Spontan

Gdyby tak scharakteryzować samą siebie? Bez planu. Nie wiem co z tego wyjdzie. Jakie pytania w sobie odkryję, ani jakie odpowiedzi znajdę podczas pisania. Niech mnie niesie…

Jestem starą duszą – cokolwiek to znaczy, jakkolwiek to ktoś odbierze. Jestem tego świadoma. Nie umiem powiedzieć, skąd wiem to, co wiem. Czasem ktoś pyta mnie, skąd to wiem. Nie wiem skąd. Nie opisuję tutaj wszystkiego. Dużo zostawiam tylko dla siebie. Często też nie piszę wprost. Zawsze wykazywałam się też dużą siłą wewnętrzną, by kroczyć tą własną drogą, mimo kamieni rzucanych pod nogi, mimo trudów, przeciwności i traumatycznych doświadczeń.

Zawsze czułam się inna. Zawsze… Zawsze czułam inaczej niż moi rówieśnicy. Chociażby ta świadomość śmierci. Moi rówieśnicy mieli tą beztroskę dziecięcą w sobie, podczas gdy ja byłam jej pozbawiona. Nie zastanawiałam się też czy mi jej brakuje. Chyba przyjmowałam jak leci i co dają. Zawsze odstawałam i za nic nie chciałam się dostosować. Pamiętam jak na zjeździe integracyjnym na studiach odkryli mój „talent”. Mieli ze mną nie lada problem. Naciskali… Pamiętam rozmowę z opiekunem. A ja? Szłam własną drogą. Studia rzuciłam po 4 roku. Miałam buntowniczą naturę, która wraz z wiekiem i doświadczeniem łagodnieje i pokornieje, bo widzi więcej i więcej rozumie. Można mnie zabić, ale nigdy zmusić do czegokolwiek. Muszę sama…

Kiedy coś chcę wiedzieć, ta wiedza do mnie przychodzi. Zadaję pytanie, przychodzi odpowiedź. W różnym czasie. W moim życiu było mnóstwo tzw. zdarzeń synchronicznych, których nijak nie umiałam wyjaśnić, ale zwyczajnie wiedziałam… Wiedziałam… Moim życiem kierują bowiem dziwne zbiegi okoliczności, jak mawiają niektórzy. Osobiście nazywać to wolę zdarzeniami synchronicznymi. O zjawisku synchroniczności pisał już C.G Jung. Moje życie jest pełne takich zdarzeń. Począwszy od zwykłych odpowiedzi na pytania, podsyłanych w dziwnych zbiegach okoliczności, na życiowych wyborach kończąc. Było ich mnóstwo. Nie wszystkie pamiętam. Nie umiem ich zliczyć. Nie zapisuję, ale czuję, widzę często. Chociażby znalezienie mojego miejsca na ziemi, o czym już pisałam kiedyś. Czy dzień poznania mojego męża. Ci wszyscy ludzie w moim życiu, którzy pojawiali się w odpowiednim czasie i miejscu. Wszystkie zdarzenia z mojego życia. To nie był czysty przypadek. Oczywiście nie uważam też, aby to palec Boży kierował tym wszystkim. Podchodzę do tego po buddyjsku. I widzę w moim życiu sens tego wszystkiego. Tych wydarzeń, zbiegów okoliczności, spotkań… Wszystkie zwierzaki w naszym domu… Sny, które przepowiedziały wiele sytuacji.

Mam silną intuicję, jakiś taki wewnętrzny kompas. Wyczuwam ludzi. Intuicja nigdy mnie nie oszukała. Zawsze „czułam” ludzi, ich energię. Nie widzę jej, czuję. Czasem bardzo mocno. Czasem widzę w innych więcej, niż oni sami w sobie. I wiele lat mi zeszło się z tym, by to zrozumieć i nauczyć się tego słuchać. Tej swojej intuicji, tego kompasu. Wiem, kiedy ktoś ma złe intencje, kiedy czyjaś energia nie rezonuje z moją. Silna empatia kiedyś była dla mnie nie darem, lecz torturą, zbyt trudną. Jej też musiałam się nauczyć i zrozumieć.

Nie potrafię żyć wbrew sobie, wbrew własnym uczuciom, zasadom. Nie pozwolę się podporządkować, jeśli tego nie czuję. Nikt mi nie narzuci żadnej dyscypliny, która dla mnie nie ma żadnego znaczenia. Układy? W domu, pracy, szkole, gdziekolwiek? Nie ze mną. Nikt mnie nie ułoży pod własną komendę. Jestem niereformowalna. Szłam w kierunku, który nie od początku wprawdzie rozumiałam, ale moja uśpiona świadomość już wiedziała. Jakby szła wg wytyczonego celu.

