawiam też swojego tyłka na te kopniaki, nie szukam zwady ani miejsc, gdzie mogę dostać po gębie, bo kopniaki są dobre, więc huzia na Józia. Godzę się z tym, co przyszło, przyjmuję i wiem dlaczego to robię. Nie dążę ani do ciągłej przyjemności czy wiecznego szczęścia, zadowolenia, ani do ciągłego cierpienia. Przyjmuję, co dają. To jest dla mnie właśnie ten środek. Równowaga, bez popadania w skrajności. Czasem dostaję więcej kopniaków i nie oceniam tego, jako zło. Traktuję jako wyzwanie. Poczuć w swojej duszy to słońce, kiedy w rzeczywistości go brak. Znaleźć siłę, by wydostać się z kłopotów. Odnaleźć pozytywy w trudnym doświadczeniu. Przerobić to na coś wartościowego, jeśli nawet nie można tego zmienić i zmuszeni jesteśmy w tym trwać. Jak chociażby ciężka i nieuleczalna choroba. I wtedy mówisz życiu TAK, chorobie TAK, skoro nie da się inaczej, ale to NIE też z tobą jest. Choroba niszczy twoje ciało, ale masz jeszcze duszę. Wszystkiemu co nastaje na twoje wnętrze, wartości, na to, co najważniejsze, mówisz to NIE. STOP. Jednocześnie mówiąc TAK.

Bo w życiu jest miejsce na wszystko. Zarówno to TAK i to NIE  może nas tak samo wzmocnić jak osłabić. Decyzja należy do nas. Tylko od nas zależy, jakie znaczenie temu nadamy i czy w ogóle je nadamy. Czy pokusimy się o ocenę tego, czy zaniechamy jej. Sami musimy tę równowagę w tym wszystkim uczyć się znajdować.

I czasem zdrowo jest powiedzieć to STOP. Innym ludziom powiedzieć: STOP, teraz chcę być sama. Do widzenia wszystkim. Nie będę odbierać telefonów. Nie ma mnie. Uciec od świata, aby skupić się na sobie, na swoich emocjach. Na nazwaniu swoich emocji, puszczeniu ich, na przepływaniu przez nasze wnętrze. Czasem puszczeniu niektórych ludzi i sprawdzeniu czy wrócą. A potem poukładaniu swoich emocji, kiedy nie wrócili. Kiedy nie zrozumieli ciebie i twoich potrzeb, może ocenili i odeszli. Może ocenili zanim w ogóle poznali, bo nawet nie zadali sobie trudu, aby cię poznać. Bo może nie widzieli cię nawet na własne oczy ani razu. Taki czas jest potrzebny dla każdego człowieka. Czy tego chce, czy nie. Czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie. Dla każdego z różnym nasileniem, bo każdy z nas jest inny. To się nazywa asertywność. Mówię NIE, teraz chcę być sama. Chcę sobie popłakać, poukładać swój emocjonalny świat. Powiem więcej; od takich chwil może zależeć nasze życie i zdrowie, w tym psychiczne. Takie chwile są ważne, jak tlen. I nie ma sensu zawracać sobie głowę tym, czy ktoś to zrozumie czy nie. Nie ma sensu przejmować się ocenami.

Bo kiedy zobaczysz własne uwarunkowania i źródło własnych emocji, kiedy je zrozumiesz, nagle okazuje się, że nie tylko łatwiej ci nad sobą pracować, ale też łatwiej ci zrozumieć przez to innych. Wiesz przecież, że to nie oni sami, tylko ich własne uwarunkowania. Ich własne perspektywy, oceny, doświadczenia.

Cały czas czułam jednak, że to słowo miało jeszcze jakiś głębszy wymiar, inne znaczenie, którego nie rozumiałam do końca. Czekałam więc. Teraz już wiem, że ma ono związek z tym kołem, o którym kiedyś już pisałam i nie umiałam go nazwać. Ono chyba najlepiej obrazuje to, co chcę powiedzieć. Niech zostanie tym KOŁEM, KÓŁECZKIEM, bo to najlepsze i właściwe określenie. Wczoraj zrozumiałam, że to też jest to moje STOP. Jakbym je zatrzymywała, tak wykrzykując Wszechświatowi to moje STOOOOP.
Wiem, że moja dusza jest na to gotowa i bardzo tego chce, aby ono się zatrzymało.

