O schronieniu i ciemności

Wczoraj miałam sen. Rozmawiałam w nim z kimś o mojej duszy, o tym co wewnątrz mnie się ukryło. O tym, co się teraz dzieje. Padły ważne słowa, których za nic nie mogłam przypomnieć sobie po przebudzeniu. Nie wiem też z kim rozmawiałam.

Przez chwilę miałam wrażenie, że coś straciłam. Straciłam moje wyjaśnienie, moją odpowiedź. Zwykle pamiętam moje sny. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie zapamiętałam słów, które tam padły. Było mi przykro, jednak tylko przez chwilę. Potem przyszło zrozumienie. To, co wtedy we śnie zostało powiedziane; ta wiedza, jest tak naprawdę wewnątrz mnie, choć teraz sobie tego nie uświadamiam. Ja już to wiem i nie muszę się martwić.

Przechodzę bardzo trudny okres. Bez trudu poznaję ten etap podróży. Jest to okres totalnej niemocy, niewiedzy, ciemności. Staram się być spokojna, w tym wszystkim, o ile można mówić o tym w sytuacji bólu i problemów, które mocno się nasiliły. To czas, kiedy zbyt dużo na ciebie spada. Zwinęłam się w wewnętrzny kłębek i próbuję przetrwać ten czas niemocy. Kiedy mam siłę, to idę, po kawałku, powoli, bez pośpiechu. Mam wrażenie, że po omacku, jednak teraz już wiem, że to tylko moje wrażenie. Wiem, że muszę przejść przez ten ciemny tunel. Za ciemnością jest światło. Ten sen powiedział mi jeszcze coś. Mam wrażenie teraz, że jestem sama, zostawiona na pastwę losu, bez pomocy znikąd. To nie jest jednak prawda i z tą myślą właśnie się obudziłam. Skupiałam się niepotrzebnie na przypomnieniu sobie tych słów, a moje myśli natrętnie kierowały mnie w inny kierunek. Chciały, żebym słuchała… I zrozumiała, że nie jestem tak naprawdę sama. Bym pojęła naprawdę istotę samotności. Zaczyna być ciekawie.

Muszę tutaj wrócić do pewnego momentu. Do chwili, kiedy poznałam Tarę. Arya Tara, zwana Zieloną Tarą. W buddyzmie tybetańskim jest żeńskim odpowiednikiem Buddy. Żeński bodhisattwa. Śpiewając po raz pierwszy mantrę OM TARE TUTTARE TURE SOHA stało się coś, co przypomina mi tę chwilę, kiedy poznałam mojego męża. Kiedy patrzyłam na niego w kościele (ślub koleżanki). Ja już wtedy wiedziałam… Czułam coś wyjątkowego. To „coś”. Takie poczucie spokoju, że wreszcie jestem, w końcu dotarłam, gdzie miałam dojść. Nie wiedziałam kim jest i co stoi za tą mantrą, ani jakie jej znaczenie. Wtedy jeszcze nie. Zwyczajnie ją śpiewałam, jak i inne dotąd, ale ta mantra nie była jak inne. Czułam jakby mnie ktoś obejmował ramieniem i udzielał wsparcia, kiedy świat walił się na głowę. Czułam się jak w domu. Kiedy śpiewam tę mantrę, mam takie przeczucie, jakbym przychodziła do miejsca, gdzie można zwinąć się w kłębek i spokojnie przeczekać burzę. Nazwałam to po swojemu SCHRONIENIEM. Trudno opisać słowami uczucia, które wtedy miałam. To takie uczucie, kiedy wchodzisz do pierwszego napotkanego domu, szukając noclegu przed nocą czy schronienia przed burzą, a w drzwiach stoi ktoś, kto mówi:

-Czekałam na Ciebie. Nareszcie jesteś… Wejdź.

I tak stoisz z rozdziawioną buzią, nie wiedząc co powiedzieć, jak się zachować. Nie masz bladego pojęcia kim jest ta osoba, jednocześnie czujesz, że jesteś w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i z odpowiednią osobą. I możesz spokojnie wejść, mając tę pewność, że tutaj nikt ci krzywdy nie zrobi. Wręcz przeciwnie… To nie jest kwestia wiary. Po prostu wiesz. Wchodzisz i czujesz się jak w domu. I już zawsze tu wracasz, kiedy tylko możesz… Bo tu możesz sobie pozwolić na to, aby puścić wszystko, co cię powstrzymuje czy ogranicza. Zostawić wszystko za drzwiami i oddać się chwili, ciszy i temu bezruchowi. Nabrać sił, by ruszyć w dalszą drogę.

