O dawaniu i nieświadomości

Czy aby dostać miłość „wystarczy ją dać? Czy aby być wysłuchanym, wystarczy słuchać? Aby być akceptowanym wystarczy akceptować?

Odpowiadałam sobie już na to pytanie we wpisie „Na wagę złota”. Dziś jednak muszę to zweryfikować i zaktualizować. 

Chcesz być akceptowany to stosuj akceptację w swoim życiu. Akceptuj innych, a będziesz akceptowany. Niby dlaczego tak a nie inaczej? Akceptacja jest to coś, co trzeba szukać w sobie a nie uzyskiwać od innych. Nie oczekuj akceptacji od innych, bo to stąpanie po kruchym lodzie. Najbardziej klasycznym tego przykładem jest Facebook, ponieważ to innym dajemy władzę uszczęśliwiania nas. Inni mogą nas zarówno wynieść na wyżyny, jak i boleśnie sprowadzić w dół, co skutkuje spadkiem samooceny. Nasze poczucie wartości jest zależne wtedy nie od nas samych, a od wielu innych czynników. Raz się podnosi, raz spada.

Chcesz być wysłuchany to słuchaj. Nie jest to żadną regułą. To, że nauczysz się słuchać innych wcale nie oznacza, że sam zostaniesz wysłuchany. Mówię to z własnego doświadczenia. Ludzie nauczyli się mówić o sobie, ale słuchać już nie umieją. Bardzo łatwo przyzwyczaić ich do tego, że pod tym adresem można się wygadać i zawsze zostaną wysłuchani, ale rewanż bardzo często jest niemożliwy. Umiejętność słuchania wraz   umiejętnością milczenia jest dziś na wagę złota.

Tak, to ciągle jest prawda, mimo że upłynęło już sporo czasu. Nie jest to żadną regułą, ale tylko wtedy, kiedy odnosimy to do tej rzeczywistości, jaką ogarniamy teraz umysłem. Jeśliby spojrzeć na to szerzej? Sporej części nie ogarniamy naszym umysłem. Są bowiem rzeczy ukryte, które musimy w naszym życiu odszukiwać, znajdować, odkrywać.

Wszystko zależy od naszych oczekiwań. Trochę od czasu; czyli od tego, kiedy chcemy dostać to, czego oczekujemy. Najlepiej zaraz, nie? Ja Ci dałam, ty mi więc też coś daj? Nie, to nie tak. Jeśli dajemy ludziom miłość, to dostaniemy miłość. Niekoniecznie jednak od tych ludzi, których obdarzamy miłością. To wróci w swoim czasie… Jakby w innej postaci. Ona z nas będzie wypływać, jak ze źródła. Dając z siebie, sami zbieramy w dwójnasób. I nawet śmierć nie jest tu żadną przeszkodą. Tak samo jest z akceptacją czy wysłuchaniem. Dlatego czasem miałam wrażenie, że daję, a nie otrzymuję. Każde oczekiwanie, każde choćby pobożne życzenie sprawia, że nasze źródło wysycha. Nie ma się czym przejmować, jeśli nawet leżymy na łożu śmierci, a mamy wrażenie, że nie doczekaliśmy się. Nic nie zginie…

Nic…

Nawet to, czego jesteśmy nieświadomi, to też nie zginie. I to też wpływa na nas, na nasze życie. Z tego też niejako się rozliczymy. Z lekcji, których nie odrobiliśmy. A mieliśmy okazję… Z tego, co przeszło nam koło nosa, a my byliśmy ślepi, nieuważni wystarczająco. Dostajemy życie, jak umeblowany pokój. W tym życiu są lekcje do odkrycia, pochowane w zakamarkach tego pokoju. Oddając pokój, rozliczamy się z niego, co zniszczyliśmy, czego nie odkryliśmy, czego nie zrozumieliśmy. To jest ten jeden osobliwy przypadek, kiedy nie powinniśmy wręcz oddawać tego pokoju w stanie takim, w jakim go dostaliśmy. 

