Lustro

http://bezzniewolenia.blogspot.com/2014/07/swiadectwa-czyli-czowiek-czowiekowi.html

Kim dla nas jest drugi człowiek? Czasem staje się wielkim rozczarowaniem i zostaje po nim tylko żal czy pretensje. Ilu z nas zna to z autopsji? Nie zdawałam sobie sprawy, że odpowiedź na to pytanie ma niebagatelny wpływ na całe nasze życie, na relacje międzyludzkie, na związki. Zmienia ona sposób postrzegania nie tylko siebie samego, ale wszystkiego, co dookoła.

Przez większość mojego życia,  moje relacje z innymi ludźmi pozostawiały wiele do życzenia, choć robiłam, co mogłam, by je poprawić. Wciąż odpowiadałam sobie na pytanie co mogę robić źle i jak to naprawić. Plusem jest to, że zawsze szukałam w sobie, nie w innych. Wiele razy dawałam innym serce, a dostawałam wielkie nic. Życie boleśnie uczyło mnie drugiego człowieka. Nie mogłam zrozumieć, który szczegół mi w tym wszystkim umyka i czego nie dostrzegam. Piękne  jest jednak to, że  każda lekcja wraca dotąd, aż zrozumiemy. Życie jest cierpliwym nauczycielem i powtarza nam lekcje do skutku. I ten moment, kiedy to do nas dociera jest niezwykły. Bo okazuje się to takie proste…

Wiele relacji, o które dbałam, rozpadło się, mimo wysiłków z mojej strony. Dziś już wiem dlaczego. Wiele wysiłków, w które włożyłam serce, by komuś pomóc, zostało bez odpowiedzi. Wielu ludzi mnie skrzywdziło. I zdarzyły się te krzywdy najboleśniejsze, zwłaszcza dla dziecka. Takie, które zostają w człowieku na zawsze i całkowicie zmieniają postrzeganie drugiego człowieka. Jednak wciąż szukałam wyjścia z problemów. Nie umiałam właściwie ułożyć relacji z ludźmi, bo sama nie byłam poukładana. To najtrudniejsze wydarzenie z dzieciństwa na zawsze zmieniło mnie samą i podejście do drugiego człowieka. Jednak matematyka mówi, że dwa minusy dają plus. Może w życiu jest tak samo, tylko to my nie umiemy tego dostrzec. Po latach stało się dla mnie jasne, że to moje lekcje były. Muszę tylko je odrobić i wyciągnąć z nich co się tylko da.  Wycisnąć życie jak cytrynę. Wiele z nich odrabiałam nieświadomie, instynktownie czując, co jest dla mnie dobre. Niektóre zrozumiałam po wielu latach. Dziś staram się już świadomie pracować nad sobą.

Czy miałam lub mam żal do tych wszystkich ludzi, którzy mnie skrzywdzili? Nie, nie mam i nigdy nie miałam. To był właśnie mój instynkt samozachowawczy. Nigdy nie było we mnie żalu czy pretensji i chyba to uratowało mnie przed zwariowaniem. Kosztowało mnie to wiele lat pracy nad sobą i własnymi emocjami, by każdemu, kto mnie skrzywdził patrzeć w oczy. Co by jednak było dziś, gdyby wtedy trawiła mnie nienawiść? Jaki kierunek ta nienawiść, żale i pretensje nadałyby mojemu życiu?

Co z nas wychodzi, to wraca.  Co próbujemy zatrzymać, ucieka. I to okazało się prawdą.

