O puzzlach, które układałam wiele lat…

Ludzie w naszym życiu pojawiają się i znikają. Wydaje się nam, że byliśmy przyjaciółmi czy naprawdę dobrymi znajomymi, a relacja pęka jak bańka mydlana. Tak dobrze rokowała, aż tu nagle wielki krach. Ludzie przestają się odzywać. Obrażają się, i często nie znamy powodu. Czasem krzywdzą nas boleśnie. Zastanawiamy się dlaczego tak się stało, co złego zrobiliśmy. Czy to nasza wina?

Miałam w swoim życiu mnóstwo takich sytuacji, kiedy relacje nie przetrwały próby czasu, choć wszystkie osoby cieszyły mnie swoją obecnością. Jak i takie relacje, które mocno mnie zraniły. Każdy człowiek był moją lekcją, wzbogaceniem doświadczenia, wiedzy. Cieszę się, kiedy ktoś jest, ale jak go nie ma też się cieszę. Ta radość z obecności jest autentyczna, mimo dystansu, jaki zawsze utrzymuję. Nie uzależniam mojego samopoczucia od innych ludzi. Jesteś, to super, nie ma cię, to też super. Przemijanie jest nieodłącznym elementem naszego życia. Najlepiej to zaakceptować. Właściwy człowiek zostanie przy nas, bez względu na wszystko. Niezależnie od tego, czy go chwalimy i jak bardzo się staramy lub nie staramy. Właściwy człowiek będzie przy nas, bez względu na nasze wady i głupoty, jakie robimy. Właściwy człowiek nigdy nie powie nam tego, co chcemy słyszeć, tylko wygarnie nam bez owijania co myśli. Ci niewłaściwi odchodzą.

Zdarza się, że po jakimś czasie praktyki (tu mówię o praktykowaniu buddyzmu) czy w ogóle po latach pracy nad sobą i swoim wnętrzem, kiedy już wydaje się, że poprawiliśmy komunikację międzyludzką i doszliśmy ze sobą do jakiegoś ładu lub weszliśmy na tzw. wyższy poziom, może okazać się, że tych ludzi blisko nas jest wręcz mniej. Dziwne? Wcale nie.

Dlaczego tracę przyjaciół?

Takie pytanie usłyszała pewna nauczycielka Zen na wykładach, które obserwuję na kanale YouTube. Nic konkretnego w odpowiedzi nie usłyszałam, poza tym, że to dobrze, bo to nie byli przyjaciele. Jest to dla mnie niezaprzeczalny fakt, jednak to za mało. Dlatego postanowiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie we własnym zakresie, ponieważ tamta odpowiedź mnie nie usatysfakcjonowała. Nie była dla mnie pełna. Brakowało w niej czegoś. Musiałam więc to uściślić i wydobyć. Takie pytanie również ja sama zadawałam sobie przez większość życia. Nie rozumiałam tego. Do wczoraj nie umiałam udzielić sobie właściwej odpowiedzi. Być może niektórzy myślą, że będzie wręcz inaczej, że to ułatwi nam ich znalezienie, że obok nas będzie wianuszek przyjaciół i znajomych. I winimy samych siebie, kiedy tak się nie dzieje, ponieważ najwyraźniej coś jest jeszcze nie tak z nami. Dopiero niedawno zrozumiałam, jak błędne jest takie myślenie. Ono nie skutkuje, nie przynosi odpowiedzi. W taki sposób oceniamy samych siebie. Aby znaleźć odpowiedź, przede wszystkim musimy zadać właściwe pytanie, obserwować bez oceniania i utrzymać dystans, zarówno w stosunku do siebie, jak i do innych ludzi. Ten dystans jest najlepszą rzeczą, jaką mogłam zrobić dla siebie. Gdyby nie on, nie zrozumiałabym tego, co wiem dziś.

