Bo wszystko zaczyna się od pierwszego kroku…

„Od jutra przechodzę na dietę” – taką przed laty podjęłam decyzję. W diecie niełączenia utrzymałam się przez jakiś czas i nawet osiągnęłam niezłe wyniki. Dieta ta działa, jeśli chodzi o odchudzanie. Chciałam, by ta dieta już ze mną została. Chciałam trwałych zmian, by stała się ona moim sposobem na życie, jednak nie umiałam się za to zabrać jak trzeba. Dieta, jak się pojawiła, tak zniknęła. Nie miała solidnych podstaw, nie miała fundamentu. Dziś już, ten efekt w postaci chudnięcia, nie jest dla mnie ważny. Stał się raczej efektem ubocznym. Priorytety już są inne.

Jakiś czas temu zrozumiałam, że dopóki coś nazywam dietą, dopóty nie ma mowy o trwałych zmianach.  Chodzi o słowo „dieta” ujęte w rozumieniu potocznym, ogólnie przyjętym, nie do końca prawidłowym. O granice wytyczone w każdej diecie; „tego nie wolno” i w związku z tym, brak czasem świadomości, brak wnikania głębszego. Motywacja w dochodzeniu do świadomości ma tu również niebagatelne znaczenie. Sama świadomość w stylu życia i sposobie odżywiania jest priorytetem.

Czasem, kiedy szukam w necie różnych przepisów czy tak zwanego natchnienia kulinarnego, spotykam się z określeniem „dieta wegetariańska”, „dieta wegańska”. Powstaje we mnie wtedy jakiś dysonans. Nie mogę zgodzić się z tym, że wegetarianizm jest dietą. Przynajmniej dla mnie, od samego początku tym nie był. Jest raczej sposobem na życie. Zmiana ta dokonywała się powoli i zupełnie naturalnie. Nie było już żadnego „od jutra”.  Zastąpiło je określenie „kiedy będę gotowa”. Pierwszy wegetariański obiad był dla mnie samej prawdziwym zaskoczeniem. I słowa męża, że „może byśmy jedli więcej warzyw”. Stopniowo odkrywałam bogactwo warzyw i owoców oraz sposoby na urozmaicone posiłki, aż całkiem odstawiłam mięso. I nie chodziło o schudnięcie, bo ta motywacja, jak dla mnie, nie jest właściwa i długofalowa, trwała. Nigdy nie stawiałam sobie w tej kwestii żadnych granic. Nie było czegoś takiego, że tego nie zjem, bo mi nie wolno. Jak chciałam zjeść kanapkę z mięsem, to jadłam. Zupełnie naturalnie odstawiłam też białe pieczywo. Jednak nie było i nie ma rzeczy zakazanych. Jeśli bardzo chciałam zjeść pszenną bułkę czy kawałek ciasta, to jadłam, bez żadnych wyrzutów. Wiedziałam, że mój organizm musi dojrzewać powoli. Musi być gotowy. Wszystko jest tylko moim wyborem. Sama zdecydowałam, że jednak nie chcę jeść białego cukru, bo szkodzi mi na moje chore stawy. Z tego właśnie powodu zrezygnowałam z pieczywa na drożdżach, bo te lubią cukier. Wiem, że całkiem pozbyć się cukru będzie trudne, bo dodają niemal do wszystkiego, ale ograniczam, jak tylko mogę. Najważniejsze jest, kiedy każda zmiana odbywa się stopniowo, powoli, bez granic. Do czasu, aż organizm sam powie „właściwie, to mi się tego nie chce”. Nie trzymam się żadnych wytyczonych zasad. Słucham mojego organizmu. Jeśli bardzo potrzebuję czegoś słodkiego, zjem kawałek najbardziej gorzkiej czekolady, jaką mogę kupić (staram się mieć gdzieś w zapasach) lub wypiję kawę rozpuszczalną zbożową posłodzoną ksylitolem (nie spodziewałam się, że kiedyś to polubię) czy upiekę ciasto bezglutenowe z dodatkiem ksylitolu. Z czasu skubnę również zwykłe ciasto, ale staram się bardzo rzadko i tylko w czasie, kiedy ból nie dokucza.