Co do mnie wróciło? Wewnętrzny spokój, po wielu latach ciężkiej pracy, ponieważ nigdy nie odpłaciłam nikomu nienawiścią, choć przeżyłam to bardzo. Choć przysporzyło mi to wiele problemów, lęków, strachu. Nie miałam takich prawdziwych przyjaciół, bo nigdy nikogo nie dopuściłam tak głęboko do siebie, jednak nigdy nikogo nie nazwałam wrogiem. Pomimo tak trudnych przeżyć. Nie umiałam tylko poradzić sobie ze sobą samą, własnym poczuciem wartości i akceptacją. Sama się dziwiłam, że nie było we mnie nienawiści ani żalu w stosunku do innych. Zdałam sobie jednak z tego sprawę dopiero po latach, kiedy zaczęłam nazywać własne emocje i pracować nad sobą. Jak to? Przecież w takiej sytuacji nienawiść byłaby zrozumiała. Zrozumiały żal i wysyłanie wszystkich do diabła. A ja nie… Nigdy chyba. Dlaczego? Instynktownie robiłam to, co dla mnie najlepsze. Nie zatruwałam swojego wnętrza nienawiścią. Nie życzyłam źle tym ludziom, za to bardzo chciałam być silniejsza i nauczyć się radzić sobie z takimi ludźmi czy trudnymi sytuacjami. Szukałam w sobie tego, co można poprawić, nad czym popracować, w jaki sposób zacząć pracować. Nie skupiałam się na byciu żmiją i kąsaniu innych swoim jadem. Zagłębiałam się w siebie i szłam własnymi ścieżkami, choć wszyscy radzili inaczej. Zamykałam się w sobie i to wbrew pozorom było dla mnie najlepsze. Bo szukałam w sobie… Psychologowie niech mówią sobie co chcą. Wiem, że to było dla mnie najlepsze. Być może dlatego dziś jestem, jaka jestem. Być może dlatego dziś we mnie jest spokój. On był moim największym marzeniem. Inni mieli marzenia o karierze, ja marzyłam i dążyłam do wewnętrznego spokoju. Być może niektórzy marzyliby o zemście, ja marzyłam tylko o spokoju. Poznałam gorzki smak osamotnienia, potem piękny smak samotności. Na końcu, spojrzałam inaczej na ludzi i obecność drugiego człowieka w moim życiu, by ostatecznie stwierdzić, że tak, lubię ludzi. Czy dawna Anita mogłaby to powiedzieć? Bałam się ludzi. Każdym krokiem sterował strach. Nie umiałam cieszyć się ich obecnością. Przeglądałam się w oczach ludzi, owszem, ale szukałam w nich tylko aprobaty. Lubię zarówno obecność człowieka, jak i jego brak. I bycie introwertykiem w żaden sposób nie koliduje z obecnością ludzi w moim życiu. Można cieszyć się bowiem swoją samotnością nawet w wielkim tłumie. Lubię obserwować ludzi, ich zachowania, emocje. Ta obserwacja dużo daje mnie samej.

Tak, byłam zamknięta w sobie. Jednak dziś, z perspektywy czasu widzę, że były to najlepsze życiowe lekcje. Dzięki temu mogłam po latach zrozumieć, kim jest dla mnie drugi człowiek, kim jestem ja sama i jaką drogą iść, jeśli chodzi o nasze wzajemne relacje. Zamknięcie w sobie pokazało mi, jak wielki skarb kryje się w moim wnętrzu i że tam powinnam zaglądać najczęściej.

Co widzę, kiedy patrzę w lustro? Siebie, to proste. Kim jest więc dla mnie drugi człowiek?

Takim właśnie lustrem. To, w jaki sposób go postrzegam, mówi najwięcej o mnie samej. Drugi człowiek uczy mnie więc siebie. Jeśli naprawdę zrozumiemy te słowa, spowoduje to w nas głęboką zmianę i wszystkie żale, pretensje czy złość znikną. Przestaną mieć rację bytu. Zmieni się nam postrzeganie i relacje z innymi. I kiedy tak zmieniamy siebie, mamy wrażenie, że cały świat też się zaczyna zmieniać. Zaczyna nabierać innych barw, innych emocji. Nasza własna perspektywa zaczyna się poszerzać.

Kiedyś martwiłam się tym, czy ktoś mnie lubi. Zastanawiałam się, co takiego jest we mnie, że mnie nie lubi. I to też było nie takie znowu najgorsze pytanie, skoro ostatecznie doprowadziło mnie do odpowiedzi. Odpowiedzi cały czas były przed nosem, w każdym napotkanym człowieku. Jeśli czułam, że nikt mnie nie lubi, w zasadzie nie lubiłam samej siebie. Nie akceptował mnie? A czy ja akceptowałam siebie? Po latach, kiedy już myślałam, że lubię siebie i akceptuję, w dalszym ciągu powracały sytuacje, kiedy myślałam, że ten ktoś mnie nie lubi i zastanawiałam się dlaczego. W rzeczywistości, we mnie była jeszcze jakaś część, którą nie do końca akceptowałam w sobie. W dalszym ciągu było coś jeszcze do wypracowania.