Jak je zatrzymać?

Przeczytałam gdzieś niedawno piękne słowa Buddy, które mówiły mniej więcej o tym, aby widzieć tylko to, co widzę, słyszeć tylko to, co słyszę, czuć tylko to, co czuję i myśleć tylko to, co myślę. Bo dotyk jest jedynie dotykiem. One mi mówiły właśnie o tym, co w zasadzie robię, żeby nie oceniać tego. Nie nadawać temu własnych kategorii, że coś jest dobre lub złe. Jest, po prostu. Coś jest takie a nie inne. I jeśli coś oceniam, to moje koło się rozpędza. Za każdym razem jednak, kiedy coś przyjmuję takim, jakim jest, koło zwalnia. Łatwiej wtedy widzieć wszystko, co jest wokół. Zupełnie inne widoki, kiedy człowiek się zatrzymuje… 🙂 Człek czuję się wtedy jak… jak w domu. Odebrałam te słowa bardzo osobiście. Bardzo we mnie uderzyły wręcz. Były takie moje. Coś zarezonowało. Dodało skrzydeł, wzniosło.

I po tym poznaję czy idę dobrą drogą. Po tym, czy to moje kółko zwalnia, czy może raczej przyspiesza. Czuję zwyczajnie, kiedy zwalnia. Mam nadzieję, że łatwiej mi będzie zauważyć również, kiedy przyspieszy. Kiedy krzyknęłam to STOP, poczułam coś wyjątkowego. Jakby we mnie coś się zatrzymało lub jakbym ja sama siłą własnej świadomości zatrzymała świat. Jak w filmach fantastycznych. Jeden ruch ręką i pyk, wszystko zamiera. Już teraz wiem co to było. To było moje kółeczko. 😉 Mój radar. Moja pomoc. To tak, jakby lekarzowi czy elektrykowi dać narzędzie do pracy. Ja dostałam to moje kółko, które jest jak niewidzialny ster. Wtedy zwyczajnie pojęłam, do czego mi to cholerstwo… 🙂

Dzięki Wszechświecie. 🙂 Kumam.

Teraz wiem, co mam robić, kiedy moja dusza woła STOP. Wiem co to oznacza. Wiem z czym to zjeść. Wiem po co to, w jakim celu. Łatwiej mi zrozumieć informacje, jakie płyną z mojego wnętrza. Są czytelniejsze.

W zasadzie to ja nie lubię karuzeli. Nawet nie wiem czy z niej wyrosłam, bo chyba nigdy nie lubiłam. Nie bawi mnie bezmyślne kręcenie się w kółko. Zawsze miałam wtedy problemy żołądkowe, robiłam się zielona na twarzy i mój organizm źle to znosił. No, wymiatał Wszechświecie, wymiatał. Kto się chce bawić, niech się bawi, ja postoję z boku. Ok? Tu mi jest lepiej. Albo jeszcze lepiej, ja sobie wrócę do domciu.

Reklamy

4 odpowiedzi na “Na karuzeli życia”