Obserwuję, że sposób żywienia łagodnie zmierza w kierunku weganizmu. Często małżonek znajduje wegańskie przepisy, które nam bardzo smakują i nie opieramy się przed tym jakoś specjalnie. Coraz mniej jem przetworów mlecznych czy nawet miodu, którego jadłam dość dużo, ze względu na nietolerancję cukru białego. Wraz z cukrem, ograniczam też gluten. I nie dlatego, że nie można, tylko dlatego, że zwyczajnie już czasem nie potrzebuję. Ze względów zdrowotnych również. Być może zapotrzebowanie na twaróg zmniejsza się z ilością zjadanego wędzonego tofu czy jarmużu, które na tę chwilę lubię bardziej niż twaróg. Jednak czasem zjem kanapkę z twarogiem. Jeśli organizm powie, że już nie potrzebuje, to przestanę.

Być może niektórzy podchodzą do tego w inny sposób, że tego nie wolno i nie jedzą, trzymając się sztywno wytyczonych ram konkretnej diety. Dla mnie osobiście jest to pomyłka, bo takim podejściem można jedynie zrobić sobie krzywdę. Pierwszy punkt z Mojego przewodnika, to nie przywiązywać się do żadnej teorii czy ideologii.

Od samego początku zauważyłam, że ludzie, dla których buddyzm jest sposobem na życie (podobnie jak dla mnie), są wegetarianami lub weganami. Na początku nie umiałam zmienić tej sfery w moim życiu. I wcale nie czułam, że muszę ją zmienić, bo inaczej buddystą nie będę mogła się nazwać. Wszystko we właściwym czasie. W zasadzie, to nie przepadam za takim określeniem i nie potrzebuję go jakoś specjalnie. Buddyzm pomógł mi najpierw stworzyć fundamenty, tak zwaną bazę, podstawy. Nauczył słuchać siebie. Nauczył wyczucia chwili, bycia na coś gotowym, nie spieszyć się, akceptować teraźniejszość i to, jaka jestem w danej chwili. To pozwoliło mi spokojnie dojrzeć do pewnych zmian w moim życiu, przechodząc przez nie stopniowo, powoli, bez pośpiechu. A one, te zmiany, cały czas następują. Im ciszej w moim sercu, tym więcej zmian, tym więcej gotowości. Na moje zdrowie ma wpływ nie tylko stan mojej duszy, ale także sposób żywienia. Zdaję sobie sprawę, że powinnam działać globalnie, dbając o każdą sferę; zarówno fizyczną, jak  i duchową. Powinnam zmieniać całe swoje życie, nie tylko jeden jego mały wycinek. Zmieniać to, co wymaga wielkiego wysiłku, ale i te błahe sprawy, nad którymi często się nawet nie pochylimy. A czasem to właśnie te błahe, zdaje się, że nieistotne  sprawy, jak te najmniejsze, ledwie widoczne nasionka, dokonują najpiękniejszych i czasem największych zmian. Najgorsze, co można dla siebie zrobić, to chcieć wszystko na już i tak zaczynać każdą zmianę. Podyktować sobie warunki i przekonywać siebie, że jest to dobre. Od jutra nie jem mięsa, zostaję wegetarianinem, weganinem, buddystą, czy kimkolwiek innym i w ogóle wszystko zmieniam od jutra. Rozpiska, reguły i według książki trach! Nie tędy droga. Przecież, gdybym próbowała się przekonać, że od jutra zostaję kulturystką czy profesorem matematyki, to byłoby to, co najmniej śmieszne. Na to składa się cały proces, który trzeba przejść. Każdy mały krok, który czasem ginie w globalnej ocenie, ale trzeba go wykonać. Bo od tych małych kroków się wszystko zaczyna. Nie można przeskoczyć pewnych rzeczy, ominąć. Niby niektórzy potrafią, ale czy w końcowej ocenie okaże się to dla nich dobre, to już osobna kwestia.

