O tym, jak skończyły się poszukiwania zamienników (aktualizacja)

Kawę lubię, dla smaku, po prostu. Nie wpływa jednak ona dobrze na mój organizm. Źle wpływa na stawy, na kości. Nasila bóle różne. Tak samo jak każdy rodzaj nabiału. Od dawna szukam czegoś w zamian, co również zadziała pobudzająco. Jaki jest efekt moich eksperymentów? I czy z tego wynikło coś więcej?

W trakcie tych poszukiwań nie zadałam sobie jednego ważnego pytania. Kawa działa pobudzająco, jednak na krótki okres. Bardzo szybko czułam się jeszcze bardziej zmęczona i śpiąca.

Dlaczego byłam zmęczona?

Szukałam zamienników smakowych, działania pobudzającego, a nie zastanowiłam się nad tym, dlaczego potrzebuję pobudzenia czasem już rano.

Co takiego się stało, że na to wpadłam genialnie dopiero po 2 latach?

Odstawiłam gluten. Jako ostatni, po dwóch latach przygotowań organizmu i powolnych zmian w diecie. To wymaga ode mnie jakiejś różnorodności większej, dużego wysiłku, żeby jednak coś jeść i abym się po tym dobrze czuła. Uzmysłowiłam sobie, że z dniem przejścia na bezglutenowe jedzenie nie wypiłam żadnej kawy. Szok. Zwykle od rana już za mną chodzi, bo bez niej nie umiałam się zebrać do kupy. A tu niespodzianka. Kurcze, nie czuję póki co tego zmęczenia. Kawa na chwilę pobudzała, ale potem dopadało mnie jeszcze większe zmęczenie. I koło się zamykało. Dziś wpadłam na fajny pomysł. Wsypałam do młynka na kawę nasiona chia, kardamon, cynamon, goździki, imbir i odrobinę kakao (bez cukru). Zalałam to w kubku gorącą wodą o temp 85 ° C. Dodałam miód, odrobinę mleczka kokosowego i wyszedł mi całkiem niezły zamiennik. Fajny smak. Polecam. Można kombinować z dodatkami dowolnie. Ale nie, nie ma to dokładnie smaku kawy, jednak nie jest od niej gorszy.

Yerba mate też jest świetnym zamiennikiem kawy, działa pobudzająco. Jednak zielone herbaty mają to do siebie, że zaburzają wchłanianie żelaza i podobno należy je pić pomiędzy posiłkami, zwłaszcza zawierającymi żelazo.

Wiecie co daje najwięcej energii, jak dla mnie? Wyciśnięcie w wyciskarce świeżego mniszka, prosto z ziemi. Jego zielonych listków, jeszcze przed kwitnieniem. Takiego wiosennego mniszka

, kiedy najwięcej w nim wartości. Z tej nieskażonej ziemi, nie pryskanej żadnym świństwem. To ma specyficzny smak, nie każdemu posmakuje, nawet z dodatkami. Mi smakuje akurat, z jabłkiem, pomarańczą, jarmużem czy innymi zielonymi. Zielone soki dają energię do działania. Takiego kopa po tym dostałam, że kawa to znika przy mniszku. Szkoda, że ten mniszek najlepszy jest ponoć tylko na wiosnę, do końca kwietnia. Czy to znaczy, że później nie ma sensu go używać? Tego jeszcze nie wiem.

Szukając zamienników, zmieniając dietę, znalazłam w gratisie jeszcze inne wynalazki. Wszystkie lekcje i dokonywane zmiany leciały dalej, jak w dominie. Jedna lekcja za drugą. Z każdej coś wynikało i było zaczątkiem lekcji kolejnej, którą miałam odkryć i zrozumieć. Najpierw dusza, potem ciało. I tak to się wzajemnie uzupełniało, mieszało. Ciało pokazywało mi duszę. Dusza ciało.

Zmianę diety ewidentnie moje ciało czuje każdego dnia. Nie jestem już taka ospała i ociężała, mam więcej energii. Ostatnio zauważyłam, że z tygodnia na tydzień ta kawa nie smakowała już jak dawniej. Coś się więc zmienia. Nawet wyrwany ząb goi się „jak na psie”. Jak nigdy, choć nie przesadzałam z tym uważaniem tym razem. Zawsze były powikłania, mimo że nie jadłam prawie, nie piłam, uważałam na każdy szczegół. Powikłania i tak zawsze były. A teraz nic… Przypadek?

