O świadomości

Odkąd sięgam pamięcią do najwcześniejszych wspomnień, zawsze miałam wrażenie, że ze mną jest chyba coś nie tak. Byłam bardzo młoda, a miałam wrażenie, jakbym była dużo starsza. Zawsze taka się czułam. Jakby bagaż moich doświadczeń był większy niż mi się samej zdaje. Jakbym była z innej epoki. Nie mogłam tego zrozumieć. Nigdy też nikomu o tym nie mówiłam.

Czasem kiedy rozmawiam z innymi ludźmi, nawet starszymi dużo od siebie, łapię się na tym, że traktuję wszystkich tak, jakby byli młodsi ode mnie. Jakbym była matką własnej matki. Jakbym była babcią babci. Nie mogłam zrozumieć, skąd bierze się ten mój specyficzny sposób patrzenia na życie i czemu ciągle mam wrażenie, że jestem inna. Nie interesuje mnie kasa, praca „od-do”, kariera, wycieczki ani podróże, polityka itp. Moje cele życiowe i marzenia zawsze bardzo odbiegały od celów rówieśników. Pani pedagog w szkole średniej, na testach jakie przechodziliśmy, była bardzo zdziwiona. Powiedziała, że to jakby niespotykane. Zapamiętałam, bo mnie to wtedy zadziwiło i zasmuciło. Pomyślałam, że jestem do niczego. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego czuję się tak, jakbym była 150-letnią staruszką, która nie przejmuje się już konwenansami, zasadami, polityką. Mówię do ludzi bardzo bezpośrednio. Czasem inni odbierają to jako brak szacunku, a to nie jest prawdą. Wprost przeciwnie. Mam tylko w nosie te wszystkie tytuły, konwenanse. Nie mam natomiast w nosie samego człowieka. Podchodzę do niego specyficznie, do każdego. Mam też wątpliwości czy to zostanie zrozumiane, więc nie tłumaczę. Muszę się bardzo pilnować, żeby nie powiedzieć komuś nieopatrznie na Ty.

A może ja myślę po angielsku i zwyczajnie urodziłam się nie w tym kraju? 😉

Jest konkretny człowiek. Jesteś TY; Ania, Ewa, Marylka, Teresa, Zinka, Tonia, Alosza, Tadeusz i inni. Zawsze jesteś TY… Nie ten Pan i Pani. Nie ktoś obcy. Jesteśmy sobie równi i tak wszystkich postrzegam, jak równych. Jeśli mówiłam komuś na TY, to znaczy, że czułam się dobrze w jego towarzystwie, swojsko. Nie był dla mnie obcym, nieznajomym. W tej chwili doszłam do takiego momentu, że jest mi dobrze zawsze i z każdym. I bez nikogo. Muszę się więc podwójnie pilnować. Bo moje podejście do ludzi nabrało jeszcze innego wymiaru.

Zawsze miałam wrażenie, że przeżyłam już tak wiele, jakbym miała tysiąc lat, nie 42. Jakbym przeżyła już wszystko, widziała zbyt wiele i nic mnie nie zdziwi. Jakbym zmierzała do końca. Nie mogłam tylko objąć umysłem, czym jest ten koniec, co on oznacza. Jakbym patrzyła na ten świat z zupełnie innej perspektywy niż inni. Czasem taka zmęczona tym wszystkim jestem. Nawet moje ciało zachowuje się inaczej, niewspółmiernie do wieku, co dziwi czasem lekarzy. Niby młoda a ciało reaguje jak u starego człowieka. Patrzę na życie przez pryzmat wartości. Nie zawracam sobie głowy czymś, co według mnie tej wartości nie ma. Mam ustalone priorytety. Szkoda mi czasu na jego marnowanie. Dość ma dzień własnej biedy, nie trzeba jej jeszcze szukać.

Zdawałam sobie z pewnych rzeczy sprawę, ale nie wnikałam w to zbytnio. Nie rozumiałam, więc nie oceniałam. Zawsze powtarzam, że co mam zrozumieć, to zrozumiem we właściwym czasie. Spokojnie czekałam na ten czas, kiedy się dowiem. Pewnego dnia usłyszałam od buddyjskiego mnicha, że moja dusza jest stara. No ba, wiem to – pomyślałam. Potem jednak zaczęłam w to wnikać, zagłębiać się. Jak to wiem? Skąd to niby wiem? Pomijam fakt, że w buddyzmie nie ma pojęcia duszy, a mnich o niej mówił.

