Refleksje nad butelką oleju

Kiedy zaczęłam moją drogę świadomego żywienia, na samym jej początku, oboje z mężem zwróciliśmy uwagę na stosowane przez nas oleje. Wiadomo, to produkt dość często używany. Chcieliśmy spożywać wartościowe oleje. Chcemy przecież dbać o nasze zdrowie… Wyczytaliśmy, że najzdrowsze są ryżowe i kokosowe, ze względu na wysoką temperaturę dymienia. Wiele źródeł o tym informowało. Na najczęściej przeze mnie odwiedzanych stronach kulinarnych, wśród składników jest olej kokosowy, jako ten najczęściej polecany. Olej kokosowy stał się modny, wszędzie dostępny i …niezbyt tani. Zgłębiając jednak dalej temat, jakiś czas temu wpadł mi w oko artykuł, w którym było napisane, że olej kokosowy wcale nie jest taki znowu zdrowy. Jednak wszelkie próby zrozumienia i zgłębienia tematu sprawiły, że się zwyczajnie pogubiłam. Nie jestem z wykształcenia biologiem czy chemikiem. Terminologie były niezbyt zrozumiałe, znajomość wszelkich kwasów nikła, a nikt nie pisał tak zwyczajnie, po ludzku, dla tych „ mniej kumatych”. Jedni mówili, że jakieś tam kwasy są potrzebne, inni, że nie. Szkodzą, nie szkodzą. Co strona, to inna rozmowa i różne wnioski. Nie bardzo wiedziałam, kogo słuchać. Zgubiłam się w tym wszystkim już na samym początku. Tymczasem sprawa okazała się prosta, przynajmniej dla mnie. Znów wszystko stało się kwestią odpowiednich pytań… Najwidoczniej dziś samo pojęcie „zdrowa żywność” nie jest znowu tak jednoznaczne i oczywiste, skoro na sklepowych półkach z takim napisem, goszczą dla przykładu, choćby takie słodziki fruktozowe .

Dawno temu wpadła mi w ręce książka „Antyrak. Nowy styl życia”, której autorem jest dr. David Servan-Schreiber. Przyznam, że ta książka była takim pierwszym, ledwo widocznym jeszcze, impulsem do zmian żywieniowych. Przypomniałam sobie, co tam wyczytałam. Mianowicie, jak ważny dla naszego zdrowia jest wyważony stosunek kwasów omega. Dziś, w diecie przeciętnego człowieka najwięcej jest kwasów omega 6 (działanie pro-zapalne), w które obfitują produkty sklepowe. Spożywamy ich wręcz za dużo. Problem jest z kwasami omega 3, które mają działanie przeciwzapalne. Te już tak ogólnodostępne nie są. Szanse na równowagę w stosunku kwasów omega 3 do 6 są mocno nierówne w czasach, w których królują chipsy, olej słonecznikowy (na którym często smaży się co niedziela mielone czy schabowe), słodycze i biały cukier lub też bardzo popularne jedzenie typu „fast food”. W czasach, kiedy nawet na półce ze zdrową żywnością znajduję rzeczy kompletnie niezdrowe. W czasach, kiedy każdy skład produktu trzeba dziś rozbierać na czynniki pierwsze i dokładnie sprawdzać, nie sugerując się etykietką „bio”, „eko” czy zdrowa żywność”. W czasach, kiedy nawet rolnictwo ekologiczne nie jest gwarancją zdrowia, co życie już nam udowadniało. Zaczęłam więc szukać i spisywać w moim notatniku zielarskim proporcje tych kwasów w różnych olejach. Co się okazało? Mianowicie to, że olej ryżowy owszem, kwasy omega 3 zawiera, jednak wartości te są zbyt niskie w stosunku do kwasów omega 6. Przeważają kwasy omega 6 i omega 9. Natomiast wartości kwasów omega 3 w oleju kokosowym są zerowe. Olej ten ma szereg zdrowotnych właściwości, to prawda, jednak brak tych kwasów najtrudniejszych do zdobycia a tak cennych, sprawia, że zaczynam się zastanawiać nad jego używaniem. Piszą niektórzy, że tylko olej kokosowy jest w stanie oprzeć się szkodom wyrządzonym przez tzw. smażenie kwasów omega 6, ze względu na wysoką temperaturę dymienia. Hmmm… Wiele źródeł podaje, iż to właśnie olej rzepakowy ma najwyższy punkt dymienia, bo 242 st (chociażby ta strona – Zdrowa dietetyka). Może wyjaśnijmy… Punkt dymienia, czyli najniższa temperatura, podczas której ogrzewany olej traci swoje właściwości i zaczyna nam szkodzić. Kogo więc słuchać? Jak nie wiadomo kogo, to chyba wolę siebie…  Swojej intuicji. Ze swojego doświadczenia powiem, że podczas używania tych wszystkich olejów, w tym też masła klarowanego, najmniej smrodu i dymu obserwuję na oleju rzepakowym. Jednak…

