O pewnym mnichu, ziołach, oczekiwaniach i dystansie

Jakiś czas temu, dowiedziałam się o pewnym mnichu z Tybetu, który leczy ludzi swoimi mieszankami ziołowymi. Zanim zdecydowałam się pojechać, zaczęłam czytać o samej medycynie, na czym ona polega, jak i o samym lekarzu. Zbierałam informacje internetowe również o innych miejscach, jednak wybrałam Instytut Tradycyjnej Medycyny Tybetańskiej w Warszawie. Czy dowiedziałam się więcej na temat samej medycyny? I tak, i nie.

Przyznam, że ten temat mnie interesuje, jako zielarza. Buddyzm jest mi bliski, żyję nim, na swój sposób. Spotkać mnicha, móc obserwować choć przez chwilę jego sposób pracy, podejście do ludzi, to było dla mnie bardzo ważną sprawą. Tak, nie tylko on mnie obserwował, również ja jego. Bardzo intensywnie w ciągu tych kilku krótkich chwil. Mam swoje problemy zdrowotne, więc chciałam spróbować czegoś, do czego żadnego dojścia nie mam, czyli ziół tybetańskich.

Dr. Tenzin Jangchub ma dyplom lekarza medycyny tybetańskiej. Studiował w Tibetan & Astro Institute w Dharamsali. Więcej o nim można poczytać na stronie Instytutu. Z ciekawostek, to zagrał w filmie „Siedem lat w Tybecie” z Bradem Pittem w roli głównej. Fakt, widziałam. Był urzędnikiem, który nie wpuścił Brada Pitta wraz z towarzyszem do Tybetu. Opinie? Cóż, różne… W większości chyba jednak są pozytywne, dokładnych statystyk nie robiłam.

A sama wizyta?

Postaram się w miarę dokładnie opisać wizytę, mimo że sam tekst się znacznie wydłuży. Może jednak komuś to się przyda.

Miejsce łatwe do odnalezienia, widoczne z ulicy. Ulica Puławska, łatwo było dojechać, droga prosta. W recepcji jeden człowiek, który jest tłumaczem, recepcjonistą i pomocnikiem doktora. Przy mnie odebrał telefon od pacjentki mającej z czymś tam problem. Pytał o objawy. Odpowiadał na jej pytania, doradzał. Kazał jej odpoczywać, brać antybiotyk. Doktor w tym czasie miał pacjenta. Przy zapisywaniu, poinformował mnie, że nie muszę przyjeżdżać tu za każdym razem, skoro mam daleko. Wystarczy telefonicznie poinformować o tym, jak się czuję pijąc zioła a kolejne prześlą. Na miejscu dostałam druczek do podpisania, z imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia, numerem telefonu i informacją, że nie zakończę leczenia konwencjonalnego, jeśli takie było zaczęte. Przed nami był jeden Pan, który mniej więcej po 10 minutach wyszedł. Byłam tam razem z mamą, więc kiedy nadeszła nasza kolej, Pan zaprosił nas obydwie. Nie zapytał czy sobie tego życzę, tylko kazał wejść razem. Doktor kazał postawić buteleczkę z moczem na stole i zadał kilka krótkich pytań. Każdą z nas zapytał z czym do niego przyszłyśmy. Mnie zapytał czy mam męża, rodzinę, dzieci. Gdzie mąż pracuje. Kto gotuje, jakie wypróżnienia, czy mama jest dobrą mamą. Większy komfort psychiczny miałabym, gdybym o swoich problemach opowiadała na osobności. Mama dowiedziała się co jej dolega, dostała informacje czego ma nie jeść, po czym na stole wylądowały torebki z kulkami, na których odpowiednie naklejki mocował tłumacz. U mnie doktor zbadał jednak puls, bo u mamy nie. Naszych języków nikt nie oglądał. Tylko tętno u mnie. Krótko wyjaśnił co myśli, po czym poszedł po torebki z ziołami. Pan nakleił co trzeba. I doktor wyjaśnił ile za wizytę. Wszystko odbyło się zaskakująco szybko. Ceny wahają się od 230 zł, do 300 nawet. Jeśli wykupujesz zioła, płacisz tylko za nie, wizyta jest darmowa. Jeśli ziół nie chcesz, to chyba 100 zł trzeba zostawić, z tego co pamiętam. Dostałyśmy takie same zioła, z tego co zauważyłam. Mama tylko jedną torebkę więcej, przed samym snem.

