O magii

25 grudnia wyszliśmy sobie rano na spacer ze zwierzakami. Delikatny mrozek, śnieg skrzypiący pod stopami, słoneczko. Pogoda wymarzona.

Zamiast świątecznego pośpiechu, wybraliśmy pobyt w domu, bez wyjazdów czy podróży po rodzince.

Pierwsze święta, w których zadziałała magia, ponieważ ten spacer był momentem przełomowym.

Z mężem świetnie mi się spaceruje, bo zdaje się rozumieć czym jest dla mnie cisza. Idziemy milcząc i ta cisza nie ciąży. Czasem się na mnie spojrzy i to wystarczy za słowa. Ta cisza pięknie mówi, jeśli się wsłuchać. Słuchałam, wdychałam i odbierałam każdym zmysłem.

Wcześniej, pod naporem trudnych sytuacji, stopniowo się poddawałam. Puściłam wszystko i wszystkich. I co? Jak to? Został tylko Paweł? Jest nas tylko dwoje? Musiałam znów poczuć na własnej skórze czym jest niezrozumienie, totalna samotność, odrzucenie. Zobaczyłam coś, co mnie zmroziło, zamknęło na świat i ludzi. Odizolowałam się, wyłączyłam. Odbieram telefony od najbliższych jedynie. Stwierdziłam, że nigdzie nie jadę. Nie ma mnie dla świata. W zasadzie jeszcze z tego stanu nie wyszłam, bo mi tu dobrze. Lepiej wtedy odczuwać, słyszeć i widzieć. Nie czytam wiadomości ani książek, wyłączam komputer.

Mimo trudności, utrzymać w sobie spokój. Spokój, mimo czasem płynących z bólu łez, to nie lada wyzwanie. Przyjąć wszystko, co przynosi życie. Powiedziałam temu TAK. Ok, niech tak będzie. Wiem, że to jest najlepsza dla mnie chwila. Dzieje się to, co ma się dziać. Otrzymuję w tej chwili dokładnie to, co jest mi potrzebne, choć nie wszystko teraz rozumiem. Ale zrozumiem… I to daje mi ten spokój. Nie ważne jak boli, ważne co z tym robię. A ja zaakceptowałam to wszystko co przyszło. Wszystkie emocje. Czuję to, co czuję i ani myślę z tym walczyć. Tym bardziej zmieniać…

Moja dusza powiedziała STOP!

STOP!

Czemu? Wszystkiemu. Ludziom, światu, sobie. Jest coś, w czym udziału brać nie chcę. Tak, jak nie mogę działać wbrew sobie. Już nie chcę pisać tak, by inni to czytali. Nie chcę mówić o pewnych rzeczach, bo nie widzę w tym sensu. Jest tyle ludzi, którzy to robią, pokazują innym jak żyć, co robić, czego nie robić. Jak widzieć aury, jak się budzić i mnóstwo różnych innych rzeczy. Mnóstwo ludzi zdaje się widzieć i czuje potrzebę, by mówić o tym co widzą, jak widzą. O rzeczach, których „nikt inny ci nigdy nie powie” (serio?). Tajemne moce i inne ukryte niby historie. Niektórzy piszą, aby tylko pisać i utrzymać się w tym wirtualnym świecie. By zatrzymać czytających, zainteresować sobą maksymalnie, jak się da. Może poprawić sobie samopoczucie. Pisać o wszystkim i o niczym, o pierdołach. Czy o rzeczach, które tak naprawdę w ogólnym rozrachunku nie mają żadnego znaczenia.

Sorry, Wszechświecie, to nie ja.

Jak tu znaleźć własną równowagę?

Przepraszam, ja nie czuję tej potrzeby. Już nie… Na początku drogi, dawno temu, miałam takie zapędy, by mówić, przekazywać, uświadamiać, zrobić coś ważnego. Zostać kimś. Teraz już nie. Po prostu NIE. W ogóle tego nie chcę. Bardzo mi dobrze w byciu nikim. Tu również jest wiele do zrobienia. To nie ten czas. Ja się sama cały czas uczę. To nie ten moment. Ale pokornie robię co trzeba, co czuję, że powinnam. Wykonuję zadania mi przydzielone, przerabiam lekcje, jakie przychodzą. Najlepiej jak potrafię. Wystarczy. Nie czuję potrzeby zbawiania i prostowania świata. Nie będę robić odkrywczych filmów na YT i mówić o tym, co wiem i co widziałam. Wykonuję sumiennie swoją mrówczą, powolną i misterną pracę, w swoim mikro świecie. W bardzo małym wycinku tego świata, małym zakresie. I chyba chciałabym, aby nikt o tym nie wiedział. Nie obnosić się z tym, nie afiszować. Nikt mnie nie namówi na bycie znaną, cenioną, na bycie guru, bycie mistrzem czy jakimkolwiek bohaterem, tudzież inną wielkością. O nie… Mi jest dobrze jak jest. Dobrze mi być małym i niewidzialnym, o którym wie ten, kto ma wiedzieć. Ta garstka ludzi. Teraz się cieszę z tego, że to niszowy blog, z małym zainteresowaniem i niewielką liczbą wejść. Tak ma właśnie być. To jest moja droga, widzę to wyraźnie.

