O bałaganie, ciszy i priorytetach…

Bardzo często jest tak, że napotkane gdzieś zdanie czy myśl, zainteresuje mnie i skłoni do własnych przemyśleń. Celowo nie podaję zwykle odnośników do tychże stron, ponieważ nie zależy mi na krytyce, a tylko na przedstawieniu mojego spojrzenia na daną kwestię. Dziś wpadła mi w oko dość znana i często powtarzana sentencja, że „bałagan w domu, to bałagan w życiu”. Czy zawsze tak jest, że jak mamy porządek w domu, to i w głowie też jest poukładane? 

Większość mojego życia nie potrafiłam opanować chaosu, który był wewnątrz mnie, więc robiłam to, co mogłam. Dbałam pedantycznie o porządek wokół mnie. Mój pokój w dzieciństwie zawsze był czysty i poukładany. W ten sposób niwelowałam sobie inny bałagan w życiu. Też kiedyś słyszałam o tym, że porządek w domu, to porządek w sercu. Usilnie trzymałam się tego, jak tonący brzytwy. Znacznie później, przy malutkich dzieciach, była to praca syzyfowa i niekończąca się. Niestety, to nie działało. I ta maksyma, jak i inne, z którymi się zetknęłam w przeszłości, robiła mi więcej krzywdy, niż pożytku, dlatego mówić o tym czuję się w obowiązku. Dziś jestem już inną osobą i inaczej na to patrzę, co nie znaczy, że nagle polubiłam bałagan. Można też rozmawiać długo i namiętnie o tym, czym dla kogo jest bałagan. Ile ludzi, tyle punktów widzenia. Najważniejsza dla mnie, w tym wszystkim, jest zawsze „droga środka” i ustawienie priorytetów. Robisz to, co konieczne w życiu, jednak stale rozsądzasz, co jest najważniejsze.

Życie mi pokazało, że można mieć bałagan w domu i porządek w głowie. Spotkałam osoby poukładane wewnętrznie, inteligentne i mądre, z nieładem wokół siebie. Spotkałam również ludzi pedantycznych, poukładanych, u których wszystko ma swoje miejsce, a w duszy wielki chaos, który próbują ukrywać przez porządek w domu i chyba udawać, że w duszy go nie ma, wypierając z siebie rzeczy niewygodne.

Widzę czasem piękne zdjęcie niemal idealnego wnętrza, jak z magazynu wnętrzarskiego lub pięciogwiazdkowego hotelu. Piękne wnętrze, tylko czasem takie…jakby brakowało w nich życia. Wnętrze, które równie dobrze mogłoby stać się obiektem muzealnym, tylko do oglądania, z tabliczką „nie dotykaj”. Tymczasem mieszkanie jest dla nas, nie my dla niego. Nie ma jednego klucza, nie ma jednej drogi i jednej prawdy. Nic nie jest albo czarne, albo białe… Nie można popadać ze skrajności w skrajność. Nie chodzi zarówno o to, by po własnym domu poruszać się spychaczem, jak i o to, by przeginać w drugą stronę z manią perfekcyjności. To wszystko zależy od tak wielu czynników, że wszelkie uogólnianie jest zwyczajnie krzywdzące. Jest przecież różnica między mieszkaniem w pojedynkę czy we dwójkę, a obecnością w domu dzieci; które są dziećmi, nie szeregowymi w wojsku. Każdy jest inny, każdy ma swoje preferencje i musimy się gdzieś tam, w jednym punkcie wspólnie spotkać, na zasadzie kompromisów, nie zabierając innym jednocześnie wolności.

Piękne wnętrza nie wprowadzają chaosu? Poprawiają ci nastrój, nie dekoncentrują?

Hmmm… Zapytam więc inaczej. Wiesz, jak to jest być w miejscu bardzo hałaśliwym, pełnym chaosu (wielkiego tłumu, krzyczących osób, zbyt wielu kontrastowych kolorów w jednym miejscu, od których aż bolą oczy – tu wstaw co chcesz) i zachować wtedy ciszę i spokój we własnym wnętrzu? O to właśnie chodzi, by spokój w tobie był stabilny, by nauczyć się utrzymywać tę ciszę wewnętrzną, niezależnie od czynników zewnętrznych. By w żaden sposób nie wpływały na ciebie czyjeś pochwały czy krytyka, bałagan czy porządek, a nawet faktyczny hałas. Bo szczęście i radość może być w nas, pomimo czynników niesprzyjających, niezależnie od nich i od tego, co jest na zewnątrz nas. Zwariowałabym, gdyby tak wszystko mnie dekoncentrowało, rozpraszało i wybijało z rytmu.

Myślę, że od idealnych wnętrz i perfekcjonizmu ważniejszy jest choćby człowiek. Tak inni, jak i my sami. Zawsze należy wyważyć priorytety i wybrać to ważniejsze.

Minimalizm, hasło dziś bardzo popularne, z tego co widzę. Minimalistyczne wnętrza są trendy.

Pusta przestrzeń, z jak najmniejszą ilością przedmiotów, jednak te, które są, mają cieszyć nasze oko, swoją barwą, kształtem, wprowadzać spokój i wywoływać w nas ciszę wewnętrzną, pozwalać się skupić. Taki minimalizm oznacza jak najmniejszą ilość przedmiotów wokół nas. Muszę przyznać, że kiedy czytam o takim minimalizmie, czuję wewnętrzny dysonans, jednak nigdzie nie mogłam znaleźć takiego podejścia do tematu, jaki ja czuję i jaki jest mi bliski. Ten post jest dla mnie wyjątkowo trudny, ponieważ samo ubieranie w słowa tego jest niezmiernie trudne. Bo jak ubrać w słowa coś, co jest „poza słowami”?

Dla mnie minimalizm jest w mojej głowie, w moim sercu, jest właśnie jakby poza słowami, poza rzeczami, a to, co zewnętrzne jest już mniej ważne. Mój minimalizm nazwałabym ciszą umysłu, to chyba najlepsze określenie. Nie jest moje, znalazłam je w tekstach Śri Aurobindo, indyjskiego filozofa. Mój minimalizm jest we mnie, nie na zewnątrz… Może dlatego tak modne dziś podejście do tematu, u mnie wywołuje niesmak. Nie podpiszę się pod tym. Nie znaczy to, że wydaję kasę na prawo i lewo, lubię zakupy i otaczanie się przedmiotami. Nie, wprost przeciwnie. Żyję skromnie i nie przykładam większej wagi do przedmiotów. Nie one są dla mnie ważne. