Moje spojrzenie na buddyzm

Kiedy spotkałam się po raz pierwszy z terminem Zen, poczułam się jak w domu – tak to określiłam. Jakbym znalazła coś, na co czekałam całe życie. Jakbym znalazła …siebie samą. To było dziwne uczucie, którego do dziś nie potrafię ująć w słowa. Żadne nie są odpowiednie. To jak zobaczyć w galerii jakiś obraz, którego treść jest ci znana, bliska i nie wiesz tak naprawdę dlaczego. Znasz to, co przedstawia i nie możesz sobie przypomnieć skąd.

Moje przebudzenie nastąpiło, zanim jeszcze weszłam na buddyjską ścieżkę. To, co przeżyłam, zrozumiałam dopiero po przeczytaniu książek Eckharta Tolle’a, a potem innych, którzy też to przeżyli. Wtedy dotarło do mnie, czym to było. Eckhart Tolle jako pierwszy naprowadził mnie na tę ścieżkę, którą idę teraz. Problemem dla innych jest to, że idę nią zupełnie sama, bez nauczyciela i wskazówek. Dla innych, ponieważ dla mnie samej nie jest to problem. Nie ma we mnie strachu, że zbłądzę. Nie muszę iść drogą wydeptaną, którą ktoś już szedł.

Nie muszę dostawać gotowców. Mogę sobie je sama znaleźć i wypracować. To nie tak, że uważam się za nieomylną, że coś wiem, że znam prawdę. To nie tak. Idę bez żadnego strachu, z pewnym rodzajem pewności, że idę właściwą ścieżką. Nie mogę jednak powiedzieć, że znam wszystkie prawdy i moja racja jest jedyna i najmojsza. Kurcze, jak trudno to wytłumaczyć… Wiem tyle, ile zdobyłam doświadczeń. Wielu rzeczy nie wiem i nie mam takiego poczucia, że wiedzieć muszę. Wiem tyle, ile powinnam. Po prostu idę. Sama… I nawet, jak zbłądzę, to wiem, że znajdę drogę, nawet z zamkniętymi oczami. Bo ten błąd był mi potrzebny, by zdobyć doświadczenie.

Niektórzy potrzebują w życiu naukowych dowodów na poparcie jakichś tam założeń czy tez. Kiedyś też ich szukałam, ale było to raczej wynikiem wpływów, jakie były na mnie wywierane. Usilnie próbowałam gdzieś przynależeć, bo mówili, że to jest oznaką „normalności”. Zrozumiałam, że to nie jest moja droga. Cały czas czułam, że to jest nie to, że ciągle szukam, że jeszcze nie znalazłam. Myślałam, że kiedy znajdę naukowe dowody, to jednocześnie znajdę to, czego szukam. Oczywiście tak nie było. A czego szukałam? Spokoju duszy tak naprawdę.

Czy mam naukowe dowody na istnienie reinkarnacji? Skoro czuję się buddystką, to jakoś muszę to umieć wytłumaczyć. Czy mam dowody na istnienie życia po śmierci? Takich pytań można zadać mi tysiące. Czy mam na coś dowód naukowy? Czy ja w to wierzę?

Otóż, moja odpowiedź jest jedna i niezmienna. Nie szukam żadnego dowodu. Nie jest mi on do niczego potrzebny. Czytałam, że są prowadzone jakieś tam badania na temat reinkarnacji, jednak nie wnikam w to. Obce mi jest szukanie dowodów w naukach buddyjskich i spieranie się, kto ma rację i w jakim procencie. To jest dla mnie nieważne. Tak samo wiara, ona też nie jest mi do niczego potrzebna.

Wiem tyle, ile powie mi doświadczenie – powtórzę jeszcze raz.

Nie wiem czy dusza żyje po śmierci. Nie wiem czy świadomość przechodzi dalej. Nie wiem – to jedyna odpowiedź, jaką mogę dać. Dlaczego o to jednak pytasz? Do czego ci to potrzebne? Nad tym lepiej pomyśl…

Tak, miewam sny. Tak, czasem w tych snach zmarli mnie o czymś ostrzegają. Czasem moje sny mówią, nie tylko poprzez zmarłych. Niektórzy widzą swoich bliskich, bo przychodzą do nich krótko po śmierci. Przyjmuję to i nie wnikam, czym to jest. Ani nie dopuszczam, ani nie odpycham. Nie szukam w tym potwierdzeń. Nie próbuję tego zrozumieć czy pojąć, bo nie jest to odpowiedni czas na to. Jeśli mam coś zrozumieć, to zrozumiem w odpowiednim czasie. Tak podchodzę do życia. Choć nie zawsze tak było, muszę przyznać. Próbowałam to zrozumieć i dojść z tym do ładu. Próbowałam… Jedyne do czego doszłam, to właśnie to, o czym teraz piszę. Nie to jest teraz ważne. Zrozumiałam, że pytania, które zadawałam prowadziły donikąd. Nie skupiałam się na właściwych kwestiach, znacznie ważniejszych.

