Rozważań o równowadze ciąg dalszy

Kiedy pisałam ostatni tekst, wiedziałam już, że nie będę w stanie wyczerpać tematu w jednym wpisie. Zbyt wiele jeszcze było we mnie treści, których nie wiedziałam jak przekazać. Postanowiłam rozdzielić tekst. Natomiast czas był mi potrzebny, aby poukładać sobie na spokojnie to, co we mnie zostało.  

Najtrudniej jest mi utrzymać równowagę w kwestii, która nie podlega u mnie dyskusji. Jest to główna zasada w pisaniu tekstów i prowadzenia tego bloga. Ta zasada brzmi, żeby pisać o sobie i swoich uczuciach. A już zwłaszcza, nigdy o nikim nie pisać ani nie myśleć źle. Moje doświadczenia bardzo często jednak są związane z drugim człowiekiem i obserwacją innych. I czasem aż mnie ręka świerzbi, by napisać o czymś wprost i pójść łatwiejszą drogą, jeśli chodzi o ubieranie myśli w słowa. Trzeba sporego wysiłku, by powiedzieć to wszystko, co chce się powiedzieć, jednak w sposób taki, który nie dotyka osób innych. To wcale nie jest łatwe. Wymaga to sporego wysiłku i czasami mnóstwa czasu, by odpowiednio wyważyć słowa. Są teksty, które piszę wiele dni. Równowaga słów jest dla mnie bardzo ważna. Nie ma sensu pisać dla samego pisania – ponieważ mam bloga i muszę terminowo dokonywać wpisów. Nie. Mówię wtedy, kiedy mam coś do powiedzenia. Nie muszę dokonywać wpisu codziennie czy co tydzień. I bardzo dbam o tę równowagę w każdym tekście. Tego wszystkiego uczą mnie właśnie inni ludzie, ich blogi, ich teksty czy moja obecność na internetowych forach. Nie robię tego, czego sama nie jestem w stanie u innych czytać, zrozumieć, pojąć. Uczę się, czytając Wasze teksty, blogi i opinie, treści czy komentarze na forach. Wy pomagacie mi uczyć się siebie samej. Innych ludzi i wszystko to, co poza mną, traktuję na zasadzie lustra, o którym już pisałam. To właśnie lustro pomaga mi trzymać równowagę podczas pisania tekstu czy rozmowy z drugim człowiekiem. Nie zawsze jednak tak było. Początki były trudne i doświadczenie jeszcze małe. Na własnych błędach(lekcjach) chyba najwięcej się nauczyłam.

Podejmując temat równowagi, powinnam chyba rozwinąć kwestię żywienia. Raz zjem sztukę mięsa, raz porcję warzyw? Nie, to nie tak. To nie ma nic wspólnego z równowagą w moim pojęciu. Raczej jest tak, że odzyskałam tę równowagę, kiedy całkowicie przestałam spożywać mięso. Właśnie tak wygląda moja równowaga. Dlaczego? Bardzo duży wpływ na niejedzenie mięsa miał też obejrzany kiedyś film „Cowspiracy”:

Dokonany wybór poprzedzony był głęboką analizą. Przemawiały za tym konkretne argumenty. Złapanie żywieniowego balansu było więc proste, jeśli chodzi o mięso. Okazało się, że nie ma na nie miejsca, po wszystkich „za” i „przeciw”. Tak samo jest z cukrem. Nie ma, że czasem coś sobie skubnę. Wiem dlaczego to robię. Stabilnie trzymam się obranego kursu. Słucham swojego organizmu i jeśli widzę, że coś mi służy, tego się trzymam. Równowaga w tej kwestii polega raczej na odpowiednim zbilansowaniu tego, co organizmowi jest potrzebne, mając do dyspozycji pokarmy roślinne. Jednak, mówiąc o równowadze, nie można mieć na myśli jedynie własnego ciała czy duszy. Ważne jest również środowisko naturalne. Ziemia, na której żyjemy i o którą powinniśmy dbać, na tyle, ile jesteśmy w stanie. I tutaj także trzeba utrzymać równowagę.; między własnym organizmem, duszą a środowiskiem naturalnym. Zwracać uwagę na codziennie dokonywane wybory. Jakiego użyć oprysku; naturalnego i ekologicznego czy mocnej chemii? A może znajdzie się inny sposób, by zadbać o nasz mały kawałek ziemi? Jaki kupić szampon? Może poszukać takiego, który nie zawiera chemii, a wyłącznie naturalne składniki? Może idąc do sklepu, zainstalować sobie na telefonie aplikację „Zdrowe zakupy”? Tak na dobry początek. Ot, taka uważność w każdej chwili.