Dlatego jest szalenie ważne, aby to, co w nas nieświadome, stawało się świadome. Aby słuchać, obserwować. Aby dbać o siebie i robić wszystko to, co zrobić możemy. Aby dokładnie przemyśleć, jak ustawiamy nasze życiowe priorytety.

Do tej pory myślałam, że rozliczę się z tego, czego byłam świadoma. Tymczasem tak nie jest. Można być nieświadomym samobójcą? Można latami zabijać swoje ciało, nie dbać o nie, niszczyć je. Pić, ćpać, totalnie olewać swój stan zdrowia i potem mocno się zdziwić… Jak to? Dlaczego? Można też robić wszystko, co się tylko da; dbać o siebie, żyć zdrowo i cierpieć całe życie. Niesprawiedliwe, co? Sprawiedliwe, jak najbardziej sprawiedliwe. Nie widać tego? Sama dotąd tego nie dostrzegałam. Zależy na co patrzysz. Ważna jest tu świadomość. W tym cały sęk.  Jeśli z tym, co dostałam, zrobię coś wartościowego, choćby materiał był kiepski, to pracuję na swoją przyszłość. Nieświadomość przemieniam w świadomość, aktem własnej woli i własnego wysiłku. Zaczynam od małych rzeczy, drobnych spraw, drobnych gestów. Wszystko się liczy.

Uważność w każdej sekundzie życia jest kluczem do świadomości.

To nasze koło zatacza krąg za kręgiem, kręci się dotąd, aż nieświadome stanie się świadomym. Przed niczym nie uciekniemy. Nawet śmierć nie jest ucieczką… Jest możliwością zaczęcia od nowa. Jest możliwością poprawy i nauki. Jest szansą… Tylko jak długo chcesz tak zaczynać, poprawiać lub właśnie nie poprawiać i nie odrabiać? Przeżywać wciąż te same rozterki, problemy czy te same cierpienia? Odrabiać wciąż te same lekcje? Tę szansę dostajesz wciąż i wciąż, jednak w komplecie również jest cierpienie. Nieodłączny element życia.

Albo wykorzystasz tę szansę, albo nie… I to koło cierpienia tak będzie się kręcić i kręcić…

Dawaj więc miłość i nie oczekuj wzajemności. Ona wróci do ciebie, kiedy nadejdzie czas. Zacznij od siebie, abyś mogła dać to, co masz.

Dawaj akceptację, akceptuj wszystko. Nie oczekuj wzajemności. Ona też będzie wracać do ciebie, kiedy trzeba. Zaczynaj od akceptacji swojej osoby, abyś mogła dać to, co masz.

Słuchaj i nie oczekuj wzajemności. Nadejdzie chwila, kiedy będziesz wysłuchana. I podobnie, jak w innych przypadkach, zawsze zaczynaj od siebie…

Abyś dawała tylko to, co w sobie masz… Dobrze zastanów się nad tymi słowami, co one znaczą. One niosą odpowiedź na ostatnie pytania. Słuchaj… Dawaj… Akceptuj… I? Co jeszcze? No myśl…

Tak, i pisz… 

Tak, bez oczekiwań z tego wynikających. Bez chęci pomocy komukolwiek. 

Ty masz tylko pisać. Resztę zostaw. Puść.  

W ten sposób przecież dajesz siebie.

A więc dawaj… Dawaj… Nie przestawaj.

I nie smuć się już. Zrób to samo, co twój pies.