Nie tylko ciało czuje zmiany. Jestem w pełni świadoma tego, skąd wzięły się moje problemy zdrowotne; ich przyczyn, ich źródła. Świadoma wszystkich powiązań, połączeń. Świadoma połączeń z dzieciństwem i tego, co wtedy wpłynęło na to, co jest dziś. To jest pewna wypadkowa życiowych doświadczeń i decyzji (w głównej mierze nie moich). Odkryłam to już dawno i wciąż odkrywam, kawałek po kawałku. Wiem też, że żadna zmiana nie stanie się ot tak, za pstryknięciem palców. Wszystko musi się dziać w swoim czasie i tempie. Nie zlikwiduję konsekwencji działań przeszłości w jeden dzień. Ani w dwa, ani miesiąc. Wiele rzeczy przepracowałam, ale nie wiem ile mi się uda naprawić. Nie wiem czy uda się w 100%. Zapewne nie. Jednak to już nie jest ważne aż tak bardzo w tej chwili.

Wszystko ma swój cel, od ciebie zależy czy go odszukasz – Dan Millman.

Stało się i nie jest już aż tak ważne czy ktoś zadał mi ból celowo, umyślnie czy niechcący. To już nie mój problem, tylko tych, co go zadawali. Uderzyło we mnie. Jest jak jest i robię z tym, co mogę. Póki co, systematycznie, krok po kroku odkrywam wszystko to, co zakryte. Bez pośpiechu. Bez instrukcji tak naprawdę z zewnątrz. Jedyne instrukcje dostaje z wewnątrz. Mam zadania do wykonania i je wykonuję. Odszukuję swoje cele. Odkrywam to, co jeszcze mogę zrobić. Wszystko ma swoje miejsce, swój czas, swój cel. Ma być takie, jakie jest w tej chwili. Czasem jest mega trudno, czasem z bezsilności popłyną łzy. Pierwsze chwile po odkryciu jakichś tam prawd bywają różne. Czasem pojawia się nawet złość w tej bezsilności, ale to nic złego, dopóki jestem tej złości świadoma. Czasem paraliżujący szok. Kiedy te emocje przyjmuję i zapraszam w moje progi, złość robi się nieszkodliwa.

Najwięcej szkody wyrządza to, czego świadomi nie jesteśmy. Te emocje, których nie nazwaliśmy, odrzuciliśmy od siebie. Emocje, do których się nie przyznajemy.

Emocje same w sobie nie są złe, wiele razy to powtarzałam. Nie są też dobre. One po prostu są i tak do tego podchodzę. Dobro i zło, te wartości nadajemy wszystkiemu my. Jest mi ciężko i wcale nie muszę się tego wstydzić ani udawać, że jest inaczej.

Czy to moje cierpienie stanie się zasługą, wartością jakąś, czy może będzie powodem zguby, to zależy tylko ode mnie.

I w ramach tej zasługi, w ramach przekuwania tego w wartość samą w sobie, robię z tym to, co zrobić mogę. Zaczynam od prostych i małych rzeczy; od uświadamiania sobie własnych emocji, od akceptowania ich, o czym pisałam już wiele razy. Od tej całej pracy, jaką tu wykonuję. Od zmiany siebie poprzez niezmienianie tak naprawdę. Masło maślane? Wcale nie, tylko trudno to mi wyjaśnić. Może tak – jedyną zmianą, która dla mnie jest najlepsza, to ta odbywająca się poprzez akceptację tego, co jest, bez podejmowania próby zmiany. Czyli przyjęcie tego, co jest, bólu, cierpienia, smutku, złości, bez próby zmiany, bez odrzucania tego. Bez oceniania tego jako dobre lub złe. Tylko uświadamianie sobie zaistnienia w sobie tego czy tamtego. Zmiany weszły także do żywienia. Zaczynały się od każdego posiłku i sprawdzania reakcji swojego organizmu.

Póki co, czuje się lepiej nie jedząc glutenu. Jak będzie dalej nie wiem, ale dam znać. Upiekłam dziś chlebek bezglutenowy z komosy ryżowej. Po raz pierwszy wyszło mi coś naprawdę smacznego, a nie jakiś gliniasty gniot bez puszystości. Wprawdzie to wersja na raz dla dwóch osób, więc nie wiem jak by smakował później.

Chleb bezglutenowy to trudna sprawa i wyższa szkoła jazdy. Większość wypróbowanych nie wyglądała jak na zdjęciu i smak pozostawiał wiele do życzenia. Tym razem wyszedł bardzo smaczny i zamierzam piec go częściej. Przepis znalazłam tutaj: 2-składnikowy chlebek.

Czy to wszystko sprawi, że stanę się innym człowiekiem? Nagle ozdrowieję i moje problemy znikną? Być może nie. Być może pewnych zmian cofnąć się nie da. Być może będzie mi tylko lżej, łatwiej.