Mam również zamiar utrzymać tę równowagę, kiedy słyszę lub czytam, aby warzywa kupować na rynku czy lokalnie od rolnika i unikać supermarketów. Czym one się różnią między sobą? Warzywa, zanim trafią na półki supermarketu przechodzą kontrole na zawartość szkodliwych substancji i muszą spełnić jakieś tam normy. Czy ktoś kontroluje babcię sprzedającą własne marchewki na rynku? Czy ktoś wie, skąd pochodzą te warzywa na targowisku? Jeśli tak, to super. Może jednak z tej samej hurtowni, co supermarket po sąsiedzku? A rolnicy na własnym poletku to nie pryskają? Rzepak nie pryskany Glifosatem? Może i gdzieś jest… Tylko, że ustawa tego nie zabrania. Z tego co wyczytałam, dopuszcza jego stosowanie nawet w przypadku rolnictwa ekologicznego. Zobaczymy co będzie po nowym roku. Na własny użytek ludzie też używają chemii, z tego co widzę. Być może to się powoli zmienia, ale nadal skala jest zbyt duża. Pewności nie ma. Bo czy ktoś sprzedający na rynku własne warzywa przyzna się do oprysków?

Jakby tak zacząć się zagłębiać w temat, to nam wyjdzie, że wszystko w jakiś sposób szkodzi. I być może dojdziemy do takiego wniosku, że samo życie to śmiertelna choroba. Bo cóż tak naprawdę znaczy dążenie do zdrowia? Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności i wiedzę, dla mnie oznacza właśnie dążenie do równowagi.

Zaglądam co jakiś czas do książek Michała Tombaka. Mam ich kilka w biblioteczce. Jest w nich napisane między innymi o kuracji cytrynowej. Jeden z wielu sposobów na to, by uleczyć nieuleczalne. Kuracja dość znana, zdaje się i propagowana. Hmmm… Fakt, cytryna jest niezaprzeczalnym źródłem witamin. Tylko czy jest gdzieś taka informacja, że można w taki sposób zniszczyć sobie szkliwo na zębach? Na wpływ kwaśnych produktów czy napojów na zęby, zwrócił mi niedawno uwagę mój dentysta. Muszę bardzo uważać. A w tej kuracji liczba cytryn sięga 200, w czasie dwunastodniowej terapii. Może więc poszukajmy równowagi, trzymając w ręku jakąkolwiek teorię, książkę czy opinię? Choćby naukową. Nawet moją…

Nie jestem ani weganką, ani wegetarianką, ani mięsożercą. Żadna z definicji do mnie nie pasuje. Moje dziewczyny śmieją się, że nie wynaleziono jeszcze na mnie terminu. I bardzo dobrze. Bo ja jestem sobą. Tak zawsze odpowiadam każdemu, kto pyta mnie o wegetarianizm czy weganizm.