Żyję w zgodzie ze sobą i własną prawdą. Nie pracuję zarobkowo. Jak dotąd nie poczułam tego „czegoś”, że to jest to. Pieniądze nigdy nie były dla mnie czymś istotnym. Wartości widziałam głębiej niż tylko w portfelu. I dlatego bogactwo mi raczej nie grozi. Nigdy też nie żebrałam pod sklepem. Cieszę się z tego, co mam. Nie chodzę głodna. Nawet, jeśli czasem bywa ciężko. Jak to gdzieś ktoś fajnie ujął – jestem odporna na stan posiadania. Poza tym, ciężko byłoby innym ze mną pracować. Nie jestem osobą subordynowaną, posłuszną. Nie ważne jest dla mnie czy ten Pan jest dyrektorem, Papieżem, czy może bezdomnym pod sklepem. Nie wartościuję ludzi w ten sposób. Jeśli to nie jest moja Prawda, to na nic ich wysokie stanowiska i zwierzchnictwo. Mam to totalnie w nosie. Nie podporządkuję się czemuś, co jest wbrew mnie, gdzie odbiera mi się możliwość samodzielnego myślenia i działania. I wiem, że to już kolejne fatalne CV, jakie tu napisałam.

Nie ma nade mną żadnego boga czy nawet prawa, które by zmusiło mnie do egzekwowania czegoś, co jest ze mną sprzeczne. I dlatego buddyzm jest czymś, co wypływa z mojej duszy, co jest częścią mnie.

Nikt mnie nie włoży w żadne ramy. Bez różnicy czy to polityczne, społeczne, religijne czy jakiekolwiek inne. Nawet buddyjskie…

Jestem szczera, a to nie jest w dzisiejszych czasach atut, zdaje się. Różnie ludzie reagują. Nie zawsze podoba im się, że mówię, co myślę, a nie to, co woleliby usłyszeć. Spoko, nigdy nie myślałam, aby zabić kogoś wzrokiem czy słowem. Jestem pokojowo i życzliwie nastawiona. Nie życzę ludziom źle. Jeśli mówię szczerze, to znaczy, że to jest ważne.

Z czego czerpię inspirację? Ze wszystkiego. Z człowieka spotkanego na ulicy, który nawet nie zauważył mojego istnienia, ze słowa przeczytanego gdzieś, czasem nawet na kapslu. Ze snów także. Sny są takim moim nieocenionym źródłem. Czasem trudnym bardzo. Głównie jednak czerpię z siebie samej… Z mojego wnętrza. W dzieciństwie nie ciągnęło mnie do książek. Otwierałam się na to, co mi się przyda, dlatego do najlepszych w szkole nie należałam. Wszystko, co zrozumiałam, to wyszło ze mnie.

Nie, nie widzę żadnych aur i nie czuję takiej potrzeby. Nie pijam ayahuaski i też nie zamierzam. Do wszelkich odpowiedzi mogę dojść i bez tego. Nie czytam Kronik Akaszy i nie ciągnie mnie do tego w ogóle. Nie czuję żadnej potrzeby, by zgłębiać tajemnice wszechświata inaczej niż do tej pory. Dziś wszyscy gonią za większą wyjątkowością, „widzeniem”, wyższym wymiarem, przy pomocy jakichś tam dodatkowych możliwości, dodatkowych środków. Chcą być bardziej oświeceni, być lepszymi od innych, więcej zrozumieć, podczas gdy ja chcę zrozumieć tylko tyle, ile trzeba. Nie muszę być lepsza od kogoś. Nie wiem jak to ująć inaczej. Znów brak mi słów. Mi wystarczy to, co mam. Wychodzę z założenia, że już jestem wyjątkową osobą, z tym, co mam. Z całą swoją indywidualnością. Nie ma drugiej takiej, jak ja. Nie ma drugiej takiej jak Ty. Nie trzeba nic więcej. Nie potrzebuję żadnych szkoleń w wyższe stadia wtajemniczenia czy tym podobnych warsztatów, tak modnych dziś. Wszelka wiedza przychodzi do mnie sama. Wtedy, kiedy trzeba. Nie muszę niczego przyspieszać, wykonywać specjalnych ćwiczeń. Nie muszę pić ayahuaski, czytać żadnej księgi czy szukać innych, dodatkowych źródeł. Nie muszę mieć nic więcej. Tak, jestem bardzo odporna na stan posiadania…

I nie, nie będę wydawać żadnej książki na dzień dzisiejszy, bo wszyscy dziś je wydają. Bo nie widzę sensu i potrzeby. Bo nie mogłabym zarabiać na tym, co chciałabym tam umieścić. A jeśli już, to wydrukuję jedynie w kilku egzemplarzach, dla moich dzieci.