Czy się coś nowego dowiedziałam? Nie. Mam jeść jak najwięcej gorącego, co i sama dobrze wiedziałam. Powtarzał często o tym gorącym. To chyba tyle. Cokolwiek mówił mamie, byłam już tego świadoma. Sama to dobrze wiedziałam. Czy mama coś z tego zrozumiała? Myślę, że nadal nie. Poza tym, w pewnym momencie tłumacz musiał wyjść, bo zadzwonił chyba telefon i rozmowa była trudna. Pytał, a myśmy nie mogły zrozumieć. Więcej się zeszło na próbie wzajemnego zrozumienia i wysłowienia, niż na ważnych treściach. Nie wszystko tłumaczył dokładnie, tylko ogólnie. Jeść gorące. To nerwy. I tyle. Więcej informacji było na ulotce, przy czym każdy dostawał taką samą. Mama dostała identyczne wytyczne, przy czym ona ma się nie rozgrzewać a ja wprost przeciwnie. Nikt nie zapytał się jakie leki bierzemy, a z tego wszystkiego zapomniałyśmy powiedzieć same. Na wielu stronach internetowych dotyczących ziół jest informacja, że każde zioła trzeba zgłaszać lekarzom rodzinnym czy prowadzącym. Tutaj też była informacja, że leczenia konwencjonalnego nie można zaprzestać. Jednak mam duże wątpliwości, ponieważ nie spotkałam jeszcze lekarza konwencjonalnego, który znałby się na ziołach, a wielu różnych pytałam o to. W tej sprawie oni odsyłają do tego, kto te zioła wypisał. A tam nikt się nie pytał co bierzemy. Ten pośpiech sprawił, że zapomniałam powiedzieć połowę tego, co moim zdaniem było ważne. Może byłoby inaczej, gdyby każda z nas weszła oddzielnie i nie było tego chaosu. Która torebka z lekami dla kogo i czy nie zaszła pomyłka w wydawaniu. Nie wiem czy byłyśmy więcej niż 20 minut w gabinecie. Wątpię. Nikt również nie wspomniał nic o reakcjach na zioła. Nie wiem jakie mogą być i czy to jest normalne. W razie pytań mam zadzwonić, ale rozmowa będzie zapewne z Panem w rejestracji. Czy jest równie wykwalifikowany, jak dr. Tenzin? Nie wiem. Już raz miałam okazję rozmawiać z doktorem przez telefon, kiedy pomocnika nie było w pracy. Trudna sprawa…

Swoją rodzinę też leczę ziołami. Tymi, które znam i wiem, jakie miewają skutki uboczne. Jednak informuję o reakcjach, obserwuję je. Mamie każę zwracać uwagę czy na przykład po miodunce, którą kupuje sobie w zielarskim nie ma większych duszności, ze względu na alergię na byliny, o której wiem. Prosiłam, by się obserwowała i rzeczywiście wyszło, że po niej duszności się nasilają. Na tej wizycie nikt nie informował o niczym takim. Nie pytał o alergie. O ciśnieniu pomyślałam sama i powiedziałam, jednak śledząc informację o poszczególnych ziołach w mieszankach, mam spore wątpliwości. Jestem zwolennikiem ziół jednorodnych, które zawsze można złączyć lub oddzielić, w razie potrzeby. W przypadku ziół, które dostałam nic zrobić już nie można. Ważne jest dla mnie indywidualne podejście do każdego człowieka, którego tam nie dostrzegłam. Mama zioła odstawiła, z powodu narastających duszności. U mnie wystąpiły problemy żołądkowe, dlatego zmniejszyłam dawki. Na pewno odczuwam brak tych ziół, które piję codziennie, a które odstawiłam chwilowo, aby nie mieszać. Wiem, że te zioła, które znam, mam i piję, są dobre i skuteczne. Czasami ta prostota dostępna pod ręką na co dzień lepiej działa, bo długofalowo możemy sobie na to pozwalać. Choćby ze względu na koszta. Ponadto, sam doktor w jakimś wywiadzie gdzieś powtarzał, że to, co jest lokalnie wyprodukowane, ma wielką siłę i dlatego uczy się o ziołach tutaj rosnących.

Pan doktor, sam w sobie jest bardzo miły, uśmiechnięty. Dla mnie jednak najmniej istotne jest czy ktoś jest dla mnie miły, czy wręcz przeciwnie. Miła też może być małpa w ZOO, jednak na wizytę lekarską bym się do niej nie wybrała. Czy cokolwiek zachęciło mnie, by tam wrócić? Na tym jednym spotkaniu nie, a same zioła piję za krótko, by cokolwiek stwierdzić. Nie wiem nawet czy dopiję je do końca, trudno powiedzieć. Czas pokaże.

