O robieniu tortów

Czyli o racjach, tłumaczeniu, budzeniu i emocjach.

Wszystkie lekcje, które dotąd przerobiłam, pozwalają mi widzieć, kto tych lekcji jeszcze nie przerobił. I to też jest swego rodzaju lekcją. Widzieć coś, a jednocześnie nie móc z tym nic zrobić. Zostawić to, jakie jest. Puścić… Bo puszczenie jest naturalną koleją, kolejnym krokiem świadomości. Nie puścisz niczego, zanim sobie tego nie uświadomisz i nie zaakceptujesz. Kurcze, przecież to logiczne.

Widzę różne rzeczy, oczywiście te przepracowane u siebie. Widzę skąd w ludziach biorą się pewne emocje. Widzę źródło nieporozumień, konfliktów. Skąd to wiem? Widzę, bo to przerobiłam sama. Wiem z własnego doświadczenia. Wiele lat sama nad tym pracowałam. Ten schemat jest mi znany, jak i wiele innych. I muszę bardzo uważać na to, co mówię, by nie powiedzieć zbyt wiele. By nie zdradzić, że widzę… Bo po co? By nie zrobić zbyt wiele, nie prostować na siłę. By działać z wyczuciem i w odpowiedniej chwili umieć się wycofać, zaprzestać. Widzę teraz jak wiele błędów w tej kwestii popełniłam. Tu nie chodzi o żadną tajemnicę, a o sens tego. To nie tak, że jestem pazerna, chciwa i wolę coś zostawić tylko dla siebie, nie podzielić się. Ten blog jest sam w sobie obaleniem tego argumentu. Piszę go dla siebie, ale dzielę się własnym doświadczeniem – mam nadzieję, że nie nachalnie. To nie ma sensu, po prostu. Nie ma sensu nikogo budzić, uświadamiać, tłumaczyć, prostować w nieskończoność.

I ten żal, bezradność, że nic już nie możesz więcej zrobić. Że musisz puścić, kiedy serce nie dopuszcza do siebie tego, iż to jest ten czas, aby się poddać.

Nie ma sensu wykładać własnych racji do upadłego. Bo z racją jest jak z tortem, każdy może swoją warstwę ułożyć na wierzchu. Albo jak z dupą – każdy ma swoją. I w tym sens, abym ja nie układała. Abym nie bawiła się w robienie tortu i nie dała się w to wciągnąć, choćby przyświecały temu dobre intencje.

To nie znaczy, że mamy nic nie robić (bo nie warto pomagać), nie wygłaszać w ogóle swoich opinii, nie odzywać się wcale. Masz prawo do własnych opinii i mogą być one pomocne dla innych. Robić to, ale z wyczuciem. Używać i serca, i rozumu.

Każdy musi sam dojrzeć do pewnych rzeczy, sam je zrozumieć. Na wszystko przychodzi właściwy moment i nie przyspieszę pewnych rzeczy. Nawet, jeśli czasem tak bardzo chcę…. Nie wyprostuję czyjejś krzywizny, jeśli sam zainteresowany jej w ogóle nie widzi. Jeśli on widzi to inaczej.

Już kiedyś przytoczyłam słowa Jarka Kefira, więc wrócę do nich jeszcze raz:

Potem zaczynasz powoli rozumieć, że pomóc można tylko temu, kto nie opluje Twojej pomocnej dłoni. Dać wiedzę można tylko temu, kto chce, i kogo mechanizmy obronne nie zwariują od tej wiedzy. W przeciwnym wypadku ryzykujesz bowiem gniewem świata. Gdy wpierdalasz się nieproszony między przysłowiową wódkę i zakąskę, nawet z dobrą radą, to raczej nie kończy się to dobrze. Może skończyć się np tym, że dostaniesz w mordę, i tyle Twojej dobroci, empatii i chęci wyzwalania owieczek od systemu zarządzanego przez wilki.

No cóż, życie pokazało mi już, że tak właśnie czasem się dzieje. Nie raz, nie dwa… Czyjeś mechanizmy obronne dostają szału. Nie, nie boję się gniewu świata, jednak kiedy widzę znajome mechanizmy, tak znany mi opór, to wiem co się święci. Nie ma sensu.