Obserwowałam moje relacje z ludźmi przez wiele ostatnich lat. Bardzo intensywnie. Przyglądałam się bez oceniania i obwiniania kogokolwiek, w tym także siebie. Tylko obserwowałam. Ludzie pojawiali się i znikali. Kiedyś starałam się dbać o każdą relację. Wiele razy pierwsza dzwoniłam czy wysyłałam maile, po czym z drugiej strony często tego samego się nie doczekałam. Kiedy ja zaprzestałam, relacja umierała śmiercią naturalną. Ok. Przez długi czas jednak pytałam siebie czy oby na pewno robię wszystko jak należy, bo może coś mi umknęło. Właśnie tak, umknęło mi coś bardzo istotnego. Wydaje się, że Ci ludzie niczego nie mogli nas nauczyć, bo zniknęli, zanim się dobrze w naszym życiu pojawili. Nic bardziej mylnego. Czasem tylko taką lekcję rozumiemy później, nie od razu. Choć bywa i tak, że umieramy nie rozumiejąc niczego…

Kiedyś miałam olbrzymi problem w nawiązywaniu relacji. Niektóre wręcz mnie wyniszczały. Emocje innych ludzi uderzały we mnie, a ja byłam kompletnie bezbronna, pozbawiona tarczy ochronnej. Empatia miała wiele minusów i bywała obciążająca. Miałam wrażenie, że niektóre osoby wysysają ze mnie energię. Na wielu portalach spotkałam się z poradami dotyczącymi tego, jak pozbyć się toksycznych osób. Sama pracowałam nad tym, jak się przed tym bronić. Szło mi coraz lepiej, jednak ciągle czegoś brakowało i nie mogłam dojść czego. Jedna porada pewnej specjalistki spodobała mi się wyjątkowo. Polegała na wizualizacji tej złej energii, którą konkretna osoba nam przesyła i jakby odpychaniu jej w kierunku tej osoby. Nie wolno ponoć mieć skrupułów, choć bywa, że ta osoba, której odbijamy jej własną negatywną energię, może nawet umrzeć, ponieważ tu chodzi o nasze życie. O losie… Takich porad jest mnóstwo. Moje odkrycie natomiast było jakby inne.

Nikt nie wyssie z nas żadnej energii, jeśli mu na to nie pozwolimy. Drugi człowiek jest naszym lustrem. Powtarzałam to wiele razy w kilku tekstach. W takim razie, czyjaś energia, choćby i negatywna nie zrobi mi krzywdy, jeśli na to nie pozwolę. Ta negatywna energia, którą czasami czujemy może być naszą własną energią. Ona odbija się od tego lustra, którym jest drugi człowiek. Eureka! Uf, poczułam ulgę, kiedy to odkryłam. Jeśli nasze wnętrze jest czyste, jeśli nasza świadomość jest czysta, silna, jasna i pozytywna, tworzymy właśnie coś w rodzaju lustra. Ono jest naszą tarczą. Nie pozwala nam zrobić krzywdy. Kiedy brak nam pewności siebie, nie pracujemy nad sobą lub brak nam świadomości, nasza tarcza jest jak sito. I ta nasza słabiutka, może czasem nawet i negatywna energia, każdy brak świadomości, odbija się od innych luster i wraca ze zdwojoną, potężniejszą siłą, uderzając w nas samych. I to ta odbita wiązka jest najsilniejsza. Złe życzenia, negatywne myśli i emocje innych ludzi nie mają aż tak wielkiej siły, by nas zniszczyć. Największa siła jest w nas samych.

Co wypuścimy z siebie, to do nas wróci.

CYTAT 2

Dopiero teraz wszystkie puzzle ułożyły się w jedną całość. Dopiero teraz zrozumiałam dlaczego ludzie znikają z mojego życia. Dlaczego niektóre relacje się rozpadają. Nie dlatego, że zrobiłam coś za mało czy za dużo. Moja tarcza zwyczajnie wtedy zadziałała, jak potrzeba. Uchroniła mnie przed nieszczerością, zawiścią, obmową, przed wszelkimi szkodliwymi czynnikami, które przecież mi wprawdzie już nie zaszkodzą, jednak również nie pomogą. To, że nie mogę robić swojego umysłu czy życia śmietnika, zrozumiałam już jakiś czas temu. Teraz jakby to doprecyzowałam.

Czasami nie jesteśmy tego świadomi, że dana relacja przynosi nam więcej szkody niż pożytku, jednak utrzymujemy ją sztucznie przy życiu, staramy się wciąż bardziej i bardziej, sami z siebie wysysając energię. Życie dokonywało u mnie naturalnej selekcji, po prostu. Kiedy za bardzo chciałam, to uciekało, a ja głupia zatrzymywałam na siłę, starałam się jeszcze bardziej, zamiast puścić wolno. Każdą relację należy puścić wolno, jeśli wróci lub zostanie z tobą, to znaczy, że jest tą właściwą i zbudowaną na właściwych fundamentach.