Jedno zdanie mi zapadło w pamięć.
– „Masz starą duszę”
Hmmm… Siedzi mi to w głowie.

Moja opinia? Nie wyszłam zachwycona. Nie wyszłam również niezadowolona. Podchodzę do ludzi w specyficzny sposób, z dystansem i ten uważam za najlepszy dla mnie. Staram się nie ferować wyroków, nie wydawać opinii. Nie wiem jakim lekarzem jest dr. Tenzin, ani jakim jest człowiekiem. Trudno powiedzieć to po jednym spotkaniu i równie trudno po wielu. Szczerze? Nawet nie mam chęci w ogóle próbować. Każda ocena jest jedynie naszą subiektywną opinią na temat czynów jakiejś osoby i w żaden sposób nie odnosi się do wartości ocenianej osoby. To, że tam już nie wrócę, nie jest w żaden sposób oceną tego człowieka. Wyszło na to, że sama dużo rzeczy widzę. Że wiem, co mam robić i moja intuicja jest całkiem dobra. Że spokojnie mogę słuchać siebie, bo jeśli nawet popełnię błąd, będę potrafiła to wyprostować. Czy miałam jakieś oczekiwania? Ogólnie staram się nie mieć żadnych oczekiwań w stosunku do drugiego człowieka i trzymać dystans. Nawet wchodząc do lekarza, życie nauczyło mnie zostawiać swoje oczekiwania w domu, pozbywać się ich. Pomoże, to dobrze. Nie pomoże, to trudno. Życie… Czuję ból, nie oceniam czy to dobrze, czy źle. Boli i próbuję dotrzeć do przyczyny, źródła problemu. To wszystko. I od dr Tenzina niczego zbytnio nie oczekiwałam, jednak stąd również wyniosłam swoje własne lekcje. Zrozumiałam, że jestem zdana na siebie i nikt mi nie pomoże w wykonaniu tego, co mam jeszcze do zrobienia. Nikt mi nie ułatwi tego zadania, a dr. Tenzin nie posłuży mi za laskę, na której się wesprę. Muszę sama…

Ok…

To spotkanie dało mi jednak jedną dobrą lekcję. Uświadomiło mi jak ważny jest właśnie ten dystans i brak oczekiwań. Jak ważne jest to pierwsze spotkanie, pierwsze spojrzenie. Czasem ktoś się wręcz zachłyśnie czyjąś mądrością i dojrzałością, jakimiś tam walorami, talentami. Słyszysz te zachwyty, to „ach” i „och”. Czytasz fantastyczne opinie na swój temat, jak i on zapewne o sobie. Czasem ktoś wykazuje brak zrozumienia, jak można się tak ukrywać z tymi swoimi talentami i zaletami. Może właśnie wynieśli Cię na wyżyny, czujesz się doceniony, wartościowy. I któregoś nagle dnia, ni stąd ni zowąd, bach na ziemię, z dużej wysokości. I nie wiesz co się stało, prawda? Ktoś tak Cię chwalił, a potem nagle kontakt się urywa. Zachwyty ustają, kiedy tylko nie spełnisz czyichś oczekiwań. Kiedy powiesz coś, co mu się nie spodobało. Może już myślałeś, że zaczniesz zdobywać świat, a tu klapa. Zamiast zachwytu dostajesz negatyw. Ot, koniec dobrego.

A to nie tędy droga… Już dawno wiem, że to ślepa uliczka.

Właśnie dlatego utrzymuję dystans. Nie pozwalam sobą targać, raz w górę, raz w dół. Nie uzależniam mojej wartości od waszej opinii. Szanuję siebie i człowieka, z którym wchodzę w relację. Nie zwracam uwagi zbytnio ani na to, kiedy ktoś mnie chwali, ani na to, kiedy słowem mnie karci. Tak samo staram się podchodzić do innych ludzi. Dystansując się do ich i moich własnych uczuć. Z boku lepiej widać i dokładniej. Nie oceniam niczego, jako dobre czy złe. Staram się jak mogę wychodzić poza takie opinie. Staram się spoglądać świadomie, a to jest możliwe tylko wtedy, kiedy wychodzimy poza to dobro i zło. Jeśli ktoś odbiera moje słowa, jako krytykę, to jest to jego własny odbiór. To, że czasem widzi atak i automatycznie zaczyna się bronić, nie wychodzi ze mnie a z niego. Ten atak stworzyła ta osoba, która go odczuła. Bo we mnie nie ma krytyki czy pochwały. Jest to, co jest. I nie oceniam tego czy jest to dobre, czy złe. Takie jest w moim mniemaniu. Jest, jakie jest i tyle.