Temat równowagi jest jak rzeka, można go ciągnąć i ciągnąć, ponieważ dotyczy praktycznie każdego aspektu w naszym życiu. Równowaga psychiczna jest tylko jego małym wycinkiem i należy patrzeć holistycznie, jak już wspomniałam wcześniej. Okazuje się to bardzo trudne. Każdy sam bardzo ciężko pracuje na brak równowagi we własnym życiu. I często sam sobie szkodzi najbardziej. Mam spore problemy z kręgosłupem. One już nie znikną, wiem. Nigdy jednak nie przyszłoby mi do głowy palenie papierosów, mając silne bóle reumatyczne, zwyrodnieniowe czy spowodowane dyskopatią. Ile ludzi nie ma świadomości, jak silnym czynnikiem zapalnym jest właśnie dym tytoniowy. Wychodzą zaraz po wyrwaniu zęba „na dymka”, a potem „oj, boli”, a ząb się dłużej goi. Chory człowiek zbyt rzadko śledzi wszystkie swoje nawyki, krok po kroku. Nie zwraca uwagi na to, że pije zbyt dużo kawy, nie nawadniając organizmu wodą i nie uzupełniając magnezu z potasem choćby. Nie zwraca uwagi na sygnały, jakie wysyła mu jego organizm. No choruję, trzeba do lekarza. A ten lekarz zajmuje się tylko jego kręgosłupem, nie patrzy na nic więcej. Leczy objawy, nie zagłębia się w przyczynę. Rzadko kiedy pyta o styl życia, jeśli w ogóle (bo osobiście z tym się spotkałam tylko raz w życiu, u ginekologa). Chory narzeka na brak sił, rehabilitacja nie pomaga, ból się nasila, ale rozmawia ze mną z papierosem w zębach, który odpala jeden za drugim i z kubkiem kawy, który jest najważniejszym napojem w jego życiu, bo wody nie znosi. I mówi o bezradności. Coś chyba jednak może zrobić? Przykład może słaby, ale ma nam uświadomić, jak bardzo nie zdajemy sobie sprawy ze szkodliwości niektórych rzeczy, uznając je za błahostki. To, że po zjedzeniu czegoś niezdrowego, ból nie zgina nas wpół, nie znaczy automatycznie, że wpływa na nas dobrze. Są rzeczy, które zabijają nas latami, po cichu i niewidocznie.

I tutaj pojawia się dla mnie problem. Mogłabym powiedzieć tej osobie, żeby na początek rzuciła palenie, zmniejszyła ilość wypijanej kawy, zwiększyła ilość wody, pomyślała o witaminach, potem przyjrzała się reszcie. Mogłabym innej osobie powiedzieć co wiem, żeby jej pomóc. Tylko czy rzeczywiście pomogę? Kto dał mi prawo do tego, by się wtrącać? Trzeba nauczyć się, kiedy mówić oraz jak mówić, a kiedy milczeć. I znaleźć także tu jakąś równowagę. Słuchać, ale dopóki nie padnie konkretne pytanie do mnie skierowane, na słuchaniu niech się kończy. Bez pytania nie ma odpowiedzi. Odpowiedź jest ściśle związana z pytaniem, jest jego skutkiem. Nie każde pytanie też jest właściwe i nie zawsze prowadzi do celu, czyli do odpowiedzi, o czym już pisałam. A nawet, kiedy takie konkretne pytanie pada, dobrze jest się zastanowić co odpowiedzieć i czy w ogóle udzielać jakiejkolwiek rady.

Czasem nawet najdelikatniejsza próba pomocy, bywa odrzucana, kompletnie pomijana lub w ogóle niezrozumiana. Czasem człowiek wybiera i przebiera w tych, które pasują do jego wizji, na inne uwagi zbytnio nie zwraca. Jednych słucha, innych kompletnie nie. Często wtedy nie zdaje sobie sprawy z tego, że skoro jego schematy dotąd mu nie pomagały, to raczej już nie pomogą. Trzeba byłoby je zmienić i posłuchać także tych słów, na które reaguje się wewnętrznym oporem. Słów, które nam się nie podobają i wcale nie chcemy ich słuchać. Złapać dystans do samego siebie, własnych schematów. Przyjrzeć się wytworzonym mechanizmom obronnym.

Zdarzyło mi się, mimo wszystko spróbować w delikatny sposób pomóc. Podjęłam próbę, ze skutkiem praktycznie żadnym. „Gadał dziad do obrazu…” Czy to był mój błąd? Absolutnie nie, jeśli sama cokolwiek z tego zrozumiałam i wyciągnęłam wnioski. Nie ma błędów, są lekcje.  Bywało też tak, że rozmowa i moje doświadczenia innym pomagały, ale wtedy, gdy ktoś sam o te rady mnie poprosił. Kiedy padło to pytanie do mnie skierowane.

Czym w moim mniemaniu jest wobec tego udzielanie rad? Jedyną możliwą opcją jest opowiedzenie o własnych doświadczeniach, a nie mówienie o tym, co ktoś powinien zrobić. Można pokazać, gdzie ma spojrzeć, ale nigdy co ma widzieć. 