Dlatego noszę na szyi wisior z Zieloną Tarą. On jest symbolem mojej własnej siły i tego wszystkiego, co znajduję w sobie. Ma dla mnie szczególne znaczenie, bo jest tym moim schronem, ukrytym głęboko we mnie, skąd czerpię siłę i to, czego mi akurat potrzeba.

Muszę przyznać, że nie wiedziałam czym jest to buddyjskie schronienie. Takie słowo przyszło mi po prostu do głowy. Dalej nie wiem czy dobrze wszystko rozumiem i czy jest to tożsame z buddyjskim schronieniem, ale to akurat mało ważne teraz. Moją prawdę rozeznaję po spokoju, jaki temu towarzyszy, po prostu. To jest tak wyjątkowy stan ducha, że nie sposób tego nie zauważyć i przeoczyć. Jeśli czuję to coś, to znaczy, że droga jest dobra. Taka cisza wyjątkowa, jakby bezruch. Nie wiem jak to inaczej nazwać.

pobrane

Po tym można poznać czy się idzie dobrą drogą. Po tym spokoju, po tym wszystkim, co kryje w sobie angielska nazwa słowa „stillness”. Jeśli mam jakiekolwiek wątpliwości i nie czuję tego czegoś, zastygam w bezruchu. Stopuję. Staję, nie idę dalej. Pukam do moich wewnętrznych, ukrytych, tylko dla mnie widocznych drzwi. Do mojego schronu. Czekam. Zastygam duchowo.

Schronienie

Nie chodzi tu o to, że ktoś poprowadzi mnie za rękę i dzięki temu ucieknę od życia czy jego trudności. Wprost przeciwnie. Bardziej tu chodzi właśnie o puszczenie. Abym szła samodzielnie, własną drogą, ale zyskała więcej siły i mądrości na tę podróż. W schronieniu je znajduję. Czyli tak naprawdę głęboko w sobie. Dzięki temu uczę się jak nie uciekać, jak przyjmować i jak akceptować. Odnajdywać własne pytania i odpowiedzi, dystans. Przyjąć do wiadomości również fakt, że moja wiedza jest jak ziarnko piasku na pustyni… To uczy pokory. Dlatego bez wahania przyjęłam udzielone mi schronienie.

Różnie ludzie nazywają te trudne chwile. Niektórzy mówią na to „ciemna noc duszy” i jest w tym jakaś prawda. To dobre określenie. Z każdym doświadczeniem jednak, ta ciemność wygląda inaczej i inaczej ją przechodzę. Kiedyś bywały ostre jazdy, wielki niepokój, lęk, życiowe tragedie, emocje najsilniejsze z możliwych. Teraz jedynie długotrwały ból wyciska łzy i sprawia, że zastygam w niemocy i bezsilności. I poddaje się tej chwili. Poddaję się niewiedzy, niemocy, wszystkiemu co czuję. Tak się stało, że wraz ze spadkiem formy fizycznej, nastąpił spadek formy duchowej. Nie wiedziałam dokąd iść, co zrobić, gdzie szukać jeszcze pomocy, której nikt mi nie chciał udzielić. Mam wrażenie, że nic nie wiedziałam. Taka ciemność nagła. Takie chwile zdarzają się nawet wiedźmom (tak mnie nazywa mąż – wiedźma). 😉 A może zwłaszcza im. Bo po każdej utracie wzroku widzą więcej i inaczej, ostrzej, szerzej. Dlatego od jakiegoś już czasu, to mnie nie przeraża. Na tym polega różnica między mną teraz, a kiedyś. Znoszę to całkiem spokojnie. Ból fizyczny jest trudny czasem do zniesienia psychicznie, ale to tyle. On potrafi oczyszczać, kiedy tak wszystko się wali na ciebie. Sprawia, że upadam pod nim, ale podnoszę się silniejsza. Najważniejsze, że ten bezruch we mnie dalej trwa. Wtedy nawet silniej niż zwykle. Mam wrażenie czasem, że nawet moje emocje zastygają w bezruchu wtedy. Kiedy nie wiem gdzie iść, czym mam się zająć w życiu, co jeszcze zrobić, to wtedy siadam na przydrożnym kamieniu i czekam. Nie robię nic, bo wiem, że nie ma lepszej sytuacji niż ta, w której jestem. Ona mi mówi wszystko, czego potrzebuję, tylko muszę nauczyć się słuchać. To jest najlepsze, co można wtedy zrobić. Nic. To jest sygnał, aby wejść w ten bezruch, poczuć go. Czasem walnę się na łóżko i nie wstaję, jeśli nie dam rady. Obserwuję swoje emocje, wskazówki ze świata, otoczenia, ludzi czy właśnie ze snów. Patrzę i zastygam w bezruchu, fizycznie i duchowo. Intuicyjnie poruszam się po tej ciemności. Ruszam wtedy, kiedy jestem na to gotowa. Nigdzie mi się nie spieszy. Mam czas.