Bywa, że ludzie próbują szukać odpowiedzi w wywoływaniu zmarłych, przywoływaniu ich. Próbują nawiązać kontakt, aby uzyskać informacje. Są nawet medytacje, które ułatwiają ten kontakt. Ludziska usilnie szukają odpowiedzi, bo bez tego nie mogą uzyskać spokoju własnej duszy. Nie mogą zrozumieć, że w taki sposób go nie znajdą. Bo to nie ta droga… Szukajcie go TERAZ, w sobie. TERAZ…

Mój sposób jest taki, jak widać. Żegnam się tutaj z każdą bliską mi osobą, która odchodzi. Zwyczajnie także z nią rozmawiam. Na głos wyjaśniam wszystkie kwestie. Rozliczam się. Dziękuję za to, że była w moim życiu, przepraszam za wszystko i puszczam wolno. Nie zatrzymuję jej już więcej. Piszę list i rzucam go jakby na wiatr, w przestrzeń. To bardzo pomaga. Być może także zmarłej osobie, tego nie wiem. Bo jestem tu i nic nie mogę powiedzieć na pewno. Jednak, jeśli coś jest po tamtej stronie, to ta dusza, strumień świadomości osoby zmarłej czy jak to tam jeszcze ktoś nazwie, będzie potrzebować tego spokoju i tego naszego „puszczenia”. Nie powinniśmy jej wtedy zatrzymywać. Jeśli po tamtej stronie nic nie ma, to tzw. puszczenie pomoże jedynie nam samym.

Dlaczego robię to na głos? Po śmierci bliskiej mi osoby, z którą nie miałam okazji się pożegnać, był we mnie taki żal z tego powodu. Ta osoba nie chciała nikogo widzieć, kiedy umierała w chorobie, uszanowałam to. Któregoś dnia, podczas rozmowy z kimś, wypowiedziałam go na głos. Tej nocy ta osoba przyszła do mnie i mnie uściskała. Od tej pory wypowiadam na głos wszystko, co chcę komuś powiedzieć. Żegnam się, dziękuję, przepraszam.

Żaden dowód nie jest mi potrzebny, aby mieć ten spokój w duszy. Mam go bez żadnych dowodów. Co, jeśli spotkam po drugiej stronie Amitabhę? Uściskam go z radością. Co, jeśli spotkam swoich bliskich? Zrobię to samo. Jeśli spotkam Jezusa, też zrobię to samo. Uściskam ich wszystkich. Co jeśli zobaczę światło? Pójdę w jego kierunku. Jeśli będę miała wybór czy zostać na ziemi w innym wcieleniu czy pójść do Czystej Krainy, to wybiorę Czystą Krainę i stamtąd będę pomagać innym ludziom. Co jednak, jeśli tam nie będzie nic? Kompletnie nic… Wtedy nie będę musiała nic wybierać, problemy się kończą. Ile zrobiłam, to zrobiłam. Co zostawiłam, to zostawiłam. Koniec. Cokolwiek będzie, to będzie.

Najważniejsze jest to TERAZ. Ta chwila obecna i zadbanie o ten spokój wewnętrzny, o utrzymanie równowagi. Cokolwiek uzyskam za życia, zabiorę ze sobą. Jeśli nie będzie po drugiej stronie nic, to sam fakt, że żyliśmy w równowadze i ze spokojem odeszliśmy, to już dużo. To znaczy, że wykorzystałam wszystkie szanse i żyłam, jak chciałam. Czyli osiągnęłam sukces i z tą myślą umarłam. Mało? Jeśli coś po drugiej stronie jest, wtedy co masz w sercu i w głowie, to zabierzesz ze sobą. Dobrze by było, aby była to cisza, spokój i równowaga a nie ich przeciwieństwo. Bo jest szansa, że zabierzesz to ze sobą i dalej będziesz się z tym zmagać. Dlatego nie zastanawiaj się co będzie i po której stronie leży prawda. Żyj tym co teraz. Teraz zadbaj o spokój swojej duszy, o świadomość, o swój umysł. Teraz dbaj o bliskich, zwierzynę, ziemię. Teraz dbaj o wszystko.