Ja jestem gotowa, świat jeszcze długo nie… Pojedyncze osobniki, jak i każdy, kto jest gotowy, sam znajdzie swoją prawdę. Zrobiłam, co miałam zrobić. STOP. I zamierzam przestać się z ludźmi cackać. STOP! Nie tędy droga. Nie zamierzałam i nie zamierzam też tańczyć jak mi zagrają ani przepraszać innych za to, że jestem jaka jestem. Czy zmieniać się, by zyskać przyjaciół. Dla nikogo nie zatracę siebie. Dla nikogo. STOP!

Tak, wiem już kim jestem, ale ani myślę o tym mówić czy pisać. Odpowiedź na to pytanie znam ja i tak niech zostanie. Ta wiedza nie jest nikomu prócz mnie potrzebna. Mylę się?

Wiem też po co tu jestem. Zrozumiałam to podczas pisania. To kolejny dowód, że ta praca jest potrzebna. Jednak zawsze jest jakieś „ale”. Nie jestem pewna, co z tym „ale” zrobić… Dlatego jeszcze tu piszę. Biję się jednak z własnymi myślami.

Wiem też, że nie bez powodu jestem tu, gdzie jestem. Rozumiem już, że nie jestem po to, by dokonywać wielkich rzeczy a działać właśnie jak ta mała mrówka, w tym swoim mikro świecie. Mozolna praca, dzień po dniu. Nie bez powodu spotykam akurat tych ludzi a nie innych. Nie bez powodu biorę pod swoje skrzydła tych a nie innych. Dla nich jestem… Im mam pomagać, nie wielkiemu światu. Małymi, ledwo widocznymi krokami, nie spektakularnymi czynami. Rozglądałam się tak daleko, szeroko, a nie patrzyłam co jest tak blisko mnie. Szukałam w wielkim świecie, tymczasem wszystko czego potrzebuję, mam pod ręką jakby. Pod samym nosem. Mało tego, robię to od lat…

I dlatego mówię STOP Wszechświecie! STOP! Moja dusza mówi właśnie tak. Co to przyniesie? Nie wiem.

Wdychając tę ciszę, w pewnym momencie poczułam, że nie jestem wcale sama. Że my nie jesteśmy tam sami. Nawet wtedy, kiedy czułam przeraźliwe osamotnienie i wokół nikogo. Wiem czym ono jest, więc nie martwiłam się tym zbytecznie. Poczułam jakby inną obecność poza nami i psami. Czułam łączność… Ciepłą, bezpieczną, przyjacielską. To jest coś znacznie trwalszego niż ta łączność z innymi ludźmi. Łączność nieporównywalna do czegokolwiek. Nie, nie przestraszyłam się, wręcz przeciwnie. Zamknęłam oczy i z uśmiechem wyciągnęłam twarz do słońca. Znam to już, nie pierwszy raz się to zdarzyło. Czułam się… zaopiekowana. Jakby mnie ktoś przytulił i powiedział, że nigdy nie jestem sama. Nawet wtedy, kiedy czasem nie czuję tej łączności i pomocy, kiedy czuję osamotnienie i inne trudne emocje, to już nie denerwuję się, nie panikuję. Jestem spokojna, spokojnie znoszę łzy, cierpienie, trudne emocje, bo wiem, że nie jestem sama. Jakby ktoś obok mnie siedział i pozwalał na te emocje, na to, co czuję w tej chwili. Bo to jest mi potrzebne w tym momencie.

Ale jest… Zawsze jest… I ja to czuję jakimś innym zmysłem.

Czasem wystarczy być obok… Nie trzeba mówić…

Zrozumiałam, że tak ma być. Takie mam zadanie, na własnej skórze doświadczyć maksymalnie wszystkiego, czego jeszcze nie doświadczyłam, choć to może być mega trudne. Dostać po dupie, aby wiedzieć o czym mówię. Aby coś odczuć, zrozumieć. I to nie jest karma, którą mam rozumieć jako karę. To jest karma jako moja zasługa, którą mogę zdobyć. Nikt mnie za nic nie każe. To jest moje zadanie do wykonania; doświadczać, aby zrozumieć i umieć pomagać. Tylko nie tak, jak dotąd myślałam. Nie do końca wiem jeszcze co to dokładnie znaczy.