Jakby tak zagłębić się w tę akceptację, to czym ona jest, tak naprawdę?

Jakiś już czas temu byłam u lekarza ginekologa na wizycie. Mówił on o diecie i zmianach, jakie powinnam wprowadzić, żeby usprawnić prace mojego organizmu. Poradził mi schudnąć również. I tu we mnie pojawił się ogromny opór, którego wtedy nie widziałam. Jak to?! Przecież ja akceptuję siebie. Lubię siebie. O czym on mówi. Przyszłam do dietetyka?! Co, ja źle wyglądam? Tyle lat pracowałam nad akceptacją, żeby teraz ktoś próbował mi to zburzyć?! Postanowiłam więc przyjrzeć się swemu oporowi. Czy oby na pewno dobrze rozumiem tę akceptację? Na pewno polega na tym, że lubię swoje tłuste boczki i nadprogramowe kilogramy? Lubię problemy, jakie z tego także wynikają? Akceptuję je i w związku z tym nic nie muszę robić, bo ja akceptuję?! Takim mnie Panie Boże stworzyłeś, takim mnie masz? Na tym polega miłość? Bo przecież nie ulega wątpliwości, że trzeba kochać siebie, bo bez tego nie nauczymy się kochać innych. Musimy to mieć w sobie, aby podzielić się z innymi. Więc jak to jest z tą miłością? Lubimy swoje przykładowe 120 kg żywej wagi i liczne problemy zdrowotne? Nie zamierzamy z tym nic zrobić, bo akceptujemy siebie? Coś mi tu zaczęło nie pasować.

Sama mam sporo problemów zdrowotnych, które wynikają głównie z licznych zaniedbań w przeszłości i złego prowadzenia medycznego. W tym też i z braku mojej własnej świadomości. Usiadłam sobie tak któregoś wieczoru, bo nie chciało mi się ćwiczyć i zaczęłam myśleć właśnie o tych pytaniach, o tym lekarzu, który uświadomił mi tak ważną rzecz. Wystarczyło tylko obserwować i wyciągnąć wnioski z własnych reakcji na jego słowa. Że niby tak wygląda moja akceptacja siebie? To fatalnie. Jestem na najlepszej drodze do samozagłady. Moja miłość była ślepa. Ot, co… Postanowiłam jednak to zmienić. Zadbać o siebie, zmienić sposób nie tylko myślenia, lecz i żywienia. Zmienić styl życia. I kiedy czasem nie chce mi się usiąść do ćwiczeń, to przychodzi mi z pomocą ta historia u lekarza, a także wiele innych przykładów źle pojętej akceptacji i miłości. I wiem już dlaczego to jest ważne, by choć na krótko usiąść do tych ćwiczeń. Nie z powodu tego, żeby schudnąć i połechtać swoje ego na Facebooku czy Instagramie, tylko żeby zrobić wszystko, co tylko mogę, by być zdrową i sprawniejszą. Żeby podejść do samej siebie, swojego zdrowia holistycznie, całościowo. Tak, jestem za gruba. Tak, powinnam dokonać w swoim życiu zmian. Nie ma nic złego w zmianach, one są konieczne. Nasza świadomość jest przecież jak rzeka a życie ciągłymi zmianami, które pomagają nam zrobić ten krok naprzód w naszej podróży. Taka jest rzeczywistość i nie ma sensu z tym walczyć. Trzeba to zaakceptować.