Czy to jest najważniejsze, aby pozbywać się cierpienia czy bólu? Nie. Zrozumiałam, że muszę go wykorzystywać. Bo wszystko jest lekcją.

Co jeszcze można zrobić z tego, co dostaliśmy? Jak zrobić coś z niczego? Jak wykorzystać taki materiał, jaki się dostało, choćby był tragiczny.

O ile dobrze zapamiętałam wszystkie szczegóły, to jedna Pani chyba dostała w prezencie koronkowe majty, których wiedziała, że na pewno nie założy. Zrobiła z nich śliczny dodatek do bluzki, w której był głęboki dekolt, a ona była po mastektomii. Można? Można.

Trzeba.

Nie chodzi o to, aby żyć lekko i przyjemnie, bogato i bez problemów, ale o to, by się rozwijać. By wzrastać, bogacić się duchowo, doświadczać. Naukę zdobywa się na lekcjach. Nie chodzi też o to, aby celowo się umartwiać i wywoływać cierpienie. I choć kiedyś tak bardzo broniłam się przed tym, że cierpienie ma jakąś moc, jakieś znaczenie czy może cel, co stwarzało we mnie ogromny opór, to dopiero buddyzm pomógł mi w tym, by zrozumieć o co w tym chodzi. I kiedy to zrozumiałam, to był ogromny szok. To, co zrozumiałam, co ostatnio przyszło, to był i jeszcze jest ogromny szok. Nie wiem czy będę umiała ująć wszystko w słowa. Przede wszystkim, czy w ogóle będę chciała. To jest gdzieś między wierszami.

I nagle tyle rzeczy stało się kompletnie nieważnych… Bez znaczenia tak naprawdę.

I co? Poczułam spokój…

Edit: 29 styczeń 2019

Jak na dzisiejszy dzień wygląda moja dieta bezglutenowa?

Aby nikogo nie oszukiwać, muszę dopisać, jak to wygląda dziś. Otóż, w ogóle nie wygląda. Wypróbowałam mnóstwo przepisów. Jeden nawet podałam w tym wpisie. Któregoś dnia sprawdziłam jak on będzie wyglądał następnego dnia, bo zaraz po upieczeniu był pyszny. Po kilku godzinach już stał się kupą gliny. Niestety. Jest to chlebek na już. Do przechowywania na potem, czy na późniejszy posiłek się nie nadaje. Większość przepisów, jakie wypróbowałam zwyczajnie mi nie smakowała. Próbowałam polubić, ale nie wyszło. Konsystencja chleba w żaden sposób nie była podobna do chleba z glutenem. Po upieczeniu, przy odpowiednim świetle, być może i mój wyglądałby smacznie, jak większość na zdjęciach w necie. Smak jednak nie powalał. Był ledwie znośny i tylko chwilę po upieczeniu. Potem albo gniot, albo tak suchy i twardy się robił, że moje zęby tego nie polubiły. Wypróbowałam już zbyt wiele przepisów i szkoda mi marnować materiał, który potem lądował w śmietniku, za każdym razem. Musiałam robić małe chlebki, do zjedzenia na raz. Mój maż jest bardzo otwarty na nowe smaki, ale żaden z chlebów jemu także nie smakował. Wytrzymałam może miesiąc. Początki były super, odzyskałam wigor. Potem jednak gwałtownie słabłam, straciłam apetyt, chudłam zbyt szybko. Na nic nie miałam ochoty. Nie miałam siły, aby wstać i funkcjonować, a z moją psychiką było wszystko w najlepszym porządku. Nie dało się tak dłużej funkcjonować. Pierwszy glutenowy posiłek i kanapka z razowym chlebem była jak dawka adrenaliny. Z miejsca wróciły siły do życia. Nikt mnie nie przekona już do diety bezglutenowej. Wiem już, że to nie moja droga. Próbowałam jeszcze niedawno, bo a nuż się uda i zrobię coś jadalnego dla mnie. Nie udało się. Ból fizyczny minimalizuje nie dieta, a wizyty u fizjoterapeuty i praca z moimi zębami. Tu potrzeba nie tak diety, jak kasy. Nie twierdzę teraz, że dieta nie działa, bo działa, ale nie ma jednego przepisu dla wszystkich. Znajdźmy swoją drogę. Ja ją chyba znalazłam.

Co dalej z dietą? Zostaje przy tym, co robiłam do tej pory. To była najlepsza droga, bo…

DROGA ŚRODKA

Bez popadania w skrajności.

Koniec eksperymentów.

Reklamy

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.