  1. Przychodzi taki moment, gdy człowiek zdaje sobie sprawę, że wokół niego aż się roi od samozwańczych ekspertów od cudzego życia i udzielaczy „dobrych rad”, którzy oczekują, że inni będą stworzeni na ich obraz i podobieństwo i będą żyli według ich „jedynie słusznych” wartości. Każda inność w drugim człowieku wywołuje w nich wielkie niezrozumienie i niezadowolenie i są przekonani, że tylko ich perspektywa na życie jest właściwa, w związku z tym będą innych na siłę naginali do swoich wizji i jedynie słusznej drogi. W swym wielkim zaślepieniu nie są w stanie dostrzec, że to nikt inny, tylko właśni oni mają sami ze sobą wielki problem. To zwykli obłąkańcy 😀 Dla wszystkich jest oczywiste, że nie wchodzi się do cudzego domu i nie przestawia się komuś mebli według własnych upodobań. Kogoś takiego uznano by za szaleńca niezrównoważonego psychicznie i zadzwoniono by na pogotowie albo na policję. Jednocześnie istnieje jakieś chore przyzwolenie, by wchodzić sobie z buciorami w cudze życie i tam próbować przestawiać wszystko według własnych zasad i własnego widzimisie …
    Takich intruzów mamy prawo wyprosić ze swojego życia, dopóki nie zrozumieją, że jedynymi ekspertami od naszego życia jesteśmy my sami a udzielanie rad i wskazówek o które nikt nie prosił to zwykłe chamstwo i przekraczanie czyichś granic.
    Mam prawo a nawet obowiązek być sobą i nikt ani nic nie ma prawa w to ingerować. Jakkolwiek byłabym specyficzną osobą (a jestem 😀 ), to nie znaczy że mam obowiązek dostosowywać się do większości i rezygnować z samej siebie. Jeśli ktokolwiek tego ode mnie oczekuje, to bardzo się zawiedzie.
    Właśnie słucham sobie takiej piosenki

    . Pan Napiórkowski ma rację 🙂

    1. Widzisz Eleno, mi osobiście te dobre rady specjalnie nie przeszkadzają. Czasem powiem STOP, owszem i odsunę się na bok, ale nie dlatego, że ktoś wtargnął w to życie z buciorami i nabłocił. Dlatego raczej, że tego potrzebuje sama, a nie z czyjegoś powodu. W sumie to nie przeszkadzają mi tacy ludzie. Już nie… 🙂 Jestem dość bezpośrednią osobą. Jeśli ktoś poczuje w sobie opór na moje słowa, a nie jest świadomy czym on jest i co z nim robi, zwykle obraża się i odchodzi. Nie muszę nic robić, poza byciem sobą. Czasem tacy ludzie bywają cenni, bo dostarczają mi wielu informacji o mnie samej. Pokazują mi moje emocje. W ich obecności konfrontuję się z samą sobą. To bardzo cenne. Osoba świadoma tych wszystkich mechanizmów, świadoma siebie, będzie wiedziała, że to lekcja i wyniesie z tego coś dla siebie. Nabłocili i odeszli? Posprzątam i znów zaszyję się w mojej samotni. 😉 Zostają i postanowią wpadać? Niech się tylko zapowiedzą. 😉 Nigdy nie wiadomo czy czegoś cennego mi nie pokażą. Muszą być świadomi, że powiem im to, co uważam, nie to, co chcą. Czasem może zaboleć. Ja za ból dziękuję. Nie uważam, że to coś złego. Jak boli czy kłuje, znaczy, że atak był celny. Z tym, że ten atak pochodził od nich samych, nie ode mnie tak naprawdę. To nic, jeśli się obrażą i uznają, że to moja wina. Rozumiem ten mechanizm. Oczywiście, że nie mamy obowiązku się dostosowywać, ale wypraszać też nie czuję potrzeby. Sami odejdą. 😉 Nie odbiorą tego jako lekcji, obrażą się i sami z mojego życia się usuną. To przykre, ale nie o mnie mi tu teraz chodzi. Przykro mi z ich powodu. Szkoda mi ich. Mi się żadna krzywda nie stanie, bo ja swoje lekcje odrobię i poradzę sobie bez nich (w sensie, że bez ludzi, bez ekspertów) tak samo, jak i z nimi. A oni? Do nich to będzie wracać i wracać… Bo radzą sobie jedynie z tym, z czym im po drodze…