Ten moment, kiedy odkryłam Zen i poczułam się jak w domu, był chyba przełomowy w moim życiu. Tak ciepło mi się wtedy zrobiło na sercu. To samo uczucie pojawia się zawsze, kiedy w jakim buddyjskim tekście odkryję samą siebie. Kiedy odkryję moją prawdę. Coś, co jest mi bliskie bardzo. Coś, co jakby zawsze we mnie było, tylko świadoma tego nie byłam. Kiedy poczuję się jak w domu, dokładnie tak. Czuję wtedy taki przeogromny spokój, swoistą radość. Dotarłaś – słyszałam głos ze środka. Takie poczucie, że jesteś we właściwym miejscu, że doszedłeś do celu. On się już realizuje. Co dokładnie? Jaki cel? Tego do końca pewna nie jestem, ale też nie mam poczucia, że muszę. I to daje mi ogromny spokój. Łatwiej wtedy znosić ten ziemski ból. Łatwiej radzić sobie z problemami. Dotarłam do takiego momentu stabilizacji duchowej, nie wiem jak to ująć. Znalazłam swoją własną równowagę życiową, duchową. Patrzeć na coś i nie oceniać tego w żaden sposób. Patrzeć czasem nawet bez emocji, przy czym to nie jest obojętność. Podchodzić spokojnie do wszystkich życiowych wyżów czy niżów. Obserwować.

I tylko patrzę czasem, jak inni biorą udział w owczym pędzie. Za czymś, co jest ulotne… A ja stoję i patrzę na pszczółki, na krzewy, drzewa, ptaki, kiedy mnie tak inni mijają. Wyciągam głowę do słońca czy na deszcz. Obserwuję Matkę Ziemię, ludzi, ten cały pęd jakby z boku. Nie biorę w tym udziału. Czasem ktoś się zatrzyma i postoi ze mną, czasem popuka się w głowę, czemu do pracy nie idę, czemu z nim nie biegnę, zamiast siedzieć w tych rabatkach czy garach, bo przecież dają nowy telewizor, prawie za darmo. Bo kasa jest do wyjęcia. Bo tam strajkują, tam się kłócą. Bo… A mnie to ani grzeje, ani ziębi. Nienormalna czy co?

Normalność to bardzo względne pojęcie…

Nawet, jeśli patrzę na śmierć czy umieranie, to jest we mnie spokój. Żal związany ze stratą jest normalny, ludzki. Zwłaszcza, jeśli ta osoba była z tych najbliższych. Jednak najważniejsze, to być świadomym emocji w sobie. Aby każdy krok, każde działanie było świadome. Każda myśl. I aby mieć przy tym spokój w sobie. Utrzymywać tę ciszę.

Złapałam się nawet na tym, że patrzyłam jej w oczy a kąciki moich ust i oczu unosiły się lekko do góry.

„Przez całe życie należy się uczyć żyć i – co może jeszcze bardziej cię zdziwi – przez całe
życie należy się uczyć umierać” – Seneka.

I to zawsze robiłam, tak naprawdę. Śmierć? Im bardziej ją zaczynałam rozumieć, im bardziej byłam jej świadoma, tym bardziej lęk malał. Bo pierwsze zetknięcie z nią, to zawsze jest lęk. I ze mną nie było inaczej. Wiele lat bałam się jej, jak każdy na początku. To mnie różniło od rówieśników, że nikt nie myślał za młodu o śmierci, a ja ją dostrzegałam.