Zapewne takie lekcje będą wracać, jednak już zmieniły postrzeganie drugiego człowieka. Zaczęłam doceniać wszystkich ludzi w moim życiu. Nie szeregować ich na dobrych (bo mnie lubią, pomagają, uśmiechają się itd.) czy złych (bo mnie nie lubią, śmieją się ze mnie, obgadują) . Doceniać wszystkich, bez wyjątku. Czyjaś złość, nienawiść, obgadywanie mnie czy brak akceptacji mojej osoby nie jest moim problemem. Nie powinnam zaprzątać sobie głowy myślami innych. Jedyną rzeczą, na którą mam jakiś wpływ, jest moja własna myśl, nie cudza. A każdy człowiek jest moim lustrem i pomaga mi w poznawaniu samej siebie. Dziś uśmiecham się do wszystkich, nawet tych, którzy mnie skrzywdzili, kiedy byłam dzieckiem. Do tych, którzy może nie przepadają za mną. Pracuję nad tym, by nie dać się wciągać im w ich emocje; w złość czy agresję. Także nad tym, by czyjaś pochwała nie powodowała, że urosnę zbyt duża.

Jest prawdą również, że nie ufałam ludziom.  Powodem był strach i złe doświadczenia. Czy dziś ufam? Nie, nadal nie, tylko powody są dziś inne. Motywem przewodnim nie jest strach a świadomość. Zwyczajnie ufność nie jest mi do niczego potrzebna. Inaczej patrzę na życie, na ludzi, na to, co się wydarza.

Zaufanie wobec jakiegoś obiektu jest to wiedza lub wiara, że jego działania, przyszły stan lub własności okażą się zgodne z naszym życzeniem” – Wikipedia.

Problem w tym, że nie mam takich życzeń, ani oczekiwań. Jest to wręcz niezgodne z moją życiową filozofią. Nie jest to coś, co mi pomaga, wręcz przeciwnie. Bo im więcej oczekiwań, tym więcej frustracji, presji, rozczarowań. Tym mniej wolności… Jest dla mnie ważne, by mieć otwarte nastawienie, a takowe jest dla mnie możliwe bez oczekiwań, bez życzeń, że coś będzie inne, niż jest. Tak rozumiem akceptację. Ona łączy się z tym, że nie oczekujemy, nie oceniamy, jesteśmy otwarci i przyjmujemy coś takim, jakie jest. Tylko, że, dostrzeżenie tej rzeczywistości, jest bardzo trudne, o czym wspomniałam wcześniej, pisząc o źle pojętej akceptacji. Dostrzeżenie czegoś takim, jakie jest, to najtrudniejsza umiejętność dla człowieka. Nie chcę nikogo i niczego zmieniać, poza sobą. Odwieczną prawdą przecież jest, że aby zmieniać świat trzeba zacząć od siebie. Każda zmiana musi zaczynać i kończyć się na nas. Nie oczekuję od innych, że będą postępowali zgodnie z moimi życzeniami czy wpasują się w moje wyobrażenia. Nie liczę na czyjeś dobre chęci. Takim sposobem pozwalam innym być sobą.  Pozwalam na wyrażanie siebie; tak samo na radość jak i złość czy frustrację. I przestaje być dla mnie ważne czy mnie ktoś lubi, czy nie. Nie zajmuję się myślami innych. Nie zatruwam własnego wnętrza.

I nagle okazuje się, że już nie muszę uciekać przed drugim człowiekiem, nie muszę się bać. Dopóki umiem stawiać czoła własnym emocjom. Nie muszę chować tego, jaka jestem, bo nie zależy mi na pochwałach czy akceptacji innych osób. Nikt nie dostanie dostępu do guzików w mojej windzie życia. Nikt nie będzie bawił się nimi, jeżdżąc raz w górę, raz w dół. Mogą próbować, ale ja nie powinnam na to pozwalać. A jeśli kiedykolwiek, w chwili słabości tak się stanie, to mam nadzieję uświadomić sobie to w miarę szybko i w porę zareagować.

Dostrzeżenie tego lustra sprawiło, że poczułam wolność. Poczułam się jakby uwolniona, lżejsza o całe mnóstwo schematów, które odpadły, jak skorupka z jajka. Jakby mój bagaż stawał się coraz bardziej lżejszy, pomimo mijanych kilometrów i przebywających wciąż doświadczeń w tej podróży.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklamy

3 odpowiedzi na “Lustro”

Komentarze nie są moderowane. Masz inne zdanie? To nie kółko wzajemnej adoracji. Wal śmiało. Chcesz coś dodać?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.