Mój reumatolog mówi, że nic mu nie wiadomo na ten temat, że cukier szkodzi na stawy. Moje doświadczenie mówi mi co innego. Inni lekarze zgodnie twierdzą, że praca w ogrodzie szkodzi na mój kręgosłup i powinnam zaprzestać tej pracy. Natomiast moje doświadczenie znów jest inne. Dzięki tej pracy odżyłam i stałam się sprawniejsza, a ogród dostosowuje do własnych możliwości. Gdyby nie ogród, byłabym w gorszym stanie (bo już byłam). I stanowczo twierdzę, że wole umrzeć spracowana w zagonkach niż zesztywnieć na kanapie. Uwielbiam naleśniki. Czy rezygnując z mąki pszennej i mleka muszę zrezygnować z naleśników? Nie. Razem z mężem robimy naleśniki bezglutenowe. Mieszamy różne rodzaje mąk, mieląc kasze czy ryż. Moje zawsze wychodzą inaczej, bo lubię eksperymenty, wszystko robiąc „na oko” i tworząc mieszanki w różnych stosunkach procentowych. Na samej wodzie też wychodzą pyszne, a dziś do wody dodałam mleczko kokosowe. Dotąd nie zdawałam sobie sprawy, ile bogactwa na mnie czeka po odstawieniu mięsa. Wystarczy ruszyć głową i przełamać schematy. Przez większość życia nie zwracałam uwagi na czym smażę potrawy. Jakiś olej w dobrej cenie, cokolwiek. Nie patrzyłam na skład gotowego cappuccino, które uwielbiałam. A przecież zdobycie tej wiedzy nie jest jakoś specjalnie skomplikowaną sprawą. Nie lubiłam nigdy ćwiczyć, choć ze względu na takie problemy a nie inne, ruszać się muszę. Cóż poradzić…  Jednak znalazłam coś, co świetnie działa na mój organizm i także na moje wnętrze, na duszę: Tai Chi Qigong Shibashi. Takie połączenie medytacji i ruchu. Ćwiczenia powolne, nie nadwyrężające, zwłaszcza organizmu człowieka chorego.

Pewna czytelniczka mojego bloga zapytała się mnie w mailu, jak zacząć zmieniać swoje życie, jak postawić pierwszy krok. Otóż właśnie tak, jak piszę, zaczynając od błahych spraw. Od świadomych wyborów, choćby tego oleju do smażenia czy sprawdzenia składu kupowanego produktu. Od pamiętania, żeby każdy dzień zaczynać od szklanki przegotowanej ciepłej wody. Od zamiany czarnej herbaty na zieloną czy czerwoną. Od uważności każdego dnia i akceptacji. Od uśmiechu, kiedy wychodzę na słońce. Od tych małych rzeczy, małych czasem nieporadnych, ale jakże ważnych kroków, od małych cegiełek, nie próbując zbudować Rzymu w jeden dzień.

A zwłaszcza od gotowości, by postawić kolejny krok…

Reklamy

3 Replies to “Bo wszystko zaczyna się od pierwszego kroku…”

  1. Od tygodnia nie jadłam mięsa; ograniczam;
    ostatnio jadę na sałacie i fajnie mi z tym; czekam na warzywka z ogrodu… może się doczekam
    buddyzm też mi pasuje pod wieloma względami
    pozdrawiam Anitko 🙂

Komentarze nie są moderowane. To nie kółko wzajemnej adoracji. Pamiętaj tylko, że Twoja wypowiedź świadczy o Tobie, nie o mnie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s