Dopiero teraz zrozumiałam, że właśnie to robię teraz z ludźmi, puszczam ich wolno. Wielu nie wraca, nie zostaje… I nie patrzę na to w kategoriach dobra czy zła.

Kiedyś posługiwałam się moją intuicją w ocenie ludzi. Przed tym człowiekiem trzymaj się z daleka (bo zaświeciła mi się lampka), a ten wydaje się ok. No właśnie, w ocenie… I tu zmierzamy do meritum. Zrozumiałam do dopiero wtedy, kiedy pierwszy raz spojrzałam na człowieka bez oceny. Na człowieka, który wydawał się właśnie tym toksycznym. Zwykła obserwacja, bez oceny i chęci zatrzymania czy uzyskania czegokolwiek. Bez oczekiwań. Cała toksyczność zniknęła, a ja nie mogłam wyjść ze zdumienia. Tu być może dochodzimy do kolejnej konkluzji, że intuicja nie ma nic wspólnego z ocenianiem. Jak wielu ludzi właśnie z tym ją łączy, z ocenianiem? Myślą, że mają nosa do ludzi, że znają się na ludziach i od razu wiedzą, że ten jest zły ten jest dobry. Z tym zagadać, tamtego unikać. Mówię tu również o sobie, niestety. To są tylko nasze oceny, nasza perspektywa, bardzo subiektywna. Na ile to ma cokolwiek wspólnego z intuicją? Bardziej nazwałabym to instynktem przetrwania, jak w świecie zwierząt. Intuicja jest poza ocenami. Tę właściwą informację usłyszysz dopiero wtedy, kiedy przestaniesz oceniać, a zaczniesz obserwować wszystko z boku, łącznie ze sobą. Jeden mały krok, może mieć kolosalne znaczenie. Nie skupiaj się na dokonywaniu wielkich rzeczy. Zaczynaj od tych małych. One, wbrew pozorom, mają największą siłę.

Przez wiele, wiele lat miałam wrażenie, że inni ludzie uczą mnie jedynie samotności. I miałam rację, tak było. Musiałam zrozumieć czym ona jest, polubić ją. Kiedy to pojęłam, dopiero wtedy zaczęłam cieszyć się z obecności innych ludzi. Dopiero wtedy zrozumiałam relacje międzyludzkie.

Kiedy jacyś ludzie znikają z mojego życia, to znaczy, że nauczyli mnie tego, czego nauczyć mieli. Wykonali swoje zadanie. I zamiast narzekać, czy złościć się na nich, jestem im wdzięczna za te wszystkie lekcje, jakie ze sobą przynieśli.

Reklamy

19 odpowiedzi na “O puzzlach, które układałam wiele lat…”

  1. Ja jednak, pewnie z racji charakteru, podchodzę do tego bardziej uczuciowo. Boli mnie każda strata dobrego człowieka w moim życiu. Ostatnio urwał mi się kontakt z kimś kogo przez 6 lat nazywałem PRZYJACIELEM, do dziś nie rozumiem dlaczego, ale pustka po tym człowieku w moim życiu jest. Każdy człowiek, dobry czy zły, zostawia w naszym życiu ślad, tego nie da się „wywietrzyć”, pozamiatać, mam wrażenie że to co ludzie zostawiają w nas towarzyszy nam już do końca. Intuicja w postrzeganiu człowieka zwykle zawodzi, tak jak kierowanie się sercem, juz parę razy się tak przejechałem i dziś widzę, że nie ma takiej gotowej recepty, co zrobić by się na kimś nie zawieść, po czym poznać kto dobry a kto zły… Mam wrażenie że jedynie samotność daje takie bezpieczeństwo, ale przy okazji zabiera uśmiech… Takie jest moje odczucie.