Rozumiem, że powinniśmy dążyć do ograniczenia w naszej diecie kwasów omega 6, tylko to nie jest takie proste, ze względu na liczebną przewagę. Nadmiar tych kwasów jest groźny dla zdrowia, ponieważ stymuluje stany zapalne, które mogą ciągnąć się latami. Skutkuje również szybszym starzeniem i wieloma chorobami, w tym układu krążenia. W w/w książce jest również informacja, że zwiększa zagrożenie chorobami nowotworowymi. Jednak tylko w nadmiarze. Nie ulega wątpliwości, że jest to kwas potrzebny dla organizmu i braki też są szkodliwe. Trzeba więc dbać o równowagę; ducha i ciała.

Z zebranych informacji wynika, że najwięcej kwasów omega 6 ze śladową ilością omega 3 i w związku z tym pierwsze miejsce, zajmuje olej słonecznikowy. Na drugim miejscu jest, zdaje się, olej z pestek winogron, który omega 3 nie ma w ogóle. Natomiast dawka omega 6 jest bardzo wysoka. Smażenie na tych olejach mocno szkodzi więc naszemu zdrowiu. Nawet oliwa z oliwek nie jest najlepszym przykładem zdrowej równowagi. Najlepszym jej przykładem jest olej lniany, ponieważ kwasów omega 3 ma więcej niż omega 6, jednak stosuje się go wyłącznie na zimno. Nie nadaje się do smażenia. Olej z konopi również jest super, ze stosunkiem 3:1 (omega 6 : omega 3), jednak również wyłącznie do spożywania na zimno. Smażenie jest ogólnie nie polecane ze względu na szkodliwe tłuszcze trans, które podobno powstają podczas, jak to ktoś fajnie gdzieś ujął, „smażenia kwasów omega 6”. Celowo nie podaję tu dokładnych cyfr, tabeli, wykresów, bo nie o to tu chodzi. W każdej takiej tabeli, taki stosunek omega 6:3 delikatnie się różni. W jednej jest 115:0 (olej z pestek winogron), w innej jest 130:0, jednak meritum sprawy pozostaje bez zmian. Wniosek jest oczywisty i drobne wahania w liczbach nie mają zbytnio wpływu  na wynik. Te wiadomości każdy może znaleźć w internecie, jeśli wie, czego szuka. Nie jestem specem w tej dziecinie i nie zamierzam pisać tutaj kolejnej pracy naukowej czy udawać kogoś, kto pozjadał na ten temat wszelkie rozumy i zna tę prawdę jedyną. Sygnalizuję jedynie temat, dzielę się swoimi watpliwościami. Układam sobie te wiadomości we własnej głowie. Najbardziej prosto, jak to tylko możliwe. Reasumuję i wyciągam własne wnioski. Oswajam sobie ten świat, nawet podczas czynności, zdawałoby się tak błahej, jaką jest wybór oleju. Dokładne informacje każdy sam sobie znajdzie i samodzielnego wyboru dokona.