Widzieć rzeczywistość taką, jaką ona jest, czasem bywa trudne. To jest zaledwie początek. Potem jeszcze trzeba nauczyć się z tym żyć i nie wciskać tego innym, bo oni tego nie dostrzegą, nie zrozumieją jeszcze. Oni i tak usłyszą to, co chcą usłyszeć. Zobaczą tylko to, na co pozwolą im własne ograniczenia, schematy czy mechanizmy obronne. Trzeba pozwolić im na to, na błędy, na ślepotę, głuchotę. Na własne widzenie, jeśli nawet jest to powodem nieszczęścia tej osoby i źródłem niepowodzeń czy depresji. Nie próbować innych „nawracać”. Tak rozumiem właśnie utrzymywanie umysłu „nie wiem”. Nie przywiązywać się do myślenia w kategoriach prawda czy fałsz. Nie negować, nie pochwalać. To jest moje. Twoje może być inne i nie mogę powiedzieć, że moje jest prawdziwe, a Ty kłamiesz. Bo on często wcale nie kłamie, jest przekonany o swojej racji, wierzy w nią, a z tym nie ma dyskusji. Wystarczy jednak spojrzeć na konsekwencje swoich wyborów. Na to jak pojmujesz szczęście, czy je czujesz. Czy to Ci pomaga, czy może jednak pogłębia depresję i nie powoduje żadnych wartościowych skutków. Czy dzięki temu umiesz wyjść z problemów, czy tkwisz w nich od lat. Mogę jedynie o sobie powiedzieć, że to, co robię mi pomaga, odnosi skutek i pomaga wychodzić z problemów. To jest moje… Jeśli Tobie twoja melodia nie pomaga, to zmień płytę… Poszerz percepcję. Wyjdź poza własne projekcje…

Nawet człowiekowi w depresji trzeba pozwolić być tam, gdzie jest, z tym co jest, dopóki sam nie zdecyduje o zmianie. On też musi sam… Sam musi nacisnąć ten włącznik głęboko w sobie. Włącznik otwierający. Nikt na siłę go nie wyciągnie zza tego muru, który sam zbudował. Jakiekolwiek słowa spoza jego własnych schematów i mechanizmów obronnych, praktycznie do niego nie docierają. One tworzą mur nie do przebicia. Można mówić, tłumaczyć. Tak, tak, niby wszystko wie, ale… On jest na to zamknięty. Pewne rzeczy nie dotrą do niego. Dopóki nie otworzy się na inne, na nieznane, na nowe, jemu obce. Do wielu mówiłam, tłumaczyłam, a oni słuchali lecz nie słyszeli… Docierało tylko to, co zgadzało się z ich własnymi schematami i mechanizmami. Tylko temu przyklaskiwali. Reszta nie docierała. I tak tworzyli sobie kąciki wzajemnej adoracji, które pomagały im trwać w tym, co jest. Poklepując się wzajemnie po ramieniu. „Reszta, to w ogóle nie rozumie…”. Rany, skąd ja to znam – myślałam. Wniosek? Trzeba zacząć słuchać tego, co jest niewygodne, co do nich nie dociera, zwłaszcza na co się blokują. Czego słuchać nie chcą. Nie zamykać się na inne. Słuchać tej osoby, która wg człowieka z depresją go nie rozumie (bo mówi inaczej, niezrozumiale – co jest oczywiste), bo może się okazać, że jedyną osobą, która nie rozumie jest on sam. Strasznie trudno jest mi to wytłumaczyć… Nie wiem czy jest to zrozumiałe, ale na własnym doświadczeniu rozgryzłam ten mechanizm. Tak z tego sama wyszłam. Zaczęłam słuchać niewybiórczo, wszystkiego, zwłaszcza krytyki. I to pożytek przyniesie każdemu, nie tylko osobie z depresją.

Nie ma sensu dyskutować z kimś na temat subiektywności czy obiektywności. Jeśli widzisz coś obiektywnie, to nie będziesz bronić swojego zdania. Pozwolisz innym widzieć to, co widzą. Bronić będziesz za to jak lew swojego subiektywnego widzenia, wąskiej perspektywy, własnego małego terenu, kilku ciasnych metrów. Zamiast oddać to bez walki, bo tu nie ma się o co bić. Oddać i dopiero wtedy zobaczyć przestrzeń, która zapiera dech w piersiach.