Zamknij oczy i odpuść…

Pomyśl nad priorytetami… 

Reklamy

7 odpowiedzi na “O dawaniu i nieświadomości”

  1. A ja bym dodał: na początku tego wszystkiego zacznij od siebie. Jeśli nawiązać do chrześcijaństwa, to zwrot „kochaj bliźniego jak siebie samego” nie mówi wcale o tym, by kochać bliźniego, tylko jest pytaniem, jak kochasz siebie? Nie myląc tego z egoizmem, należy najpierw niewątpliwie kochać siebie, akceptować siebie, słuchać siebie. I jest to o wiele trudniejsze niż wyjście z tym do innych istot… Cholera, jakie to trudne!

    1. No ba! Odkryłam to na samym początku buddyjskiej ścieżki. I to mnie mocno ujęło. Na tyle, że stało się takim niepisanym prawem, że zaczynam tu od siebie i staram się z czasu o tym sobie przypomnieć.

  2. Wiesz Anita, ja sobie uświadomiłam jakiś czas temu, że jednak wszystko we mnie jest. Naprawdę wszystko. Ja tylko wybierałam, czego używam. Czasem anioł, czasem diabeł 🙂 Czasem coś porządnie zakopałam, żeby znikło, ot takie poczucie własnej wartości. Ale mam wrażenie, że kiedy przychodzimy tutaj, mamy WSZYSTKO. Tylko potem cała globalna wioska pracuje nad nami 🙂 Aby nam pomóc przerobić lekcje 🙂 Dlatego wszyscy przerabiamy jakiś BRAK. A brak wynika z MANIA, które było na samym początku. Czyli łopatka w dłoń 🙂

    1. Dokładnie tak… To właśnie robię. Ty kopiesz, ja buszuję po pokoju. 🙂 Obydwie tak naprawdę robimy jedno – odkrywamy. I tak, to prawda; odkrywamy to, co już od początku w sobie mamy.

  3. Od dziecka miałam w sobie takie uczucie, że sama się wychowuje. I nigdy ale to przenigdy nie chciałam się czuć lepsza od innych ludzi. Od niedawna oprócz rozumienia tych innych staram się też pozwolić sobie na więcej „swobody” i pozwalam sobie popłynąć. Ale to absolutnie nie jest łatwe. Kiedy zawsze się jakby siebie wychowywalam krytycznie,a tu nagle moge próbować i robić rzeczy których sobie wcześniej nie pozwalałam. Bo zawsze czułam się dorosła. A teraz pozwalam sobie być głupia i na głupoty. Bo tak się najlepiej uczy. I od tego nie boli tak kręgosłup. Gdybym więcej ganiala i ćwiczyła byłabym zdrowsza. Ale to właśnie to otwarcie którego się bałam…bycia sobą. Czy żałuję?tak człowiek w swej głupocie uczy się przez ból. Dochodzi do tego momentu gdzie dla niego to koniec przyzwolenia na takie traktowanie siebie. I później przychodzi pora na próbowanie jak byłoby gdyby…chyba straciłam watek:p
    Pozdrawiam i dobrej nocy

  4. A jak się to robi? Jak patrzeć w siebie? Jak przyglądać się sobie, odkrywać co się ma? Póki co tylko patrzę NA siebie. I widzę toksycznego człowieka uzalajacego się nad sobą. Bo nie jest jakbym CHCIAŁA. Nie wiem, czy umiem kochać. Dla siebie nie jestem dobra, więc jakim cudem? Jak z tego wyjść? Jak przestać patrzeć tylko na to, czego nie ma?

    1. Patrzenie w siebie nie polega na wypatrywaniu i szukaniu tego, co by się chciało. U mnie też nie jest tak, jakbym chciała. To obserwowanie tego co realnie jest. Nazywanie emocji, uświadamianie sobie tego co się ma w środku bez oceny tego. To codzienna praca i codzienna uważność. Większość tekstów jest jakby kwintesencją tej pracy. Poczytaj. Nie da się wszystkiego streścić w dwóch zdaniach czy nawet w pięciu. To są lata pracy. Czytaj jakiś tekst i zostawiaj, niech się w Tobie przerabia. Potem następny.

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.