Kiedy pierwszy raz to poczułam, było mi tak dziwnie przez chwilę. Tak zupełnie inaczej niż zwykle. To było nowe, nieoswojone.

Nic w tym złego, że człowiek się zatrzymuje, że przyznaje się do gorszych chwil i poddaje się im. Wręcz przeciwnie. To jest jego siła. Bo przecież, „to w bezruchu ratujemy i przekształcamy świat”. Bywa, że spędzamy czas w bezruchu, ale to o czym ja piszę jest zupełnie czymś innym. Mogę chodzić, ruszać się, rozmawiać, a ten bezruch jest we mnie, głęboko. Czym innym jest nie ruszać się, a czym innym żyć tym bezruchem. Mieć to w sobie. Czasem wtedy potrafią dziać się piękne rzeczy. I czasami dziwne, niezrozumiałe.

Nie martw się więc, kiedy nastaje dziwna cisza, a ty nie wiesz gdzie iść i masz wrażenie, że się gubisz. Kiedy ból cię paraliżuje. Nie martw się, bo to może być zapowiedź pięknych rzeczy, których nie dostrzeżesz, jeśli będziesz pewny, że wszystko już wiesz i wszystko widzisz. Musisz oślepnąć i ogłuchnąć na chwilę, aby zobaczyć coś na nowo i usłyszeć inne dźwięki. By zobaczyć coś szerzej, głębiej.

Ja musiałam ogłuchnąć naprawdę, aby zrozumieć więcej… Taka byłam uparta. Trzeba było aż takich środków, aby mnie obudzić.

Tak budzi się w tobie świadomość. To jej etap. Nie bój się tej ciemności. Wszystkie siły będą ci wtedy sprzyjać, choć czujesz się sam, osamotniony. Z siłą wodospadu Niagara trwaj w spokoju i bezruchu. Nie walcz ze sobą ani ze swoimi emocjami. Zaakceptuj je, ten smutek, osamotnienie, ból. To też twoja wskazówka. Z czasem nauczysz się spokojnie trwać w tej ciemności i poruszać się po niej.

To tylko etap. Wszystko mija. Wszystko się zmienia. I ty już nie będziesz taka sama, więc nie przywiązuj się do siebie zbytnio, bo za chwile będziesz inna. Zaakceptuj te zmiany. To naturalny proces. Nie zamykaj się na nic, choćby było nowe i nieznane czy co najmniej dziwne.

Kiedy ktoś zaczyna z tym walczyć, czyli ze sobą tak naprawdę, robi odwrotnie do tego, o czym tu piszę, wtedy może wkraść się w jego życie depresja. Ciemność nie mija. Tkwi w niej. Nie może znaleźć wyjścia. Przeszłam przez te drzwi. Dokładnie tą drogą wyszłam, o jakiej piszę. Wychodzę wciąż i wciąż. Przemierzam etap za etapem, dzień za dniem, noc za nocą.

To jest życie.

Czy nie tkwisz przypadkiem wciąż na tym samym etapie? Trzymając się ciągle tego samego, tego co już dobrze znasz i budując cierpliwie własne ograniczenia każdym swoim „NIE”? Bo to na pewno nie, a tamto na bank tak. Dopuść do siebie, że może być inaczej niż myślisz lub to, co wiesz, jest zaledwie ziarnkiem piasku na pustyni. Sprawdzaj, doświadczaj, otwieraj się.

Bo jeśli jest światło, jest też ciemność… Jak po dniu noc. I najlepsze co można zrobić, to zaakceptować ten fakt. Można wprawdzie zaświecić żarówkę i walczyć z nocą i snem, ale długo tak nie pociągniesz. Nie walcz, zgaś światło i poddaj się. Ta chwila jest twoim najlepszym nauczycielem. Czy tego chcesz, czy nie.

I albo wyciągniesz naukę z tej lekcji, tej chwili, po czym pójdziesz dalej, albo zostaniesz tam, gdzie jesteś.


„Czekam na wiatr co rozgoni, ciemne skłębione zasłony. Stanę wtedy na raz, ze słońcem twarzą w twarz.” – Kora.

Reklamy

6 myśli w temacie “O schronieniu i ciemności

  1. Ja swoich snów zwykle nie pamiętam ,chyba że śni mi się jakiś nieboszczyk… Całym sercem Ci życzę byś przetrwała ten trudny okres i jak najszybciej wyszło słońce w Twoim świecie. Trzymaj się.

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.