    1. Każdy człowiek zostawia ślad w sercu. W moim także tych śladów trochę się nazbierało. Nigdy nie twierdziłam inaczej. Pamiętam o wszystkich uczuciach wtedy mi towarzyszących. Jednak nie ma pustki, o której piszesz, ani bólu. Mam wrażenie, że jestem wypełniona po brzegi. Bo pustka, w moim mniemaniu, nie ma nic wspólnego z brakiem. Cieszę się, że byli w moim życiu i dużo mnie nauczyli. Uśmiecham się, kiedy o nich myślę. Nie czuję straty. Tego bólu nie ma nawet w przypadku osób, które mnie skrzywdziły. Ani złości. Pamięć tak, ta była jest i pewnie będzie, jednak nie smutek, żal, złość czy pustka. Takim sposobem nie mam nic i nikomu do wybaczenia, bo nigdy nikogo nie potępiłam. I nie patrzę na życie w takich kategoriach, że coś jest dobre lub złe. Zwłaszcza na relacje. Każda relacja mnie czegoś nauczyła. I tyle…
      To nie samotność zabiera uśmiech, a osamotnienie. To są dwie różne rzeczy i należy je rozgraniczać.

      1. Jak ja Ci zazdroszczę podejścia do życia i ludzi…Twoje jest zdecydowanie lepsze,ale i z dnia na dzień nie da się go wyrobić… Po prostu w Tobie więcej jest tej życiowej mądrości, która potwornie w obecnej sytuacji by mi się przydała…

        1. Po pierwsze – Stasiu, ty nie myśl o jutrze, ani o tym, kiedy osiągniesz jakąś tam mądrość, bo wtedy na pewno życia Ci nie wystarczy. Będziesz jak ten mnich z przypowieści, który pytał się mistrza, kiedy wreszcie będzie mógł uczyć ludzi, jak on. Kiedy był zdumiony, że tak długo musi czekać, jego mistrz stwierdzał, że się mylił i na pewno potrwa to znacznie dłużej. Bo tu nie chodzi o to kiedy, tylko o to, żeby o tym w ogóle zapomnieć.
          Ty się skup na tym, co możesz zrobić w TEJ CHWILI.
          A po drugie – możesz na mnie liczyć, jak każdy kto zawita w moje progi. Możesz wykorzystać to, co wiem dla siebie. Wiesz, gdzie jestem. Tutaj…

          1. Jak zawsze masz rację… Problem w tym, że to teraz wyjątkowo nie wesoło wygląda… Brak mi sił na kolejny krok… A do Ciebie zawsze chętnie wpadam, bo z tego co piszesz można wiele mądrego wyciągnąć.

            1. Wiem, co znaczy nie mieć sił na kolejny krok. Dziś akurat bardzo wiem… Jednak wiem też, że im dłużej zwlekam, tym gorzej dla mnie. Bo liczy się tylko to TERAZ. Jeśli wiem, gdzie ten krok postawić, to go stawiam, choćbym miała podpierać się językiem. Właśnie niedawno zrobiłam to, co mogłam zrobić w tej chwili. I pomogło… Działaj. Nie jutro. TERAZ. Jutro wcale może nie być lepsze.

              1. Nie wiem, może jesteś silniejsza ode mnie… Popełniłem błąd, mimo że wiedziałem, że im dłużej się stoi w miejscu tym bardziej się do niego przyrasta, i przyrosłem… A teraz się szarpię, cholernie szarpię, bo każdy zmarnowany dzień śmieje mi się w twarz a ja nie mam siły nic z tym zrobić. To frustrujące, chcieć, potwornie chcieć a nie mieć siły, a może i odwagi się ruszyć…

                1. Kiedy nie mam siły ruszyć się z miejsca, to medytuję. W sumie, kiedy mam siłę też to robię. Kiedy nie wiem co zrobić, medytuję. Kiedy wiem, też medytuję, aby sprawdzić czy na pewno to jest dobra droga.
                  Spróbuj…

                    1. Pomyślę nad tym… Choć, żeby medytować trzeba chyba znać jakieś podstawy medytacji…

                    2. W moich tekstach znajdziesz informacje. Ogólnie polega to na głębokim oddychaniu i niezatrzymywaniu myśli. Dążysz do tego, aby nie myśleć, jednak nie odsuwasz pojawiających się myśli, ani nie zatrzymujesz ich. Pozwalasz im płynąć. Skupiając się na oddechu, śledząc go, sprawiasz, że nie myślisz. Możesz dołączyć do tego muzykę relaksacyjną i przed snem poświęcić sobie choćby kilka minut na tę świadomość własnego oddechu. Z czasem zauważysz, że ta świadomość wnika w Ciebie i staje się czymś normalnym i nie będzie ograniczało się to do siedzenia, tylko nauczysz się medytować podczas zmywania garów, tudzież innej czynności. To pomaga.