Kilka lat temu lekarz zlecił mi przyjmowanie preparatu z kwasami omega 3-6-9.  Konkretna dawka, chyba dość spora, jednak w normie, z tego co czytałam na ulotce. Po tygodniu chyba (w każdym razie dość szybko), odezwał się żołądek. Potem nawracały mi stany podgorączkowe, z niewiadomych przyczyn. Wróciłam do tego lekarza, właśnie z podwyższoną temperaturą i zapytałam czy przyczyną może być ten preparat. Nie, absolutnie – usłyszałam. Jak to zwykle jednak ze mną bywa, odstawiłam go sama. Po jakimś czasie temperatura wróciła do normy, żołądek się uspokoił. Przypadek? Przyjmowałam spore dawki kwasu omega 6, które w nadmiarze szkodzą. W pastylkach i dodatkowo w pokarmach.

Reasumując, wychodzi na to, że zostajemy przy naszym starym znajomym, rafinowanym oleju rzepakowym. Rezygnujemy ze smażenia w najwyższych temperaturach, bo tak naprawdę nie jest to konieczne dla nas.  Potrawy, które robimy, nie wymagają najwyższych temperatur. Zwykle ogień ledwie się tli. Unikamy smażenia, jeśli jest taka możliwość. A do sałatek, nierafinowany olej lniany lub olej z konopi. I nie rzucamy się, jak pies na kości, na wszystkie nowości z napisem „zdrowa żywność”. Swoją drogą, moi dziadkowie i ich pokolenie, jedli kompletnie niezdrowo (według dzisiejszego stanu wiedzy), a żyli długo.  Mieli mniejsze lub większe problemy, ale dożywali sędziwego wieku. Wczorajszego poranka, nasza wieś pożegnała mieszkańca w pięknym wieku 96 lat. Na początku roku zmarł mój sąsiad w wieku 93 lat. Jak mawiał, do lekarzy nie chodził. Wielu z tych staruszków jadło, co było, co można było dostać lub co wyrosło w polu lub wyhodowało się w chlewie. To były przecież ciężkie, wojenne i powojenne czasy.

Jako ciekawostkę podam, że wyczytałam gdzieś, iż kwasy omega (w tym nawet omega 3) spożywane w postaci pastylek również stwarzają zagrożenie nowotworowe i najlepiej spożywać je w postaci naturalnej, nie syntetycznej. Mam mieszane uczucia co do tego wszystkiego i ciągle jeszcze mętlik w głowie. Nie jestem pewna, czy iść z duchem czasu i być na bieżąco z  najnowszymi badaniami, skoro to wszystko tak się szybko zmienia. Jeszcze niedawno było coś najzdrowsze, po czym okazuje się, że jednak nie, bo „najnowsze badania dowodzą”…. Cóż… Mówiłam, że życie to choroba śmiertelna… Wygląda na to, że to samo życie jest najbardziej szkodliwe. Czy dam radę zapewnić organizmowi wszystkie składniki w naturalnej postaci? Niektórych nie, przynajmniej taki jest stan na dziś. Chyba, że znajdę sposób na zdobycie roślinnego odpowiednika witaminy B12 (a podobno jest coś takiego i nazywa się Ashitaba). Mogę się tylko postarać i zrobić wszystko, co w mojej mocy. A nawet gdyby udało mi się zrobić absolutnie wszystko, spełnić absolutnie wszystkie wymogi zdrowia (choć nie wiem czy to realne), to i tak nie daje mi to żadnych gwarancji… Są ludzie, co odżywiają się zdrowo, uprawiają sporty i umierają młodo. I tacy, co jedzą byle co, a z braku laku piją denaturat, tudzież inne procenty zamiast herbaty na śniadanie i żyją, żyją… Gwarancji nie ma i nie będzie.