źródło : pinterest.com

Trzeba tak udzielić rady, aby ktoś sam mógł wyciągnąć własne wnioski i wybrać dla siebie odpowiednie wyjście z sytuacji. Czasem zadać umiejętne pytanie, które do tegoż celu doprowadzi. Gotowe instrukcje nie wchodzą w rachubę, bo to jest nic innego, jak pokazanie mu co ma widzieć. Musi sam zobaczyć, wyciągnąć wnioski. I dobrze przy tym rozsądzić czy warto w ogóle zaczynać i czy ktoś tego naprawdę oczekuje. Czy jest gotowy na przyjęcie tego.

Czasem ktoś prosi o pomoc, ale nie jest na nią otwarty. Czasem mam wrażenie, że jest otwarty jedynie na spełnienie przez kogoś jego własnych życzeń. Chciałby to i to, ale nie chce tego, bo to mu nie pasuje. To mu na pewno nie pomoże – i lekceważy, bagatelizuje całkowicie naszą wyciągniętą dłoń. W takiej chwili można tylko odpuścić. Bo jeśli ktoś tak dobrze wie czego mu trzeba, to dyskusja nie ma sensu. Nie oczekuje pomocy, a jedynie przyklaśnięcia własnym pomysłom czy opiniom. Jest zamknięty. Wiem jednak, jak trudno jest słuchać, zwłaszcza takich słów, które powodują w nas opór i które nam się nie podobają. Tak trudno wtedy o balans, o intensywny wgląd we własne wnętrze. Zwłaszcza, kiedy ktoś nas krytykuje. Tak trudno przyjrzeć się wtedy własnemu oporowi i sprawdzić, co on mówi o nas samych. Bo zwykle wtedy pytamy o to „dlaczego on/ona/oni…” Zastanawiamy się dlaczego nie słuchają, podczas gdy to właśnie my nie słuchamy.

To, co przychodzi z zewnątrz nie pomoże nam tak, jak to, co jest wewnątrz nas. Rada, choćby najlepsza może nie osiągnąć absolutnie żadnego skutku, ponieważ zwykle ktoś szuka własnej prawdy, nie cudzej. Własnych odpowiedzi, własnej drogi. Szuka siebie samego, tak naprawdę. Oceny czy krytyka, czyli to, co zewnętrzne, nieświadomego wpędzą w większą nieświadomość a świadomemu pomoże absolutnie wszystko, bo ze wszystkiego wyciągnie coś dla siebie. Nawet kompletnie dekonstruktywną krytykę przekuje na wewnętrzną moc i wyciągnie z niej wnioski dla siebie. I tu przychodzi mi na myśl Pismo Święte:

„Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma” – Mt 13,12.

Świadomy nie pyta innych o radę, szuka odpowiedzi w sobie. Nieświadomy pyta, ale to mu nie pomaga. Równowagę stanowi tutaj nasza wewnętrzna moc. A pomoc może polegać jedynie na dotarciu do niej. Tak, by ktoś sam sobie mógł pomóc, własną mocą. Bo każde uzdrowienie to proces wewnętrzny.

Nieustannie zastanawiam się, kiedy mówić, a kiedy milczeć. Coraz częściej milczę. Także to miejsce coraz częściej jest jedynym miejscem, w którym jeszcze się udzielam (ze względu na motywację, która za tym stoi). I nie chodzi tu o to, że nie mam nic do powiedzenia. Milczę, choć mogłabym powiedzieć wiele. Jeśli nie wiem po co mam mówić, w jakim celu, to po prostu milczę. Nie widzę sensu, by wypowiadać się na każdy temat, przy byle okazji.  I to też jest taka moja równowaga; między milczeniem a mówieniem.

Czasem tej wewnętrznej ciszy nie są w stanie przerwać żadne słowa, żaden zgiełk zewnętrzny. Kiedy patrzysz, słuchasz i nie czujesz żadnej potrzeby, by coś dodawać.

Jestem pewna, że teraz jeszcze bardziej przemyślę każdą sytuację i fakt, kiedy mówić, a kiedy milczeć. Wywołana do tablicy, odpowiem na zadane pytanie. Jednak wyrywać się nie zamierzam. Czy stanę się bierna wobec tego? Nie. Tutaj mogę pisać i mówić o wszystkich moich doświadczeniach i o tym, co mi pomaga czy szkodzi. Z tego ktoś wyciągnie coś dla siebie bądź nie. I to jest moja równowaga.

Reszta nie zależy już ode mnie. Tyle mogę zrobić.

Reklamy

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.