To jest mój wybór. Przyjąć na siebie, albo odrzucić. Wybrałam przyjmowanie i akceptację. Bez względu na to czy ktokolwiek mnie zrozumie, czy może będę z tym sama zupełnie.

Usiadłam tego dnia do medytacji i puściłam do ludzi miłość. Do wszystkich znajomych. Do wszystkich. Zwłaszcza tych, od których czuję jak płynie jakaś niezbyt przyjemna energia, której źródła nie rozumiem. Nie znam powodu. Jednak czuję ją… Czuję niezrozumienie i ocenianie. I właśnie zrozumiałam, że tego powodu znać nie muszę. Nie ważne to jest dla mojej osoby. Nic nie wniesie zbytnio ta wiedza. Puściłam miłość i akceptację do wszystkich, wymieniając niektórych po imieniu. Do siebie również.

Kocham Cię Anitko.

Mówię to sobie często, spoglądając w lustro.

Puściłam miłość i niech sobie Ci ludzie idą swoją drogą. Nic od nich nie chcę. Nic do nich nie mam. Wielu nie złożyłam świątecznych życzeń, ale zrobiłam to po swojemu, inaczej. Jak chcą się sami zatruwać pretensjami, żalami czy własnymi emocjami, to ich sprawa. Jeśli wciąż chcą widzieć swój mały punkt na własnym nosie i nic poza tym, to też nie moja sprawa. To ich wybór. To nie ten czas, aby pokazywać komukolwiek, że jest coś poza tym punktem. Każdy z nas idzie własną ścieżką i jest na etapie dla niego najlepszym. Każdy powoli idzie własnym tempem. Nic mi do tempa innych.

I wszystkie mniej przyjemne emocje, cały żal, gorycz uleciały w przestrzeń, rozmywając się i rozpływając. Zrobiło się lekko, jakbym zrzuciła z serca wielki ciężar. Nie wiem czy pomogło to osobom wymienionym, ale mnie na pewno.

Wiem teraz, że choćbym stanęła sama przeciw całemu światu, to nic mi nie grozi, dopóki będę robić to, co robiłam dotychczas.

Moje ciało tylko można zniszczyć łatwo…

Nie ważne czy ktoś popiera motywy mojego postępowania, mnie samą czy tok rozumowania. Nie ważne czy mam poparcie i rzeszę ludzi za sobą, czy może absolutnie nikogo. To jest kompletnie nieważne. Nie ważne co ludzie powiedzą. Czujesz inaczej? Zrób to! Chcesz spędzić święta po swojemu, w wąskim gronie lub całkowicie samotnie? Chcesz odciąć się od czegoś lub kogoś? Zrób to! Nie chcesz z nikim gadać? Nie gadaj. Nie rób nic na siłę. Czasem dopiero wtedy zadzieje się magia w twoim życiu. Dopiero wtedy docenisz i zrozumiesz to życie czy magię tych świąt, których kiedyś szczerze nie znosiłaś. I po raz pierwszy w życiu, możesz ubrać choinkę z własnej nieprzymuszonej woli, oczywiście po swojemu, ze zdziwieniem stwierdzając, że w zasadzie ci się podoba. Zrobisz świąteczne dania, może inne od tych, które nakazywała zwykle w domu rodzinnym tradycja. Nie położysz opłatka na stół i spędzisz je totalnie po swojemu, delektując się każdą chwilą w kuchni, przy garach czy może totalnym nicnierobieniu i niemuszeniu. Być może w odizolowaniu od rodzinki właśnie. Bez wizyt, sztucznego nadęcia, bez pośpiechu. Bez udawania… Bez ludzi, których tak naprawdę wcale nie interesujesz. I po to są święta!

Dlaczego masz to robić?

Dlatego, że tego właśnie chcesz. Bo tak czujesz. Wystarczy…

Tylko wtedy zobaczysz magię. Kiedy poddasz się i posłuchasz siebie. I wreszcie kiedy zrobisz coś choćby wbrew całemu światu, ale za to w zgodzie ze sobą.

Czym jest ta magia?