To jest pewne jak w banku, że nigdy nie powiem wam tego, czego ode mnie oczekujecie. Jeśli zechcecie poznać moją prawdę, to ją dostaniecie, ale ona będzie moja. Niekoniecznie musi wam odpowiadać. Ona jest, jaka jest. To zawsze będzie moja prawda. Swoją musicie odnaleźć sami. Nie chodzę po tym świecie, aby spełniać wasze oczekiwania. Nie po to, by uzyskać waszą aprobatę czy krytykę. Nikt nie rodzi się po to, by dogadzać komukolwiek. Nie po to, by innym było lżej, lepiej czy wygodniej. Nie jest też moim celem krzywdzenie kogokolwiek. Jeśli ktokolwiek mi pomoże powiem „Dziękuję”. Jeśli nie pomoże, powiem to samo. W jednym nie pomoże, ale czasem zupełnie niechcący, nieświadomie, pomoże w czymś innym.

Czasem pomoże nam zrozumieć życie… Tak po prostu. Coś, co gdzieś nam umknęło. I to są piękne lekcje, wcale nie mniej wartościowe niż coś, co spełnia nasze oczekiwania.

I za to, kolejny już raz dziękuję wszystkim. Za te lekcje, jakich mi udzielają. Jednak po raz pierwszy w życiu, podziękuję konkretnym osobom. Tym, którzy udzielili mi ostatnich lekcji. Dziękuję Teresce, Stasiowi, Seekerkowi, których całkiem niedawno poznałam. I dr Tenzinowi również, za to jedno, wbrew pozorom owocne spotkanie. To oni ostatnio dali mi kawał dobrej roboty do przepracowania. Dzięki nim zrozumiałam co jest ważne. A ważne jest absolutnie wszystko, nawet to, czego nie dostrzegamy. Jak ważne są te opinie. Zarówno te, które zobaczą światło dnia, jak i te, których nigdy nie będzie.

Nie mam wpływu na to, jaki jest ten świat. Jednak mam wpływ na to, jak na niego zareaguję. Mam wpływ na to, czy powiem mu TAK, czy może NIE. I każda decyzja będzie moją własną, niezależną od opinii innych ludzi. Czy to się komuś podoba, czy nie.

P.S
Zioła rozstroiły mi żołądek. Nie dokończyłam ich.
27 kwietnia dr. Tenzin zmarł.świeca z napisem śpieszmy się kochać ludzi

Reklamy

10 odpowiedzi na “O pewnym mnichu, ziołach, oczekiwaniach i dystansie”

  1. Przyznam bez bicia, że mam mieszane uczucia gdy słyszę/czytam o takich metodach leczenia… Może to za sprawą programów interwencyjnych gdzie pokazywali jak ludzie byli nabierani i nie rzadko źle kończyli. Ale Ty jesteś specjalistką w tej dziedzinie a ja wiem tyle co usłyszę i przeczytam. Kiedyś leczono głównie medycyną naturalną i pomagało, więc może coś w tym jest… Trudno mi się wypowiadać, bo nawet się o nią nie otarłem… Nie wiem dla jakiego Staśka te podziękowania, bo chyba nie dla mnie? 🙂 Ja cieszę się, że Cię poznałem, bo jesteś cholernie mądrym i dobrym człowiekiem. No i mnie nie oceniasz a próbujesz zrozumieć…

    1. Stasiu, ależ oczywiście, że myślałam o Tobie.
      No, z tą specjalistką to sporo przesadziłeś. Co najwyżej kupką doświadczeń. Wiesz, moje uczucia są podobne, jeśli chodzi o to, co jest dla mnie nowe. Zdystansowane może bardziej. To jednak nie znaczy, że mam nie próbować. I szczerze mówiąc, kiedy myślę o leczeniu konwencjonalnym, ten dystans wcale się nie zmniejsza. Trochę na ziołach się znam, ale medycyna tybetańska to jest coś, poza moją wiedzą. Dlatego postanowiłam spróbować, żeby się przekonać i zebrać więcej doświadczeń. Jeśliby pomogło, to przecież super. Chciałam pomóc mamie… Wiedziałam, że wyczuję ten moment, kiedy się wycofać.
      I powiem tak, że żołądek bolał mnie na tyle mocno, że też przerwałam. Tyle z moich doświadczeń wyszło. Wracam do moich ziółek. Tych, o których coś już wiem. Piszę o tym, ponieważ może komuś to pomoże w podjęciu decyzji.