Pierwsze bolesne zetknięcie? Kolega z klasy, z którym lubiłam się bawić i być. Maciek. Spadł z huśtawki i uderzył się w głowę, jak byliśmy we dwoje na placu zabaw, przy szkole. Byłam przy tym. Bolała go głowa długi czas. Mówiłam, żeby powiedział mamie. Mówił, że jest facet, nie baba. Przez wiele lat miałam sobie za złe, że nie poszłam do jego mamy i nie powiedziałam o tych bólach. A stało się to niedługo po tym, jak na filmie, który oglądaliśmy całą klasą, patrzyliśmy sobie na ręce, jakie mamy linie życia. I ktoś powiedział, żeby tak nie robić, bo to zła wróżba i oznacza śmierć. Potem okazało się, że Maciek ma raka w głowie. Widziałam go na łóżku, umierającego. Mogłam się z nim pożegnać, jak i reszta klasy. Chciał nas zobaczyć, a ja się bałam. Przeżyłam to najbardziej ze wszystkich, bo on był mi bliski. Zostanie to ze mną na zawsze. Tak, jak Maciek. Nigdy nie zapomniałam jego twarzy. Widzę ją tak wyraźnie, jakby to było wczoraj. Czas nie zatarł pamięci. A przecież byliśmy dzieciakami.

Dla wielu jakby nie istnieje, choć swoje lata już mają. Wypierają jej obecność. Czym dla mnie jest? Tym samym, co i życie. Etapem, który muszę przejść, który na każdego z nas czeka. Co czuję kiedy o niej myślę lub mówię? Co czuję, kiedy o niej teraz piszę? Wystarczy spojrzeć w moje oczy teraz… Mam wrażenie, że odkąd przyszłam na świat, ona stoi tuż za moimi plecami. Widzę ją, czuję. Jestem świadoma jej obecności. Oswajam ją. Czuję to samo, kiedy myślę o życiu. Wiem, że nie muszę bać się śmierci, choć samo umieranie jest trudne. Każdy etap umierania ma swoje trudności. Tak samo, jak i życie zresztą. Wcale natomiast nie muszę się bać tego, co będzie potem. O to jestem spokojna. Skąd to wiem? Ha, nie wiem…  Wiem, że muszę to przejść, bo od czego się zechcę wymigać, będzie wracać dotąd aż zrozumiem, aż to przejdę. Bo człowiek uczy się dotąd, dopóki nie zrozumie wszystkiego, co jest konieczne do zrozumienia. I śmierć nie jest tu żadną przeszkodą.

Życie jest jak film. Nie po to go wypożyczamy, kupujemy czy idziemy do kina, aby obejrzeć sam koniec. Musimy przejść każdy jego etap, aż dotrzemy do końca. Musimy zrozumieć. Nie zrozumiemy, oglądając jedynie końcówkę.

Czasem widzę starszych ludzi, którzy są kompletnie nieświadomi, dalecy od rozumienia, jak małe dzieci, czego nie zmienia nawet śmierć. Widzę też młodych, którzy są dojrzalsi od ludzi starych. Wiek nie ma tu więc znaczenia. Mądrość wcale nie przychodzi z wiekiem naszych ciał. Czasem ktoś jest stary i pomarszczony, a tego doświadczenia zdobył zbyt mało, by nabrać mądrości, zrozumienia, wglądu.  Umysł wciąż ma jakby zatruty, zamknięty i niewspółpracujący. Całkowicie przejmuje kontrolę nad nim samym. Wtedy widzę dziecko w starym ciele. A czasem dzieciak pokaże tak ogromną świadomość, że aż serce mi ściska… Tutaj nie ma reguł.

„Dopóki nie uczynisz nieświadomego – świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem” – C.G.Jung.

Jak przeżyć to życie świadomie? Czy żyć mądrością innych, powielaną z ust do ust, czy może własną? Może znaleźć w tym swój własny złoty środek? Myślę nad tym intensywnie. Co jakiś czas weryfikuję odpowiedzi. Ponawiam pytania. Sprawdzam czy się nie zmieniły. Są pytania, którą wciąż wracają. Mam nadzieję, że wracać będą. Czy gdzieś nie popełniam błędu? Czy jest mi potrzebna pomoc? Może w zasadzie ja się mylę? Dopuszczam taką możliwość, że w niektórych kwestiach mogę nie mieć racji. Czytam, słucham wykładów Mistrzów, nauczycieli. Wracam do buddyjskich podstaw. I ciągle coś nowego odkrywam, owszem. Jednak moja dusza, moje wnętrze, moja świadomość prowadzi mnie jakąś nader osobliwą ścieżką i na bank ona jest moją własną. Nie daje się zwieźć cudzym słowom, cudzej mądrości. Słucha wszystkiego, ale robi jakby swoje. Czasem mam wrażenie, że przecieram jakieś szlaki, że idę drogą, którą nikt nie przeszedł. Choć przecież znalazłabym możliwość, by zastosować się do zaleceń i pozwolić się poprowadzić. Nie mam oporów w tym względzie, bo jestem na to otwarta. Jednak nie mogę oprzeć się przeczuciu, że to nie to.