Teraz żyj tak, jakby jutro miało nie istnieć. Bo tak naprawdę ono nie istnieje.

Każde jutro staje się dzisiaj.

 

Mam wrażenie, że to nie ja wybrałam buddyzm a on mnie wybrał…

Reklamy

17 odpowiedzi na “Moje spojrzenie na buddyzm”

  1. Ja jako zatwardziały katol patrzę na to co piszesz jako ciekawostkę. Do czasu gdy Ciebie poznałem Buddyzm kojarzył mi się jedynie z łysymi facetami ubranymi w dziwne, pomarańczowe szaty, a moja wiedza na ten temat była szczątkowa. Obecnie czytam to co piszesz z ciekawością, choć wątpię czy sam dałbym radę pójść tą drogą… Mnie Buddyzm nie znalazł, jak było w Twoim przypadku, ale czytam Twoje słowa, by móc Cię zrozumieć… Choć z nas dwojga to jednak Ty obrałaś lepszą ścieżkę, bo moja jest dla mnie destrukcyjna…

    1. No właśnie Stasiu, „zatwardziały”… Myślałeś nad tym słowem? Bo ja tak. Co ono oznacza dla Ciebie? Czy jesteś na tyle zatwardziały, że już nie pytasz, nie szukasz, nie próbujesz niczego, co nowe? To wygląda tak, jakbyś się zamknął. Kiedy psa zamyka się na łańcuchu na całe życie lub człowieka w izolatce na długi czas, to dla nich też jest to destrukcyjne. Zamknięcie to destrukcja.
      Sama miałam takie pojęcie jeszcze kilka lat temu, czyli żadne. Jednak miałam to szczęście, że byłam otwarta, jak ten kwiat do słońca. Dzięki temu ten kwiat mógł wydać nasiona ziemi. Z tych nasion znów będą kwiaty. I tak wkoło… Kiedy się zamykasz, to nie ma nic…
      Wiele razy próbowałam Cię otworzyć, zanim się poddałam, bo zrozumiałam, że Ty musisz sam…

      1. Wiesz, na pewno nie mogę powiedzieć że jestem zamknięty, nigdy nie byłem, bardziej jestem zaślepiony smutkiem i problemami, nic poza nimi nie widzę, ale czy to znaczy że jestem zamknięty?

        1. To też jest pewien rodzaj zamknięcia. To zaślepienie powoduje, że pewnych rzeczy w sobie możesz nie dostrzec, nie jesteś więc ich świadomy. Nie bierz do głowy tego słowa dokładnie. Ono jest przenośnią jakby, która zmusza do myślenia. Poza tym, „zatwardziały”, to Twoje własne słowo, jakiego użyłeś w stosunku do siebie. Dla mnie jest właśnie takim rodzajem zamknięcia.

          Nie zauważyłam tego komentarza. Chyba mam jakiś problem z powiadomieniami; jedno pokaże, innego od tej samej osoby już nie.

            1. Nie widziałam jedynie powiadomień i przycisków udostępniania. Twoich przycisków również. Nie mogłam polubić itd. Wyłączyłam adblock i prawie wszystko się pojawiło. Powiadomienia również. Adblock nigdy tak się nie zachowywał, dopiero od niedawna. Teraz muszę go wkoło wyłączać na różnych stronach.

    1. Czy wobec tego Ty robisz to we właściwy sposób? Czy to Cię zamyka czy otwiera? Tu odnoszę się trochę również do poprzedniej wypowiedzi. A może na coś Cię otwiera, a na coś zamyka? Pomyśl nad tym i odpowiedz sam sobie, niekoniecznie tu.
      Oczywiście sprawą dyskusyjną jest w buddyzmie termin „religia”, ale to już odrębna kwestia.

            1. Wiesz Stasiu, nie widziałam żadnej świątyni, więc i żadnego demona na niej. Świątynie omijam, buddyzm nie. Dla mnie te świątynie nie mają większego znaczenia. Bez nich buddyzm będzie miał się równie dobrze. 😉

    1. Mamy nie osądzać tego i nie narzucać. I tu mam nadzieję, że moje starania nie idą na marne. Jednak cały ten tekst, jak i inne, jest moim opisem świata, rzeczywistości. To są moje poglądy, moje widzenie. Ocen uniknąć się nie da i nie wiem czy mam w ogóle taką potrzebę. Traktuję je jak coś normalnego, choć staram się, by nie oceniać. Najważniejsze jest dla mnie, aby nie wprowadzać osądu i nie oceniać samego człowieka.

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.