Ba, czasem widzę swoją własną ślepotę. Widzę, że nie rozumiem, nie mogę rozeznać czegoś. I najtrudniejsze jest właśnie pozwolenie sobie na to. Tak, mam prawo nie wiedzieć wszystkiego. Spojrzeć na to z innej strony; na to, co już zrozumiałam. Spojrzeć na to z boku, z dystansu.

Skąd takie uczucia w nas a nie inne, kiedy nas ktoś zrani czy sprawi przykrość? To jest proste. Czyjeś słowa wywołują w naszym ego opór. A jak to jest z tym oporem pisałam wiele razy. Emocja jest reakcją na bodziec. Czyjeś słowa są takim bodźcem. I wina nie leży tutaj po stronie mówiącego, raniącego czy robiącego komuś przykrość swoim słowem. Winny jest ten, który poczuł te emocje. Nie tak winny, jak przyczyna leży w nim samym, nie w wypowiadającym te słowa.

Edward Stachura dał celną ripostę w tym temacie:

Jeżeli coś dotyka cię, znaczy: dotyczy cię. Jeżeliby nie dotyczyło cię – nie dotykałoby cię, nie zrażało, nie obrażało, nie drażniło, nie kłuło, nie raniło. Jeżeli bronisz się, znaczy: czujesz się atakowany. Jeżeli czujesz się atakowany, znaczy: jesteś celnie trafiony. Miej to na uwadze.

Powtarzam sobie te słowa zawsze, kiedy w grę wchodzą emocje. Każdy opór potęguje te emocje, jakie w nas są. One przybierają na sile.

Co wtedy najlepiej zrobić? Przyjrzeć się im… Nie zaprzeczać, że to kłamstwo, że bujda na resorach, tylko spokojnie się przyjrzeć. Pozwolić emocjom przepłynąć. Nie zatrzymywać ich, nie zaprzeczać, nie odrzucać, nie odpychać. Tak robię od kilku już lat. Umysł nie rozpoznaje tego, czego nie zna. Jeśli jest reakcja, coś jest na rzeczy, z czymś nasz umysł to identyfikuje. Coś rozpoznał, zauważył. Dopasował do jakiegoś własnego doświadczenia. Inaczej by to pominął, a z naszej strony żadnej reakcji by nie było.

Coś jest. Pytanie tylko co? I to właśnie trzeba rozeznać. W sobie, nie w rozmówcy. Bo to moje emocje, nie jego. Dlatego warto przyjrzeć się swojemu wnętrzu, nie temu, kto bolesne słowa wypowiedział. Zawsze gdzieś tam jakieś ziarenko prawdy się znajdzie, jeśli się dobrze poszuka. Zawsze znajdzie się tam źródło tych emocji i przyczynę. Sprawdziłam na sobie. Nikt nie musi się ze mną cackać i uważać, aby przypadkiem mnie nie urazić. Niech razi do woli. Potrafię z tego wyciągnąć dobre wnioski dla siebie i wychwycić to, co trzeba. Przyglądam się swoim emocjom. A jak mnie coś zaboli, to wiem, że coś się gdzieś ukryło i ma chęć wyjść. Nie szykuję też celnych ripost i kul armatnich na odpowiedź, bo to nie jest słuchanie. Jestem w tym beznadziejna. Bo słucham. Wiele razy mąż zasygnalizował mi problem w taki sposób. Kiedyś prowadziłam z nim spory, dyskusje. Ułożyliśmy niejeden piękny, wielki i kompletnie bezwartościowy tort.

Nie boję się krytyki, bo wiem czym ona jest. Moim nauczycielem. Jeśli kogoś na nią stać, to znaczy, że nie może być moim wrogiem. Przyjaźń również nie polega na mówieniu samych miłych i przyjemnych słów. Czasem prawda nas może zaboleć.