      1. Ja jednak naprawiaczy cudzego życia zapytała bym dlaczego uciekają od siebie żyjąc tak intensywnie życiem innych. Co sobie tym rekompensują, od czego uciekają, czego nie akceptują w sobie.
        Tak się składa, że ostatni rok upłynął pod znakiem obrabiania mi tyłka przez osoby, które praktycznie mnie nie znają, oprócz tego że mijamy się na ulicy i mówimy sobie dzień dobry (albo i nie mówimy …) Z jednej strony mnie to śmieszy a z drugiej zastanawia jaki jest tego cel i o co w tym wszystkim chodzi. Może i wiem … 😉
        Wiem jedno na sto procent, że jedynym efektem tych wszystkich sensacji wyssanych z palca było to, że nabrałam jeszcze większego dystansu do świata i ludzi. Jeśli ktokolwiek miał nadzieję że swoim zachowaniem mnie obraził, ośmieszył czy spowodował jakiekolwiek przykrości to niestety mógł się tylko zawieść. Ja z takich sytuacji wychodzę jeszcze bardziej silniejsza, spokojniejsza i pewna siebie.
        Cały paradoks polega na tym, że im ktoś ma większą potrzebę naprawiania innych, tym tak naprawdę ma więcej do naprawienia w sobie. Im ktoś ma więcej harmonii w sobie, tym więcej harmonii dostrzega wokół siebie i ją wokół siebie generuje. Gdyby ktoś mnie zapytał jaki jest główny sens życia, to bez wahania bym stwierdziła, że właśnie harmonia. Tylko ona jest moim celem.

        1. Nie wiem Eleno co mam Ci odpisać. Myślę, myślę i nie wiem… To są zbyt trudne sprawy, aby je jednoznacznie ocenić. Tu nic nie jest albo czarne, albo białe. Znam mechanizm, znam ten schemat działania. Ba, nawet go rozumiem. Rozumiem tych ludzi. Nie widzę niczego złego w ocenach czy krytyce. Traktuję to jako normalny element życia. Najbardziej problematyczna jest reakcja na krytykę ,nie sama krytyka, choć i krytykować też trzeba umieć. Poradzę sobie jednak nawet wtedy, gdy ktoś nie umie i atakuje poniżej pasa. Trzeba umieć ją przyjąć, ale jednocześnie nie pozwolić się nią zniszczyć. Wiem też, że najbardziej może ona zaboleć krytykanta, nie krytykowanego. My sobie poradzimy, jak wspomniałaś. Wyjdziemy silniejsze psychicznie, bo wyniesiemy z krytyki to, co jest do wyniesienia. Podziękujemy za lekcję i pójdziemy silniejsze dalej, nie biorąc tego do siebie. Ten, kto tego nie potrafi i bierze wszystko do siebie, zgarnie też wszystko to, co sam wypuścił. Krytyka uderzy w niego. Wróci i dołoży jemu samemu. Poza tym, krytyka krytyce nierówna. Poruszyłaś wiele tematów, do których trudno mi odnieść się w jednym komentarzu.
          Co do harmonii, ja opisuję to jako równowagę, do której dążę. Obie mówimy o tym samym. Ona zaczyna się w nas samych, nie w innych. Tu jest największy kawał do przepracowania. Nie w innych, tylko w sobie. Każda zmiana zaczyna się od siebie. I tu zrozumiałam ostatnio, że w żaden sposób nie wpłyniemy na harmonię innych osób. Nawet mając dobre intencje, możemy wybrukować nimi piekło, które same stworzymy. Trzeba zaakceptować jej brak. To też rodzaj równowagi; akceptacja jej braku tu i ówdzie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto twoje dobre intencje i dobre rady odbiera jako atak. Zawsze znajdzie się ktoś drażliwy. Przywykłam, to już wręcz rodzaj normy. Tymczasem dla mnie żadna rada nie jest zła. Fakt, czasem nie jest też dobra. Za każdą podziękuję i obiecam przemyśleć. Być może wcale mi się nie przyda, ale nie szkodzi. Jak mi ktoś zechce poprzestawiać meble w domu i jeszcze za darmo urządzić mi salon, to cóż mam powiedzieć? Zapraszam, może stworzymy coś fajnego a mi się to spodoba. Lubię przemeblowania. Ludzie płacą duże sumy innym ludziom za urządzanie domu. Jak jeszcze posprząta kurze i umyje podłogę, to podziękuję. To tylko rzeczy. Co jak się nie spodoba? Wrócę do poprzedniego układu. Może nie będzie złośliwy i nie przyklei mi mebli do podłogi. 😉

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.