Wniosek z tego taki, że tak naprawdę trudno ocenić co jest dobre, a co złe. Wygląda na to, że o zdrowiu wiele się mówi, ale nikt tego jeszcze nie widział. A to, co widział, to jedynie perspektywa. Moim wyborem jest więc nadal droga środka i nie popadanie ze skrajności w skrajność. Znaleźć własną równowagę nawet wtedy, jeśli jedynym wyborem wydaje się być wybór mniejszego zła. Droga środka to najlepsze dla mnie lekarstwo na wiele wątpliwości. Być może za jakiś czas znów okaże się, że to, co dziś jest zdrowe, już takim nie będzie. Czy może się okazać, że źle wybrałam, źle zdecydowałam? Oczywiście. Ciągle powtarzam, że pojęcie dobra i zła jest względne. „Nie wiem”, wydaje się być najlepszą odpowiedzią.

Przytoczę tu cytat z innego postu. Słowa, które teraz, w tym momencie są dla mnie ważne i są jakby odpowiedzią na powstałe pytania:

„Kiedy mówimy o dobrym życiu, rozpatrując je ze zwykłego, uwarunkowanego punktu widzenia, uważamy, że nam się powiodło. Czujemy, że jesteśmy «dobrymi ludźmi». Mamy wiele zalet, cieszymy się spokojem i nie dajemy się wytrącić z równowagi, kiedy zamierzają się na nas wrogowie. Należymy do tych, którzy wiedzą, co należy zrobić, aby przemienić strzałę w kwiat. Tak dobrze czujemy się sami ze sobą…. W końcu udało nam się powiązać wszystkie końce. Jesteśmy szczęśliwi. Wydaje nam się, że na tym właśnie polega życie. Sądzimy, że gdybyśmy tylko wystarczająco często medytowali czy uprawiali jogging lub gdybyśmy właściwie się odżywiali, wszystko byłoby idealnie. Ale z punktu widzenia istoty oświeconej jest to „śmierć”. Poszukiwanie bezpieczeństwa lub doskonałości, odnajdywanie poczucia potwierdzenia i stabilizacji, pewności siebie i wygody, jest swego rodzaju śmiercią. Brakuje w tym świeżego powietrza. Nie ma przestrzeni, w której coś niespodziewanego mogłoby nagle pojawić się i zmienić wszystko. Kontrolując swoje życie, zabijamy chwilę obecną. W ten sposób narażamy się na klęskę, bo wcześniej czy później doświadczymy czegoś, na co nie będziemy mieli wpływu: spali się nasz dom, umrze ktoś, kogo kochamy, dowiemy się, że mamy raka, spadnie nam na głowę cegła, ktoś wyleje sok pomidorowy na nasz biały garnitur albo pójdziemy do swojej ulubionej restauracji i okaże się, że karta dań świeci pustką, a na sali siedzi siedemset osób. Życie jest wyzwaniem i właśnie to stanowi jego istotę. Czasem jest słodkie, a czasem gorzkie. Raz nasze ciało jest spięte, innym razem odprężone. Czasem boli nas głowa, innym razem czujemy się zupełnie zdrowi” – Pema Cziedryn.

Tak, życie jest wyzwaniem i ja go podejmuję. Nie wiem, czy wybór taki, a nie inny jest dobry lub zły. Nie ma sensu, abym to oceniała. Chcę stworzyć przestrzeń na to „niespodziewane”, które tak, czy siak może przyjść, bez względu na wszystko. Bez względu na to czy coś ocenię, czy nie.

Reklamy

One Reply to “Refleksje nad butelką oleju”

  1. Cześć Anitko
    ja to idę na tzw. czuja… nie ma jak swój wewnętrzny głos…bo jak zacznę czytać opinie co to zdrowe a co nie… to fioła dostaję od nadmiaru wiedzy… niekoniecznie pożądanej
    ściskam mocno
    ps. używam oleje: słonecznikowy, lniany, kokosowy, rzepakowy 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s