Ścieżki zgody

Okres wczesnej wiosny i czas obecny jest bardzo pracowity chyba dla każdego ogrodnika. Stąd wynika moja nieobecność na blogu. Jednak ta nieobecność nie oznacza braku pracy i wglądu. To niezmiennie trwa, nawet podczas pracy w ogrodzie. Ogród, tak jak i natura mnie otaczająca, też jest moją lekcją. Wydeptując różne ścieżki w moim ogrodzie, uczę się akceptacji, zgody ze sobą i Matką Naturą.

Nigdy nie zamierzałam walczyć z Matką Naturą. Cokolwiek robiłam, starałam się pamiętać o tej akceptacji, choćby było to tworzeniem nowych rabatek w ogrodzie. Słońce daje mi siłę i energię. Jest jakby moim żywiołem. Jak moje roślinki, odżywam wraz z wiosną i słońcem. Kamień jest ściśle związany z moją duszą. Jest jakby moim amuletem, z tą różnicą, że trzymam go w  ogrodzie. Taki zwykły, prosty kamień polny. Naturalny i prosty, nie cięty i nie przerabiany przez człowieka. Swoją osobowość próbuję wyrazić w moim ogrodzie. Uczę się akceptacji, dostosowując się do aktualnych warunków klimatycznych. Tam, gdzie są miejsca mokre i wilgotne, sadzę rośliny, które lubią takie warunki. Tak, jak choćby to problemowe miejsce, które bez opadów wysycha na twardą skorupę, a podczas długich opadów pływa.

Różnie z tym bywało na początku, ale po kilku latach idzie mi coraz lepiej. W upały podlewam to miejsce bardzo mocno, codziennie. W ulewy odprowadzam nadmiar wody taką prowizoryczną studzienką, własnej roboty, z tego, co znalazłam w ogrodzie. Nie zmieniam, lecz dostosowuję.

Po ostatnich zmianach nasadzeniowych rośliny pozytywnie przeszły testy powodziowe, ucierpiały natomiast odrobinę po przymrozkach. Miejsca podniesione i bardziej suche stały się skalniakami, gdzie króluje kamień. Takie miejsca żyją już swoim życiem. To miejsce takie jest, wilgotne, momentami podmokłe, czasem wysychające na kamień, z ziemią gliniastą. Wieś leży w dołku. Mogłabym pokusić się o przerabianie, zmianę warunków glebowych, aby móc sadzić rośliny kolekcjonerskie, bardziej delikatne i wrażliwe. Tylko po co? Walka z Naturą nie ma sensu. Czasem można wygrać, a czasem boleśnie dostać po tyłku, tracąc większość nasadzeń, kiedy przychodzi taka wiosna jak w tym roku. Po ostatnich doświadczeniach zrozumiałam, że muszę zaakceptować to, co jest i dostosować się, w miarę możliwości. Dostosować, nie znaczy zapuścić i nic nie robić, zostawiając pracę samej Matce Naturze. Jedynym miejscem, gdzie musiałam wymienić glebę był podjazd, który dosłownie pływał, a woda zatrzymywała się na wierzchniej warstwie gliny. Musiałam dostosować to miejsce do stanu używalności. Tak, by kolejne powodzie pozwalały na wjechanie auta. Jednak żadne kostki nie wchodzą w rachubę. Robić tylko to, co konieczne, takie są zamierzenia. Kostka nie jest koniecznością, a zbytkiem, w moim pojęciu i wcale nie takim znowu ładnym. No, może kiedyś pokuszę się o ułożenie bruku, z polnych kamieni oczywiście. W dalszym ciągu pracuję nad rozbudową ogrodu, aby nie spędzać godzin na koszeniu trawy, ani także na pieleniu rabatek, jednak już wiem w jakim kierunku chcę pójść. Chcę, by ten ogród był spójny ze mną, czyli prosty i jak najbardziej naturalny, na ile to możliwe. Nie zapuszczony, zaniedbany, z zielskiem do pasa, pozostawiony wyłącznie Matce Naturze. Na zasadzie współpracy, jednak bez wielkich i skrajnych zmian Jej zamierzeń. Naturalny, jednak w miarę bezpieczny dla jego domowników. By z biegnącym czasem, pracy było w nim coraz mniej. Takie, by żyło swoim życiem właśnie, z mnogością bylin, które dadzą tu radę. Pomimo, iż na początku,  wymaga to sporej pracy. Jednak kocham tę robotę.

Zrozumiałam, że wszystko dookoła jest moją lekcją i ze wszystkiego mogę się uczyć. Ogród bardzo pomógł mi zyskać inne spojrzenie także na człowieka. Poniekąd też dlatego zdecydowałam się pokazać na forum ogrodniczym moje miejsce na ziemi i założyć własny wątek. Na pewno nie jestem na forum ogrodniczym po to, aby podglądać cudze ogrody, by stosować się do jakichkolwiek kanonów ogrodniczych ani też dlatego, by szukać pomysłów. Mój ogród tworzę bardziej intuicyjnie i tym, co mi w duszy gra.  To miejsce uczy mnie raczej dystansu, głównie do samej siebie. Uczy zgody, zgody ze sobą i z naturą, a także w jakiś sposób pozwala obserwować tak siebie samą, jak i innych ludzi. Zauważyłam też, że to miejsce jest dobre, by znaleźć własne pytania (tu trzeba poczytać moje starsze wpisy, by wiedzieć o co chodzi).

