O najważniejszej i najtrudniejszej roli w życiu

Kolejny temat, na który pomysł podsuwa mi, jak zwykle, samo życie. Dziecko zalęknione, nie radzące sobie z rówieśnikami w szkole i często przez nich dręczone. Dziecko, którym byłam ja sama. Problem, który w pewnym stopniu dotyczył również moich dzieci. Jak sobie z nim poradziłam?

Jeśli chodzi o moje dzieciństwo i rówieśników, to przeszłam w życiu piekło. Bez wdawania się tu w szczegóły, bo nie chodzi o to, by po 30 latach wywlekać kto i co mi zrobił. Moja wiedza nie pochodzi więc z książki czy studenckiego podręcznika a jedynie z życiowego doświadczenia i to chciałabym podkreślić. Ze łzami często wracały również moje dzieci w początkowym okresie życia szkolnego. Miały problemy w relacjach z rówieśnikami, głównie w poprzedniej szkole, przed przeprowadzką. Były niejako w mniejszości i nie potrafiły dołączyć do grupy ani się w niej odnaleźć. Pierwszą zasadą, jaką wcieliłam w życie, to postępować z nimi tak, jakbym chciała, by ze mną ktoś kiedyś postąpił. Można powiedzieć, że udzielałam pomocy również samej sobie, tej małej Anitce sprzed lat.

Dziecko, które ma problemy w relacjach z rówieśnikami, największy problem ma ze sobą samym i poczuciem własnej wartości. Praca, ogólnie rzecz biorąc polega na tym, by dziecku uświadomić jego wartość. Niby proste, niby zrozumiałe, ale w codziennej rzeczywistości jakże trudne.  Ze mną w dzieciństwie nikt nie pracował, a jak zaczął, to kompletnie niewłaściwie. Dowiedziałam się, że mam zaburzoną osobowość i lęki. No ba! Przejść to, co przeszłam i być korzystającym z życia roześmianym dzieciakiem, to chyba nie byłoby normalne. Wiecie jak się czuje dziecko, które dowiaduje się od dorosłego, że ma jakieś tam zaburzenia? Jak element gorszego sortu. Zamiast budować jego wartość, pogarsza się jego stan. Zamyka mu się drzwi przed światem.

Nie mów mi czego ja nie mam. Pomóż mi szukać tego, co mam.

W ogóle czuję ogromny dysonans, kiedy słyszę o tych wszystkich terminach psychologicznych. Czasem, kiedy czytam o kolejnej porażce w leczeniu osoby z depresją, to mam wrażenie, że szukali tam, gdzie nie trzeba i skupiali się na tym, co nie trzeba. Psychologia potrafi czasem zrobić człowiekowi więcej krzywdy, niż pożytku. Te wszystkie definicje stwarzają czasem większy chaos. Trzeba umieć wyjść poza wyuczone teorie, formuły, schematy. Poza definicje. Czasem zapomnieć o tym, czego uczono na studiach psychologicznych i sięgnąć do innego źródła… Po wiedzę, która wykracza poza inteligencję.

W moim przypadku, taka informacja była kompletnie niepotrzebna, zbędna i szkodliwa. O tym w ogóle słyszeć nie powinnam, moim zdaniem. To niczemu nie służy, ponieważ wychodzę z założenia, że trzeba pomóc człowiekowi szukać jego zawieruszonych gdzieś wartości, zamiast skupiać się na problemach czy minusach. One same zaczną się rozwiązywać, jeśli człowiek, czy to mały, czy duży, zrozumie i dostrzeże swoją wartość. Tu jednak można wpaść w pułapkę. Podczas tego dowartościowywania młodego człowieka, można zwyczajnie przesadzić, popaść w skrajności. Czasem bywa tak, że rodzic, chcąc dla dziecka jak najlepiej oczywiście, wymaga od innych, aby traktowali to dziecko w szkole na wyjątkowych zasadach. Jak jajko, na które trzeba uważać. Bo on jest chory, bo ma zaburzenia. Bo to, bo tamto. I tutaj jest to ryzyko, że dziecko pójdzie w dwie skrajne strony. Albo poczuje się jak ktoś wyjątkowy i będzie oczekiwać, że jemu się wszystko należy od życia, przyjmując postawę roszczeniową, albo popadnie w jeszcze większą depresję, bo będzie chciało funkcjonować na takich zasadach jak inne dzieci. Nie będzie chciało się wyróżniać. Będzie wolało zginąć w tłumie i być niewidoczne. Pojawią się pytania „dlaczego?”.  Dziecko widzi, że jest inne i myśli, że gorsze. Najgorszą krzywdę wyrządzimy dziecku, jeśli ono w to uwierzy… W te zaburzenia. Ja uwierzyłam…

Nikomu nie jest potrzebne tak dowartościowywanie z zewnątrz, jak pomoc w znalezieniu tej wartości w sobie. Poczucie tego od wewnątrz.

Znalezienie tej równowagi nie jest więc wcale takie proste. Poza tym, aby pomóc znaleźć własnemu dziecku równowagę emocjonalną, należy samemu ją mieć. To jest podstawa. Jeśli więc mojemu dziecku coś nie wychodziło, intensywniej pracowałam nad sobą. I kiedy pewnego dnia moje dziecko znów wróciło z płaczem i pytaniem, dlaczego jest inne, bo widzi, że jest inne, musiałam zareagować. Pamiętałam o głównej zasadzie. Co chciałabym usłyszeć, kiedy sama miałam problemy? Wiedziałam, że powiem jej to wszystko, co dziś powiedziałabym sobie sprzed lat. I tak zrobiłam.

