O górskiej wędrówce

Byłam pewna, że znam moment, kiedy moja świadomość zaczęła się budzić. Byłam pewna, że jest nią utrata słuchu. Że to był początek. Wtedy to było tak intensywne. Myliłam się. Nie ma czegoś takiego jak moment przebudzenia.

To, co odbieramy, jako moment, jest w rzeczywistości etapem, kiedy zauważamy sam fakt, że coś się zmienia. W rzeczywistości całe moje życie już było na tym etapie. W rzeczywistości to zaczęło się znacznie wcześniej, niż sięga moja świadomość.

Bardzo broniłam się przed tym, by to napisać. Jednak moja medytacja była ponagleniem. Idź, idź… Ile napisać, ile powiedzieć? Na ile ktoś będzie gotowy, by to zrozumieć? I zrozumiałam, że to nieważne. Jeśli nawet tylko dla jednego człowieka to piszę, który musi to przeczytać akurat w tej chwili, to i tak warto.

Idź, usiądź, a wszystko popłynie… Jak zawsze… Nie martw się.

Ok… Nie mam powodu Wszechświecie, by się temu nie poddawać. Nie mam powodu, by nie pozwolić wszystkiemu płynąć. Ne mam powodu, by nie słuchać tego głosu we mnie. Wszystko, co do tej pory wydarzyło się w moim życiu ma sens. Jest czystym sensem. Całe moje życie to czysty sens. Wszystko; to dobre i to złe. To, co bolało i dawało szczęście. Wszystko, absolutnie.

Pisałam nie raz i nie dwa, że widzenie rzeczywistości taką, jaką ona jest czasem jest trudne. Może nadszedł czas, aby tę myśl rozwinąć.

Wszystko, co się w moim życiu wydarzyło było tym przebudzeniem. Dziś widzę to wyraźnie. Ta świadomość śmierci, która była ze mną już od dziecka. To poczucie, jakby moja dusza w dziecięcym ciele była całkiem stara i zmęczona. Przez wiele lat miałam też takie poczucie, że moje życie zatoczyło jakby koło. I to koło się teraz zamyka. Nie miałam pojęcia co to oznacza, jednak ta myśl wiele razy do mnie wracała i wciąż wraca. Coraz silniej i silniej. Jednak o  tym nie chcę pisać, nie czuję by była taka potrzeba.

Przelatuje mi dziś przed oczyma film mojego życia. I dopiero teraz widzę powiązania, sens wydarzanych rzeczy. Jak wszystko się jakby samo urzeczywistniało.

Każdy etap w moim życiu był jakby poziomem, na który muszę się wspiąć. Kiedy wchodziłam na kolejne stopnie, widziałam więcej, szerzej. Nie zawsze to jest przyjemne. Trzeba to oswoić, co się wtedy czuje. Jeśli byliście kiedyś w wysokich szczytach gór, to zrozumiecie, o czym piszę i co próbuję ująć. Jakby człowiek pojmował tajemnice Wszechświata. Czasem można poczuć zawroty głowy, autentyczne zawroty z powodu tego, co widzisz. Można poczuć skrajne emocje, łącznie ze stanami depresyjnymi. Tych na początku życia miałam sporo. Dopiero teraz je rozumiem i umiem poskładać wszystko w całość. Nie umiałam jeszcze rozeznać tego wszystkiego. Widzisz tylko kawałek i nie wiesz do czego to przypiąć, przyłatać. Gubisz się. I wtedy nauka akceptacji przychodzi z pomocą. Boisz się, zarówno tej swojej niewiedzy, jak i tego co już wiesz. Początki mogą być więc bardzo bolesne. I trzeba zaakceptować ten ból, jaki przychodzi. Każdy taki etap jest w pewien sposób trudny, bo zawsze nowy. Kiedy przychodzi zrozumienie i zaczynasz wchodzić na kolejny schodek czy piętro, czasem emocje są duże, aż ręce i nogi się trzęsą. Czasem w pierwszej chwili może pojawić się strach, lęk. Czasem ogromny szloch i łzy, nie spowodowany ani smutkiem, ani radością, jakby tym wszystkim naraz. Zobaczyłeś coś, co przyniosło ze sobą coś nieodwracalnego, czego nie da się odzobaczyć. Zrozumiałeś tak wiele… Uczucia te są nie do opisania. Wiele razy czułam coś tak intensywnie, że było mi zbyt trudno. Miałam wrażenie, że coś się kończy (pisałam o tym, o ciemnej nocy) i wtedy autentycznie się coś kończyło. To był naprawdę koniec czegoś. Potem nadchodziło nowe. Przez jakiś czas musiałam to oswajać, równoważyć skrajne emocje, zrozumieć w pełni. Aż do czasu, kiedy znów nadchodził etap, odsłaniania kolejnego kawałka obrazu, jeszcze szerszej perspektywy, która teraz jest tak intensywna, że czasem zapiera dech w piersi lub wywołuje łzy oczyszczenia. I znów oswajanie, równoważenie emocji, słuchanie, obserwowanie, nauka. Tak wygląda mniej więcej każdy etap. I to, co się widzi jest takie, jakie jest, nie zawsze fajne, nie zawsze dobre, lecz wiem teraz, że to tylko moje iluzoryczne postrzeganie tego. Moja iluzja, że coś było złe. Umiem już dziś wyjść poza to i zobaczyć to z zupełnie innej perspektywy. Mam takie wrażenie wręcz, jakbym wyszła z siebie i stanęła obok. Jakbym patrzyła na swoje życie i ono nie było moje. Jakbym to nie była ja. Dziwne uczucie… Nie umiem tego ująć. Słów brak… Nie wiem czy takowe są. To jest coś poza słowami już.