Takiej zgody uczą mnie także moje zioła. Od tego zaczęła się moja ścieżka zdrowia. Od ziół, potem od podjęcia próby ich uprawy, by przejść do zdrowego żywienia i zmiany świadomości również na tym polu. Idę dalej tą drogą. Poczyniłam kolejne kroki i zrobiłam swoją pierwszą maść żywokostową. Z przepisu Małgorzaty Kaczmarczyk.Nie chcę na tym poprzestać. Marzą mi się także własne kosmetyki. Mam bardzo wrażliwą i problemową skórę i niezmiernie trudno jest mi znaleźć idealny krem do twarzy. Może to jest ten czas, by zrobić go we własnym zakresie? To wszystko wymaga czasu, jest pracochłonne. Jednak, jako osoba niepracująca zawodowo, mogę sobie na to pozwolić, nie żyjąc przy tym szybciej. Doba ma godzin tyle samo dla wszystkich i rozciągnąć się nie da, dlatego moje wybory są takie, a nie inne. Chcę umiejętnie korzystać z tych godzin, jakie dostaję od życia każdego dnia. Nie w pośpiechu, próbując rozciągać dobę, by pogodzić nadmiar obowiązków, ale godząc się, akceptując to, co jest. Dokonując dla siebie samej dobrych wyborów, w zgodzie ze sobą.

Ostatnio ludzie komentują kwestię koloru moich włosów. Skronie przeplecione są już kolorem siwym, bo mam ciemne włosy, więc szybciej siwieją. Pytają się mnie dlaczego nie farbuję.

– „W takim wieku i nie farbujesz?”

Otóż nigdy nie farbowałam włosów farbą trwałą. To jest mój świadomy wybór i na pewno nie dla samego kaprysu,  czy dlatego, by być oryginalną. Choć oczywiście sam fakt, że się wyróżniam siwymi włosami, mi osobiście wcale nie przeszkadza, jednak nie to jest powodem. Zdarzyło mi się koloryzować włosy, ale tego także również zaprzestałam. To świadomy wybór unikania wszelkiej chemii. A czy to farby, czy szampony koloryzujące lub nawet farby naturalne, z samą naturą wszystkie mają mało wspólnego. Natura, to w tym wypadku to, co mam na głowie, czyli także te siwe pasemka. Lubię je. Wyrażają moją osobowość, moją naturę i to, jaka jestem. Mogę zadbać o nie, wybierając dobry szampon, jak najbardziej naturalny, bez szkodliwych środków lub odżywkę, a może zrobić je własnoręcznie (mam wtedy pewność co kładę na włosy). I to wszystko, czego moje włosy potrzebują. Więcej chemii niż tą, jaką w tych kupowanych szamponach przemycają, już nie trzeba. To aż nadto. Mam zdrowe, gęste włosy, więc po co niszczyć? Ukrywać swój wiek? Po co? Pozować na kogoś innego, niż jestem? Że niby mam być piękniejsza z tymi pomalowanymi pazurami, grubą tapetą na buzi i farbą na włosach? Cóż, mam inne pojmowanie piękna. Będę więc piękna inaczej.

Nie ufarbuję włosów i basta!

Zmieniam swoje życie tak pod każdym względem. Chcę żyć w zgodzie ze sobą i Matką Naturą. W miarę możliwości produkować własne kosmetyki czy ziołowe mikstury. Uprawiać i zbierać zioła. Czytać etykietki produktów kupowanych w sklepach. Nauczyć się zdrowego i świadomego odżywiania, choć wbrew pozorom, to wcale nie jest tanie. Żyć świadomie i takich też dokonywać wyborów. Każdego dnia, w rzeczach najważniejszych, mniej ważnych, czy też zdawałoby się nieważnych. Każda chwila teraźniejsza jest tą najważniejszą, choćby zajmowały ją zupełnie błahe i nieważne sprawy. Choćby chodziło tylko o zmywanie garów czy leżenie w letni poranek na hamaku i robienie niczego. W ogólnym rozrachunku wszystko jest ważne, tylko nam się wydaje coś nieważnym. To tylko nasze postrzeganie i nasza perspektywa.

Najfajniejsze jest to, że mam pełne wsparcie najbliższej mi osoby, która wraz ze mną idzie tą ścieżką świadomości, w zakupach, odżywianiu, nawet w ogrodzie. Do niczego nie zmuszany. Czasem sam jest pomysłodawcą i podpowiada mi mnóstwo ciekawych rzeczy. Razem ze mną nie je cukru, mięsa. Czasem sam z siebie zastępuje mąkę pszenną mieszankami bezglutenowymi. Sam szuka wegańskich przepisów i nowości. Razem ze mną nie je pszennego pieczywa i mobilizuje do dalszych zmian (pomysł wyrabiania kosmetyków jest jego pomysłem). Jest to duże ułatwienie, nie ukrywam i większa mobilizacja. Nikogo z domowników do tych zmian nie zmuszamy. Dzieciom pozwalamy iść własną drogą, także kulinarną. Tłumaczymy dlaczego tak, nie inaczej. Wybór jednak zostawiamy im. Mamy jednak nadzieję, że kiedyś dziewczyny dołączą do nas, skorzystają ze ścieżek wydeptanych przez nas i czasem spotkamy się na tym samym szlaku.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s