Słowa

Don’t come easy…

Tam, gdzie są ludzie, tam są słowa. Gdzie są słowa, tam bywa też agresja. Ile bowiem ludzi, tyle rzeczywistości i walka na argumenty wydaje się być nieunikniona. Dlaczego jednak czasem tak głęboko wchodzą w nas czyjeś słowa? Dlaczego czasem ktoś poczuje się mocno urażony? Dlaczego czuje smutek, żal, złość?

Miałam do czynienia z różnymi rodzajami agresji. Przez wiele lat reagowałam na nią przyjmując rolę ofiary. Czyjeś słowa raniły do szpiku kości, wnikając głęboko w człowieka. Trafiały centralnie. Powodem tego był brak pewności siebie i własnej wartości. W miarę upływu czasu i zmian, jakie on poczynił,  czyjeś słowa nie wnikały już głęboko, a naruszały jedynie moją warstwę wierzchnią. Na tym poziomie często jednak patrzy się na agresora przez pryzmat tego, czasem jednego i błahego, wydarzenia, spięcia i trudno jest potem otworzyć się na tego człowieka. Przemyślenie i wybaczenie przychodzi po jakimś czasie. Najpiękniejsze i najbardziej świadome są takie chwile, kiedy czyjeś słowa nie dotykają, nie wnikają, nie drażnią, nie bolą. Kiedy potrafię się do nich zdystansować. Kiedy żadne słowa nie są w stanie zburzyć mojego spokoju wewnętrznego. Kiedy on trwa, niezależnie od słów; gorzkich czy słodkich. Kiedy wnętrze jest niezmienne, niezależne od tego, co na zewnątrz. Kiedy nie mam czego wybaczać. Kiedy nie biorę do siebie cudzych słów, bo rozumiem mechanizmy ataku i jego powody. Poczucie własnej wartości jest tutaj jakby takim parasolem ochronnym, powłoką nieprzepuszczalną. Nad utrzymaniem tego parasola należy jednak pracować. To nie jest tak, że jest i koniec naszych wysiłków. Zawieje silniejszy wiatr i możemy go nie utrzymać. Praca nad sobą trwa nieustannie, aż do śmierci. Zwykle może nam się udawać, a czasem mamy z tym problemy i ktoś naruszy naszą wierzchnią warstwę. Nie jest to żaden powód, by czynić sobie wyrzuty.

Jeżeli coś dotyka cię, znaczy: dotyczy cię. Jeżeliby nie dotyczyło cię – nie dotykałoby cię, nie zrażało, nie obrażało, nie drażniło, nie kłuło, nie raniło. Jeżeli bronisz się, znaczy: czujesz się atakowany. Jeżeli czujesz się atakowany, znaczy: jesteś celnie trafiony. Miej to na uwadze.

To są bardzo ważne słowa, które wypowiedział Edward Stachura. I miał tu wiele racji, choć wiem, jakie uczucia mogą wzbudzać, szczególnie kiedy dotyczą nas samych. Warto wtedy pochylić się nad własnymi emocjami w reakcji na czyjeś słowa. Zamiast walczyć o moje racje, wolę zastanowić się nad sobą, dlaczego poczułam się urażona lub smutna, skąd we mnie takie emocje. Nie oceniać ani siebie, ani kogoś. Nawet odejść na chwilę, aby stanąć z boku, wejść w rolę obserwatora, spojrzeć na chłodno, z dystansu. Może dlatego coraz trudniej jest się ze mną pokłócić. Mąż zaczyna narzekać, że nawet nie ma kiedy się pogodzić… Moim „agresorom” wydaje się, że poległam na polu bitwy, bo czasem nie wyciągam własnych argumentów na wierzch, nie walczę o własne zdanie. Czasem próbuje się mnie na siłę wciągać w polemiki i wymóc na mnie konkretne argumenty.

– A argumenty? No dawaj! Nie masz? A widzisz! Bo nie masz racji!

A ja zwyczajnie nie pozwalam się wciągnąć w sidła. To, że nie odbijam piłeczki, nie znaczy, że nie mam racji. Nie znaczy też, że ją mam. W ogóle nie o czyjekolwiek racje tu chodzi, przynajmniej dla mnie. Nawet, jeśli mam własne, odmienne zdanie, to nie widzę sensu, by brać udział w jakichkolwiek „walkach” na argumenty. Przestałam dostrzegać sens podejmowania rzucanej rękawicy. Jestem taką osobą, która nie umie brać udziału w dyskusjach „na żywo”. Po prostu. To kwestia charakteru, osobowości. Potrzebuję zwykle czasu, by coś przemyśleć, nie wyciągam słów jak z karabinu maszynowego. Nie zawsze mam odpowiedź „na już”. Nie jestem dobra w układaniu warstw na torcie (twoje racje – moje racje). Kiedyś było to powodem gorszego poczucia własnej wartości. Zwłaszcza, kiedy widziałam innych, którzy byli jak zawodowi żołnierze na polu walki, mając pełen magazynek celnych ripost. Dziś przyznam, że ta umiejętność do niczego nie jest mi potrzebna. Nie jest mi z tym również specjalnie źle, choć często rozmówcy czują się wygrani, podczas gdy z mojej strony nie było żadnej walki. A niech sobie będą, jeśli im z tym lepiej. Nie zależy mi na tym, żeby moja warstwa była wyżej. Nie zależy mi na przekonaniu do swoich racji, bo to nie ma sensu. I absolutnie nie jest dla mnie ważne, jak jestem postrzegana. Można być mega błyskotliwym, niezwykle oczytanym, mega inteligentnym, co niekoniecznie przełoży się na mądrość. Nie muszę mieć IQ ponad normę. Musze wiedzieć to, co wiedzieć muszę. Brzmi jak masło maślane, ale tak jest, po prostu. To, co jest mi niezbędne do życia. A co wiedzieć muszę, życie mi pokazuje. Daje mi lekcje, które odrabiam. Nie zaśmiecam mojego wnętrza nadmiarowymi i niepotrzebnymi informacjami. Jeśli powinnam się o czymś dowiedzieć, to się dowiem.