                    3. Uwierz, pomyślę nad tym i zapoznam się z tym co piszesz nt. medytacji.

  2. Tak, Stasiu… TERAZ to najlepszy czas… tu się zgodzę z Anitą, bo sama doszłam do tego odkrycia jakiś czas temu 🙂 wracając do tematu ludzi, przyjaciół… żyjąc poza granicami Polski nie ma zbyt dużego pola do popisu w kwestii nawiązywania bliskich znajomości, słynne ‚polonie” to bzdura – to skupiska wścibskich i szukających sensacji bab, które potem w węższym gronie obrabiają tyłki choć tak naprawdę nic o nas nie wiedzą… udało mi się jednak poznać dziewczynę, z którą zacieśniłam więzi… trwało to przeszło rok – spotkania i trwające godzinami rozmowy telefoniczne – o wszystkim – o życiu, dzieciach, gotowaniu, filmach itd. I nagle zachorowałam – leżałam ponad miesiąc w łóżku i ledwo oddychałam, byłam marudna i zniechęcona, z racji moich zaburzeń lękowych przechodziłam dodatkowy stres, bo prześladowała mnie myśl, że nie wyjdę z tego… i pewnego dnia usłyszałam, że od niej, że ja tylko ciągle narzekam itd… – to była nasza ostatnia rozmowa telefoniczna… nie zadzwoniłam więcej, bo nie wiem co bym miała jej powiedzieć… przypuszczam, że to ja jestem wg niej tą, która się obraziła, ale ja się nie obraziłam… ja po prostu nie wiem jak bym miała z nią rozmawiać, i czy warto… bolało jak diabli…

  3. Wiesz…ja ostatnio myślę o intuicji. Kiedyś na warsztatach vedic-art prowadząca poprosiła o narysowanie swojej Intuicji. Dziewczyny rysowały serduszka, spirale, kwiatki…a u mnie ciemno. Nic. Trzymam ołówek i blokada. Nic nie narysowałam. Wtedy jeszcze byłam w depresji. Dopiero zaczynałam psychoterapię, Budziłam się z trudnością z długiego snu. Głos Intuicji odzyskałam po około 2 latach od tego zdarzenia. I to jest faktyczny głos w mojej głowie:-) Choć nie tylko, czasem to uczucie, czasem odczucie ciała, ale słucham….Choć docieramy się, bo nie zawsze rozumiem o co chodzi. I ja myślę, że to co nazywamy intuicją, to głos naszej Duszy. Jak zwał tak zwał. W różnych naukach różnie nazywane to jest, ale chodzi kontakt z tą całością, której jestem częścią. Do tego, że nie ma toksycznych ludzi też już doszłam, ale jednak czasem unikam kogoś, kto pojawia się w mojej przestrzeni i powoduje, że czuję nieprzyjemne drżenie. Widocznie nie na wszystkie lekcje jestem gotowa. A poza tym: jesteśmy zbudowani z różnych energii, to fakt, a nie domysł. Czujemy to. I czasem dobrze jest uniknąć osób, które coś próbują ukręcić w relacji z nami. Bo akurat nie mam ochoty, ani chęci 🙂 Trafiłam do ciebie „przypadkiem”. Zostaję 🙂

    1. Aniu, wszystkie lekcje przychodzą etapami, we właściwym czasie. Też tak miałam kiedyś, na początku. Dziś już wiem, co oznacza to drżenie i to, że mam ochotę zwiać. Wiem, że właśnie powinnam zostać, bo czeka na mnie wiedza, którą chcę zrozumieć. Kiedy czuję to drżenie, zwykle intensywniej niż zwykle słucham siebie, swoich emocji, nie tego człowieka, który to drżenie wywołuje we mnie. Bo drugi człowiek jest jak lustro, które mi mówi o mnie samej. O tym, co jeszcze trzeba dopracować, czego nauczyć, co zrozumieć. Nie chcę uchylać się przed tą wiedzą. Ona jest mi potrzebna.

      1. Absolutnie się zgadzam, ja to wiem. Ale tak bardzo przez całe życie dociskałam sobie śrubę, że teraz uczę się odpuszczać, zostawiać, pozwalać sobie na ulgę, spokój, niekonieczność….Pewnie jak to ogarnę, będę w stanie wejść głębiej. Tak myślę. I czasem patrzę na lustro, i mówię: poczekaj, wróć za pół roku 🙂 Tak jak piszesz, wsio etapami.

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.