      1. Wiadomo że trzeba próbować nowych rzeczy. Mój sceptycyzm wynika z tego, że kilkakrotnie widziałem programy o ludziach, którzy zmarli bo zaufali ludziom stosującym medycynę naturalną… Choć akurat tamtym ludziom bardziej chodziło o pieniądze niż o pomoc ludziom. Sama medycyna naturalna jeśli jest stosowana z rozsądkiem, może pomóc, tego nie kwestionuję i nie warto i tego typu metod przekreślać, tym bardziej że nasze babki, prababki, też leczyły się tym co znalazły na łące itp. wiedziały jak to robić i im to nie szkodziło.

        1. Sceptycyzm, to zdrowy objaw. Na zaufaniu można się przejechać. Najlepiej jest znaleźć złoty środek i nie popadać w skrajności.
          Wiesz, kiedy człowiek ma do czynienia z dużą kasą, nigdy nic nie wiadomo, co ona zrobi z jego umysłem. I tu nie jest ważne czy jesteś kimś ważnym, czy zwykłym Kowalskim. Nawet mądremu mnichowi, może kasa zrobić sieczkę z mózgu.
          Widzisz Stasiu, dla mnie osobiście, zioła pomagają, natura pomaga, ale pod warunkiem… Nie wiem jak to ująć, kurcze. Te babcie zbierały to, co rosło na polach, w lasach. Nie mieszały w to zarabiania, kasy. Pomagały z życzliwości. Nie było tego, że „coś za coś”. Przyszła sąsiadka, to dali troszkę ziółek. Ludzie odwdzięczali się tym, co mieli. Podziękowali ziemniakami, jajkami lub w inny sposób. Do dziś taki sposób dziękowania u mnie we wsi funkcjonuje i bardzo go sobie cenię. Pomaga to, co dajesz z czystego serca. Wmieszasz w to forsę i … Już gdzieś kiedyś napisałam, że jeśli komuś ma coś pomóc, to energia musi być nieskażona niczym z zewnątrz i wypływać prosto ze źródła. To źródło musi być czyste, bo brudne źródło nikomu nie pomoże.
          Nie umiałabym z tym żyć, gdybym pomagała komuś za kasę i wszystko przeliczała wartością pieniądza. A czasem ta wartość jest naprawdę duża. Zajrzyj do punktu 8 w „Moim przewodniku”. Nie wiem czy jako buddysta, dr. Tenzin spełnia ten warunek w głębi własnego serca, jednak ja bym tak nie mogła. Zwyczajnie. Sprawdziłam, byłam, widziałam. To nie dla mnie. Moja droga jest inna.
          Punkt 9 – „nie dopuszczaj, by inni ludzie bogacili się na ludzkim cierpieniu, czy cierpieniu jakichkolwiek istot”. To daje do myślenia.
          Ciężko jest mi pogodzić dzisiejszy świat z tym, co we mnie jest, bo jestem jakby z innego świata, dlatego buddyjska droga środka jest moją drogą.
          Ja pomogę Tobie, Ty pomożesz mi i tak jest dobrze.

          1. Zgadzam się z każdą literką którą napisałaś. Nie można do jednego worka wrzucać szarlatanów którzy z zielarstwa zrobili sobie sposób na zarabianie kasy z ludźmi którzy się na tym znają i robią to by pomagać innym. Niestety przez działalność tych pierwszych cierpią Ci drudzy którym naprawdę zdrowie człowieka leży na sercu… Medycyna konwencjonalna również w pewnym stopniu oparta jest na ziołach, spora część leków ma je w składzie, wszystko jest dla ludzi jeśli podchodzi się do tego z rozumem.

  2. Mam takie nietypowe pytanie, jako do fachowca w dziedzinie: Twoim zdaniem za pomocą ziół można wyleczyć całkowicie bielactwo? Wiem że dziurawiec w jakimś stopniu pomaga… Nie orientujesz się?

  3. Bardzo fajny blog odkryłam przypadkiem. Twój właśnie 🙂 Podobnie z różnych wydarzeń staram się wyciągać lekcje i nie oceniać. Nawet jeśli te lekcje są po prostu kosztowne 😉 Jeśli chodzi o zioła to nie mam absolutnie żadnego doświadczenia. ale z radością skupiłam się na Twoich ciekawych przemyśleniach. Piękna muzyka tutaj na Twojej stronie?

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.