Odkrywam ten buddyzm wciąż na nowo. Każdego dnia weryfikuję. Nie mam żadnego tytułu. Nie ukończyłam żadnych kursów, szkoleń. Tylko życie mnie wyszkoliło. Nie przeszłam żadnego wspólnego odosobnienia, za to każdego dnia przeżywam swoje własne. Nie przeszłam ślubowań, ani oficjalnego przyjęcia schronienia. Nie dostałam wskazań od nauczyciela, znalazłam je sobie sama. Nikt mnie oficjalnie nie prowadzi. Jak dotąd sama jestem tym nauczycielem i uczniem jednocześnie. I choć czasem czytam coś, co jest dla mnie jakby inną bajką, nie moją kompletnie, to wiem, że idę właściwą ścieżką. To jest moja droga świadomości.

Czasem jestem świadoma czegoś, czego nie umiem nazwać. Jakiś problem? Dla mnie nie. Nie wnikam w te definicje. Czy koniecznie muszę to nazywać? Czy mam duszę, czy to tylko strumień świadomości? Nie ważne. Jeśli ktoś mówi mi o duszy, to rozumiem. Jeśli o świadomości, również rozumiem. Jakkolwiek to nazwie. Sercem, wnętrzem, głębią. Wiem o czym mowa. Czasem trzeba czytać poza słowami. Nie wnikam również w to, czy należycie układam ręce do medytacji. O nogach to nawet nie mówię…  Moja medytacja bywa specyficzna. Budda ponoć ma lekko przymknięte oczy i tak powinno się medytować. Zwykle mam zamknięte lub całkiem otwarte. Na wpół przymknięte  bardzo mi się męczą. Czasem w ogóle nie widać, że akurat medytuję. Tak naprawdę, to ujęłabym to tak, że czasem przestaję to robić. Niestety… Jestem tylko człowiekiem. Czy koniecznie muszę trzymać się sztywno reguł i zasad? Nie. I nie przeszkadza mi to w niczym. Wystarczy wiedzieć kiedy myśleć a kiedy nie. Myślenie nie jest ani dobre, ani złe. Ono po prostu jest. To my możemy z tego robić zły użytek.

Jestem w domu… Tak czuję. Bez względu na to, jaką definicję ktoś mi przypisze. Czy według kogoś jestem buddystą, czy nie. Czy może kimś innym.  Mało to ważne jest.

Skąd wiesz to, co wiesz lub czego nauczasz? Z książki? Tekstu? Od nauczyciela? Bo ktoś tak powiedział? Bo tak cię nauczyli? Przyznam, że nie wiem skąd wiem to, co wiem. To wypływa jakby ze mnie. Marne źródło, co? Znasz lepsze, nie? Tak, czasami myślę inaczej niż źródła podają. Czy to źle? Może wcale nie… To tylko twój wartościujący sąd. Spróbuj popatrzeć głębiej, poza te sądy. Poza dobro i zło, gdzie wszystko jest, jakie jest.

Ja nie muszę być jak źródło. Ja jestem źródłem…

Reklamy

3 myśli w temacie “O świadomości

  1. Tak, jesteś źródłem. Wszyscy pochodzimy z jednego źródła, kwestia „sklerozy” duszy 😉 ja sama nie medytuję jak uczą w szkołach jogi, po prostu „rozpuszczam się” w naturze, na trawie, pod drzewami, między zwierzętami, na ogrodzie. i to jest dla mnie medytacja i najlepsze „tu i teraz.” a stare dusze są w tym naturalne.

  2. Bardzo głęboki tekst.

    Najważniejsze to żyć w zgodzie z samym sobą, cieszyć się życiem na własny sposób. Znaleźć swoje źródło… Swoje katharsis/sacrum/nirvanę/niebo/spokój czy czego tam kto potrzebuje.

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.