Kiedy wchodzisz w las i czujesz łączność z Matką Naturą, drzewami, Wszechświatem. Słyszysz jak mówią do ciebie tą ciszą, jak ci oddają swoją czystą energię. Jak chłoniesz ją i czujesz mega wsparcie. Jak czujesz ten niezwykły spokój. Żadna istota ludzka ci tego nie da… Żadna.. Nie tak…

Ten spokój to najpiękniejszy rodzaj magii.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklamy

4 odpowiedzi na “O magii”

  1. Największe kłamstwo Anito „Czuję niezrozumienie i ocenianie. I właśnie zrozumiałam, że tego powodu znać nie muszę. Nie ważne to jest dla mojej osoby. Nic nie wniesie zbytnio ta wiedza.”
    Jako były uciekinier zawsze rozpoznam innego uciekiniera. Stanley zdaje się ci już o tym pisał. Odzywa się nadal? Życzę ci jak najlepiej. Ale droga, ktorą idziesz, nie jest moja 🙂 Jednak 🙂 Już nie 🙂

    1. Aniu, ta droga jest tylko moja. Każdy ma swoją. Ona nie może być Twoja, bo jest już moja. 🙂 Na Twojej drodze również nie czułam i nie czuję się dobrze, dlatego nigdy nie myślałam, aby na nią wejść. Zawsze szukam własnych dróg, które mi pomagają. Tobie pomaga co innego. I tak ma być.
      Nazywaj sobie to jak chcesz, jednak ja nazywam to wycofaniem, odejściem na bok, odosobnieniem. Definicji jest mnóstwo, ale to tylko słowo. Zatrzymaniem się, podczas gdy wszyscy dalej pędzą. I takie odosobnienie w buddyzmie jest potrzebne jak tlen. I to działa cuda. To też jest ta magia, być samym ze sobą. Bez zbędnych rozmów, czasem bez żadnych rozmów, ale osobiście to jest nierealne mając rodzinę. Na żadne odosobnienia nie wyjeżdżam, robię je sobie tu, gdzie jestem, w danym momencie mi potrzebnym. I to mi daje ogromną siłę. Zawsze takie momenty samotności mi pomagały. Zawsze. Nie zamierzam z nich rezygnować tylko dlatego, że ktoś ocenia je inaczej. 🙂 I jak mnie ktoś zapyta czy polecam odosobnienie, w jakiejkolwiek formie lub chwilową ucieczkę od świata, to TAK. Zawsze. Masz ochotę na miesiąc zaszyć się w dzikiej głuszy w Bieszczadach? Bez zbędnych dodatków? Tak, tak, tak. I zawsze polecę ucieczkę od wszelkich stereotypów i norm, które ktoś inny określił, jako prawidłowe. ZAWSZE.
      Jeśli czujesz, że to coś dobrego wnosi w twoje życie, to rób to. Jeśli ta ucieczka nic nie wnosi a pogarsza, to się nad tym zastanów. Jest ucieczka i ucieczka. Jedno słowo, a ma czasem tak wiele znaczeń. Kochani, nie przykładajmy zbytniej uwagi do słów. To tylko słowo. Niech ta uwaga skupi się na człowieku, nie na jego słowach.
      Stasiek? No tak, odzywamy się czasem do siebie. Życzenia świąteczne sobie składaliśmy.
      Tak, czasem uciekam od ludzi. To również polecam. Świetna sprawa. Dla każdego introwertyka to solidna dawka tlenu i sił witalnych.

    2. Jeśli czuje ktoś tak a nie inaczej, nigdy nie zarzucam mu kłamstwa. Kłamstwo jest działaniem niezgodnym z przekonaniem kłamcy, wraz z intencją, aby zostało uznane za prawdziwe. Moją drogą jest niedyskutowanie z uczuciami innych, a podjęcie próby zrozumienia. No, kiedyś jeszcze dodałabym podjęcie próby pomocy, kiedy ktoś prosi. Jak to miało miejsce w konkretnym przypadku. Ale ten temat definitywnie już zamknęłam, o czym wspominałam ostatnio.

  2. Czy każdy uciekinier robi coś złego? Powiedzmy to uciekinierom z obozów czy miejsc objętych wojną. Żonom, które uciekły od mężów oprawców. Ten, co ucieka, czasem po prostu ma tę odwagę, aby żyć po swojemu, w zgodzie z własnymi wartościami, w spokoju i miłości, odcinając się od tego, co ciągnie go w dół. Od tego, co go niszczy. Jak jaszczurka, która gubi swój ogon, gdy zagraża jej niebezpieczeństwo. Czasem nie ma sensu trwać w czymś, co cię niszczy. Czasem ucieczka jest jedynym ratunkiem.
    Muszę to powiedzieć i zaznaczyć jasno. Odcinanie czy puszczanie, to proces leczniczy, który może nam ratować życie. W każdym aspekcie życia. Puszczanie czegoś i zostawianie to za sobą. Jak zbędny bagaż. Owszem, bywa też, że niszczy, bo dając jeden krok w tył, nie potrafimy dać dwóch do przodu, czy choćby jednego, w innym kierunku, tylko stoimy tak w miejscu. Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Decyduje o tym dawka. Paracelsus – ile w tym prawdy.
    Jedno jest pewne, mnie to nie niszczy.
    Nie można oceniać jednoznacznie każdej ucieczki jako złej. Najlepiej nie oceniać.

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.