„Wszechświat udzieli Ci takich lekcji, które będą najbardziej pomocne, byś mógł się stać najwspanialszą wersją samego siebie” – Ralph Smart.

Agresja bierze się również z tego, że nie umiemy słuchać, w tym głównie siebie. Bez tej umiejętności, nie nauczymy się również słuchać innych. Umysł, który strzela czasem słowami jak karabin maszynowy, nie skupia się na tym, co jest między słowami. Na tej przerwie, bez słów, bez wizualizacji. Zbyt dużo słów, zbyt mało wyciszenia, ciasnota w umyśle i karabin sam strzela, żeby zrobić miejsce, głównie na nowe słowa, niestety. I tak się karuzela kręci…

Kiedy poczuję się zaatakowana i urażona, to znaczy, że ktoś przekroczył moją granicę. A to oznacza, że ją stworzyłam. Stwarzając granice, muszę wiedzieć, że ktoś te granice może przekroczyć. Jeśli nie chcę, by tak się stało, lepiej nie stwarzać żadnych granic, to nie będzie nic do przekraczania. Wydaje się banalnie proste, jednak to tylko pozory. Wychwycić w sobie wszystko to, co czasem nieświadomie utworzyliśmy, jest bardzo trudno. Wymaga sporego wysiłku i nieustannej uważności. Czasem równie nieustannie popełnianych błędów. Jednak nie popełnia błędów ten, kto nic nie robi. Gdzieś w buddyjskich tekstach kiedyś przeczytałam, że mistrz to ktoś, kto popełnił w swoim życiu więcej błędów, niż uczeń podjął prób. Nie trzeba się ich bać. Trzeba je traktować jak lekcje i przerabiać na doświadczenie. Nie osądzać siebie negatywnie, jak czasem sami sobie nogę podstawimy. Potraktujmy to jak poranny dzwonek, który dzwoni, aby nas obudzić ze snu. Ile błędów już w życiu przerobiłam… Ile razy ten dzwonek już usłyszałam… Ile razy go nie słyszałam, bo nie wiedziałam, że trzeba słuchać. Nie byłam uważna.  A jak słyszałam, to nie wiedziałam z jakiego powodu on dzwoni. Nie wiedziałam, co z tym fantem zrobić. Wszystko jednak przyszło z czasem.

Walka na argumenty to dla mnie nic innego, jak stwarzanie oporu wewnętrznego w sobie. A czemu stawia się opór, to trwa. I stąd zwykle bierze się wszelka agresja. To są manipulacje naszego wybujałego ego. Opór nasila emocje takie jak gniew, złość, rozdrażnienie, irytację. Każda taka emocja jest jednak naszą lekcją do odrobienia. Taką ważną informacją, że musimy się sobie wtedy przyjrzeć, zbadać, zrozumieć. Same emocje nie są wcale złe. Niewłaściwe może być jedynie to, co my sami z nimi zrobimy. Czy jeszcze bardziej będziemy się opierać, zacietrzewiając się, czy może wybierzemy wolność, czyli poddanie się. Możemy mieć w sobie różną paletę emocji, nawet smutek lub złość i jednocześnie utrzymać spokój wewnętrzny. Warunek jest jeden, musi być on uświadomiony. Nie możemy stawiać oporu, a złość nas opuści.

A najgorsze, co można dla siebie uczynić, to za bardzo chcieć być od razu mistrzem. Chcieć być co najmniej tak dobrym, jak inni, albo i lepszym. Czasem nasza własna ambicja potrafi doprowadzić nas do pogubienia się i bywa naszym największym wrogiem. Każde pytanie dotyczące tego, ile nam brakuje do znalezienia się wśród tych „lepszych”, bardziej już świadomych, jest pytaniem nieodpowiednim, które prowadzi donikąd. Nie chodzi o to, by dojść do mistrzostwa, nie o to, by być najlepszym, a jedynie o to, by poznać siebie, zrozumieć i z uwagą stawiać każdy krok. Nie na wyobrażeniach, jak chciałabym siebie widzieć, a na rzeczywistości. To zrozumiałe, że ktoś może nie czuć się najlepiej będąc tym najsłabszym ogniwem (tu kłania się poczucie własnej wartości), jednak najważniejsze jest to, że sobie uświadomił swoje położenie, sytuację, rzeczywistość. To jest ten pierwszy, najważniejszy krok. Nie warto, moim zdaniem, oglądać się na innych, bo inni, to dla mnie żadna miara. To, że czasem jestem ostatnia na mecie, nie oznacza przecież, że jestem przegrana. To, że stoję z boku grupy, nie oznacza, że jestem osamotniona. To, że jestem inna, nie znaczy, że gorsza.

Zapisz

Zapisz

Reklamy

2 Replies to “Słowa”

  1. mądry post…
    ach te słowa … przyznam się bez bicia… że nie zawsze nad nimi panuję .. zwłaszcza przy obronie… bo raczej nie należę do tych co atakują
    pozdrawiam 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s