Kiedy pierwszy raz zrobiłam to, o czym teraz wkoło powtarzam, dokonałam w sobie ciekawych odkryć. Wiele się wtedy zmieniło. Warto było. Każda relacja się zmieniała na lepsze. Bywało, że mój rozmówca triumfował. Skoro ja odpuściłam walkę, to wychodziło mu na to, że on ma rację. Pozwoliłam mu tak myśleć. 😉 Tu nie ma wygranych i przegranych. Nie ma sensu myśleć w tych kategoriach; kto ma rację a kto się myli.

Żadne emocje nie są naszymi wrogami. Powtarzam to często. Szkoda, że tak mało z tego do ludzi dociera. To nasi nauczyciele. Tak samo jak Ci, którzy te emocje w nas wywołują.


„Kiedy żyjesz, całkowicie godząc się na to, co j e s t, wszelkie dramaty, jakie rozgrywały się dotychczas w twoim życiu, dobiegają końca. Gdy przestajesz :

– nałogowo oceniać innych

– krytykować,

– porządkować świat dzieląc go bezpieczną granicą – na dobry i zły, czarny – biały etc

– wyodrębniać w świecie część „lubianą i nielubianą”/ chcianą i niechcianą – i budować swoje życie na dążeniu do osiągnięcia jednej skrajności a swoje cierpienie na osiąganiu drugiej.

Wtedy – nawet w zwykły spór nikt już nie zdoła cię wciągnąć, choćby bardzo się starał. Nie sposób spierać się z kimś, kto jest w pełni świadomy. Uczestnik sporu musi się utożsamić z własnym umysłem i stanowiskiem myślowym, aby poczuć się zaatakowanym – a także stawiać opór stanowisku rozmówcy i reagować na nie.” – E. Tolle.

Reklamy

6 odpowiedzi na “O robieniu tortów”

  1. Jestem tu po raz pierwszy. Odnalazłem Cię zupełnie przez przypadek na innym blogu. Przeczytałem i się zatrzymałem. Odpowiada mi Twój punkt widzenia, tak właśnie jest. Trudno jest mierzyć się z samym sobą będąc na emigracji, ale jest to możliwe i walka nie musi być przegrana. Różnorodność opinii, słów i ich znaczeń jest budulcem, sprawia, że powstaję na nowo. Także piszę, prowadzę swego bloga i mam świadomość jak niewygodne czasem tematy poruszam, jak trudne są. Lecz cieszy mnie to niezwykle bo tak jak i Ty uczę się. Mam też dwa koty, które sprawiają, że dni mijają pogodniej. Pewnego razu zastanawiałem się dlaczego tak wiele osób ogląda krótkie filmy o zwierzakach. Spostrzegłem, że większość z nich jest o kotach. Teraz już wiem. Psy są służalcze, wykonują komendy. Koty zawsze dostarczają uciechy bo wciąż pozostają niezależne. W tym, że lubimy te śmieszne filmiki tkwi tęsknota za niezależnością, tak myślę. Będę tu powracał. Zostawiam też zaproszenie: Raise your words, not voice. It is rain that grows flowers, not thunder.

  2. Pojechałam na ustawienia hellingerowskie. Rok się na to zbierałam, aż w środku mnie wygenerowało się :TAK. Czekamy na korytarzu, same babki. I rozmawiamy, lekko przerażone, spięte. I pytają mnie: a ty dlaczego tu jesteś, komu pomagasz? Nie zrozumiałam. Dopytuję. Okazuje się, że wszystkie z branży: kołcze, masażystki, tarot…coś tam. I one czyszczą, by lepiej pomagać innym. A ja z innego świata, zdziwiona odpowiadam: dla siebie…Chwila konsternacji, porozumiewawcze spojrzenia i słyszę: aaaa, to na początku, potem będziesz pomagać. Uśmiałam się. To było fajne, ja ten etap oświecania innych miałam wcześniej. Ale w sumie, można z tego zrobić sposób na życie 🙂

    1. Dokładnie tak. To najlepsze co mogłaś zrobić.  Sama przez ten etap oświecania czy pomagania, podobnie jak Ty, przechodziłam wcześniej. Teraz, jak wyżej… A co to są te ustawienia, to nie mam pojęcia.

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.