Dziś już wiem, że gdybym dostała to wszystko w jednym momencie, to by mnie to zabiło. Nie wytrzymałabym tego psychicznie. Wszystko musi przychodzić etapami, w tempie dostosowanym do każdego człowieka osobno. Tyle, ile da radę znieść, pojąć, zrozumieć. Brak cierpliwości w tym względzie nam nie posłuży. Nie ma jednego momentu przebudzenia. Czasem przechodzimy je nie wiedząc o tym (początkowe stadia). A czasem czujemy je tak intensywnie, że nasze ciało fizyczne reaguje. Serce wali jak młot, emocje sięgają zenitu, łzy płyną. Po jakimś czasie wzrok się przyzwyczaja do nowego… Jest łatwiej z każdą chwilą.

Nasza dusza potrzebuje tych wszystkich doświadczeń, aby świadomość została obudzona do końca.

Z przebudzeniem jest jak z wędrówką po najwyższych szczytach gór… Już podczas wędrówki powoli, po kawałku zmieniasz się bezpowrotnie. Na szczyt dochodzisz już całkiem inny i to, co widzisz jest inne.

Czym ono jest?

Idź na szczyt swojej góry, to się sam przekonasz…

Jak tam wejść?

To jest inny świat, inna rzeczywistość. Inna częstotliwość. Aby wejść po tych schodkach w górę, trzeba coraz głębiej schodzić w siebie.

Schodząc w głąb siebie, wchodzisz na szczyt swojej góry…

Nie spiesz się… Powoli, delektuj się tym, co odkryjesz, oswajaj to, spróbuj zrozumieć. Nie próbuj przeskoczyć kilku stopni na raz, bo i tak szybciej tam nie trafisz, a wręcz spadniesz z tych, co już przeszedłeś.

Powoli…

Nie musisz mi wierzyć,  przekonaj się.


Jak wygląda moja medytacja? Mniej więcej tak. W zasadzie to, co dziś wszyscy czytają, jest jej efektem. Te słowa w trakcie medytacji płyną ze mnie, a ja je zapisuję.  Najszybciej, jak potrafię. Odpowiadam w tym momencie tym wszystkim, którzy mnie pytają o to. Tak to wygląda.

Dużo siły i wytrwałości wszystkim życzę w wędrówce na własne szczyty…

Reklamy

7 myśli w temacie “O górskiej wędrówce

  1. Tak, tak to wygląda 🙂 ech…Przez pół roku miałam wrażenie chodzenia miedzy dwoma światami i nie należałam do żadnego. Jakbym wibrowała w innym rytmie. To było dziwne i trochę straszne. ale przeszło.

  2. Wiesz,czasem mam wrażenie, że ta Twoja medytacja jest taką ucieczką od świata realnego, a innym razem próbą wyciszenia owego świata… Wiem o tym niewiele, ale patrzę na to z poziomu człowieka przygniecionego codziennością i zastanawiam się czy to naprawdę jest możliwe…

        1. A skąd wiesz, że niewielu? Statystyki nie są mi znane. Stasiu, prostota to już osobny temat… Zależy co rozumieć przez prostotę. Definicja nie jest taka prosta, jakby z nazwy wynikało. Jest prostota, która bywa trudna do zrozumienia, a to z tego powodu, że do niej trzeba dojrzeć. A kiedy się do tego dochodzi, to nie chce się uwierzyć, że to takie proste było. My człowieki, tak sobie po prostu utrudniamy wszystko, że prostota leży poza naszym pojęciem. 😉

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.