Poprosiłam, aby wyobraziła sobie polanę pełną czerwonych róż, a wśród nich jedną jedyną różę w kolorze herbacianym. Zapytałam czy ta róża jest według niej piękna? Odparła, że bardzo piękna, oczywiście, że tak. Bo dlaczego niby nie? Odparłam wtedy, że ona jest jak ta herbaciana róża właśnie. Inna, nie znaczy, że gorsza.

Nigdy nie zapomnę jej wielkich oczu, kiedy to usłyszała… Bezradność zaczynała znikać. Zaczęłam tłumaczyć córce, że to nic złego stać z boku, jeśli twój wybór nie jest powodowany strachem przed ludźmi. O różnicach osobowości i potrzeb; o introwertykach i ekstrawertykach. O tym, że ludzie różnią się charakterem i nie każdy musi chcieć trzymać się blisko w grupie. Są tacy, co lubią stać z boku i to też jest normalne. Jeśli tylko jest się świadomym, dlaczego tak się stoi i jakie są tego przyczyny. Długo wtedy rozmawiałyśmy. Tak naprawdę wszystkie cztery, bo reszta od samego początku z wielkim zaciekawieniem słuchała tego, co mówię, by potem wziąć udział w rozmowie. Od tamtej pory wiele się zmieniło…  Nie tylko w życiu tej córki, ale i pozostałych, które słuchały. Dziewczyny nabrały pewności siebie i relacje z rówieśnikami się zmieniły, choć żadna nie stała się duszą towarzystwa. To wszystko było procesem powolnym, który wymagał czasu i jeszcze wielu rozmów, obserwacji własnego dziecka, jego reakcji na różne bodźce. Widzę jednak, że ze skutkiem pozytywnym. Moim dzieciom sugerowano wtedy psychologa. Stanowczo odmówiłam i dziś widzę, że była to dobra decyzja.

Moim zdaniem, nie należy dziecka chronić przed światem czy traktować go wyjątkowo, bo nigdy nie nauczy się stawiać czoła życiu. Trzeba mu tylko pomóc, by samo się tak poczuło, niezależnie od opinii innych ludzi. Nie ważne, że wychowawczyni w szkole lub kolega powiedzieli lub zrobili coś niewłaściwego. Ważne jak dziecko na to reaguje. Liczy się jego reakcja. I moim zdaniem, to nad tym musimy pracować, a nie nad ustawianiem na baczność wszystkich innych. Bo moje dziecko ma problemy, więc bądźcie delikatniejsi? Osoba, która zna swoją wartość, poradzi sobie w takiej sytuacji. Wypracuje to w sobie. To nasza rola, jako rodziców, by wytłumaczyć dziecku, że to od nas zależy czy damy komuś władzę nad naszym samopoczuciem, czy nie damy jej nikomu. Jeśli pozwolimy, by inni nas uszczęśliwiali, musimy być świadomi, że mogą też zrobić zupełnie odwrotnie. Dajmy innym klucz do naszego samopoczucia, a mamy gwarancję życia jak na karuzeli, raz góra, raz dół. Nauczmy nasze dzieci stawiać czoła życiu. Nie chrońmy go przed nim, bo kiedyś i tak będzie musiało spojrzeć życiu w oczy. I nasza w tym rola, by było w miarę przygotowane. To prawda, nie mamy na wszystko wpływu. Nie ukształtujemy tego człowieka tak, jakbyśmy my chcieli, na naszą modłę, bo to odrębna istota. Nie ulepimy go jak Plastusia z plasteliny. Tak, żeby nam się podobało i nam było dobrze. Musimy mu pozwolić być sobą. Czy to się nam podoba czy nie. Nie ma żadnego sensu w tym, aby małemu brzdącowi usuwać wszystkie kamienie spod nóg. Trzeba pokazać mu świat, poinformować o kamieniach i innych niebezpieczeństwach, a jeśli mimo to się przewróci, otrzeć łzy, pomóc wstać i zwyczajnie porozmawiać; dodać sił. Powiedzieć, że teraz na pewno będzie już ostrożniejsze.

„Jeśli zamkniesz drzwi przed wszelkim błędem, prawda pozostanie za drzwiami” – Rabindranath Tagore.

Czeka mnie jeszcze wiele takich rozmów, wiele drzwi do otwarcia, wiele otarć łez i tematów do poruszenia. Wiele obserwacji. Ten proces będzie trwał, dopóki żyję. Jednak nie ma dla mnie nic ważniejszego. To kwestia odpowiedzialności za to, co się oswoiło. Zrobiłam to, co mogłam i co powinnam była w moim mniemaniu zrobić. Czyli stać czujnie na straży. Nie tak wpływać na dziecko, pokazując mu jedynie słuszną drogę, jak pokazać możliwości i pozwolić mu wybrać. Nie układać mu życia za niego, tylko pozwalać mu na wyrażanie siebie, na własne błędy. Na podejmowanie własnych decyzji, zaznaczając, że trzeba także ponosić wtedy konsekwencje tych decyzji. Nie usuwać mu wszelkich przeszkód sprzed nosa, tylko pokazywać jak je pokonywać.

I będę to robić zapewne do śmierci.


„Mam nadzieję, że uczynisz z siebie coś najlepszego. Mam nadzieję, że zobaczysz rzeczy, które Cię zaskoczą. Mam nadzieję, że poczujesz coś, czego nigdy nie poczułaś. Mam nadzieję, że spotkasz ludzi, którzy mają odmienne zdanie. Mam nadzieję, że będziesz dumna ze swojego życia. A jeśli nie będziesz dumna, to mam nadzieję, że będziesz miała siłę, by zacząć od nowa” – F. Scott Fitzgerald.

Reklamy

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.