Dziękuję Wszechświecie za to, co mam. Zadaję Ci pytania a Ty odpowiadasz. Czasem nawet nie prosiłam, a dostawałam wiedzę. W totalnej nieświadomości jeszcze wtedy. Wystarczyło tylko słuchać, żeby coś we mnie się budziło. Tu nie trzeba nic więcej. To przychodzi samo, tak naturalnie, jak każdy oddech. Jest odpowiedni czas na wszystko. Nie trzeba tu większych wizji, aur ani niczego więcej. I bez tego dam sobie radę, bez tego zobaczę co trzeba, usłyszę co trzeba. Nie muszę mieć nadprzyrodzonych czy magicznych właściwości. Nie muszę gonić za tym, co wszyscy, na co jakaś przerażająca dla mnie moda chyba przyszła. Cieszę się ze swojej większej wrażliwości (takiej, jaką jest) za co inni wpędzali mnie kiedyś w poczucie winy. Dziś już przyjmuję to takim, jakie jest. Cieszę się z tej swojej zwyczajności, codzienności, ułomności… I cokolwiek dostanę, będę wdzięczna. I zrobię z tego użytek. Nawet z niczego można zdziałać przecież cuda…

Pokaż mi to, co wiedzieć powinnam. Tyle, ile trzeba. Bez wysiłku, bez ćwiczeń. Tak zwyczajnie… Bez żadnych „środków dopingujących” czy dodatkowych pomocy. Tak naturalnie, prosto, ze zwykłym oddechem. Tak, jak to zwykle przychodzi. Nie będę bardziej wyjątkowa? Ok. Będę? Ok. Nie posiądę w tym życiu największych tajemnic? Ok. Posiądę? Ok, zrobię z tym to, co trzeba.

Dziękuję za wszystko, co zrozumiałam.

Tak właśnie rozumiem bycie w TU I TERAZ. Kiedy człowiek nie chce nic więcej ponad to, co jest mu w tej chwili dawane. Kiedy nie szuka innych rzeczywistości. Kiedy nie dąży do czegoś tam, do większego zrozumienia. Patrzy, obserwuje i już, w tej chwili, wszystko jest nadzwyczajne, cudowne, piękne, harmoniczne, zrównoważone. Takie, jakie być powinno. I nie trzeba nic więcej.

Dostajemy tyle, ile trzeba. Kiedy trzeba. Kiedy jesteśmy gotowi. I nie trzeba tej gotowości przyspieszać.

Dziękuję za tę lekcję, za zrozumienie, którędy iść nie powinnam. W co brnąć wcale nie muszę.

Nie muszę…

Dziękuję za każde słowo na tym blogu.

47dz

Reklamy

14 myśli w temacie “Spontan

  1. #toomnie :))) oprócz tego, że mam potrzebę wydawania książek 🙂 ale to tylko dlatego, żeby mieć pieniążki na motory 🙂
    Ale tak, to jest świetnie opisane tu i teraz. Dziś rano w aucie też miałam takie przebłyski, jakby opisać ten stan, spróbuję na dniach to zrobić. Ty opisujesz to ze statycznego, statecznego punktu (matka, żona, dom), ja z dynamicznego (potrzeba zmian), mimo, że środki mamy niemal te same. I ta, synchroniczność – rzuć w eter pytanie, dostaniesz odpowiedź. Nie ma co komplikować ani utrudniać. Fantastyczny wpis Anitka 🙂

        1. W  żaden sposób nie neguję czyichś decyzji. One nie są moje. Moje decyzje nie są Twoimi. To nie jest krytyka. Taką mam naturę, którą sobie cenię i nie chcę być przeciwko sobie. Jestem też trochę przekorna. W tym sensie, że skoro wszyscy wydają, to ja dla odmiany nie. Nie muszę pędzić tam, gdzie wszyscy pędzą, bo nie lubię tłumów. 😉 Wolę sobie pójść samotną dróżką. I tylko tyle. Ale dużo osób mi mówi, abym napisała i poczułam, że muszę się odnieść. I ona się pisze aktualnie, już od dawna. Ale w innym celu niż zarobkowym. 😉

        2. Wiesz, te słowa kiedyś stąd zginą. Google zapomni. Chcę tylko dzieciom coś zostawić, żeby te słowa dla nich nie zginęły, aby się przydały. Aby coś gdzieś zostało. Świat potem sam zdecyduje co z tym zrobić.

            1. Nie wiem czy ten czas na wydawanie książek u mnie w ogóle nadejdzie. To chyba nie ja i tu masz rację. Jeśli chodzi o dzieci, nie muszę na nic czekać. Są dziś spore możliwości, których zupełnie świadoma nie byłam. Dla reszty świata jestem tu.

  2. A wiesz, ja widzę aurę, wprawdzie tylko pierwsze warstwy 🙂 Nie prosiłam, samo nagle przyszło. W sumie fajne, ale do niczego nie potrzebne, na razie 🙂 Każdy swoją ścieżką 🙂 Zobaczymy 🙂

    1. A dokładnie co widzisz? Może to, co i ja, czyli coś, co ja nazywam dyfrakcją, czyli ugięciem światła. Bardzo często ucząc widzenia aury, pokazują dwa palce na białym tle. To, co wtedy widać to właśnie dyfrakcja. Fizyka ładnie to wyjaśnia, więc można sobie poszukać. Jeśli odpowiednio zmęczę wzrok, oczy, skupiając się na czymś, to zapewne zobaczę dziwne rzeczy, ale nie uważam to za coś nienormalnego czy wyjątkowego. Zwykle uczą tych aur na białym tle. Dlaczego akurat biały? Bo ludzki wzrok nie radzi sobie z kontrastem. Póki co, nie widzę w tym magii a prawa fizyki, jakieś błędy w akomodacji oka.

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.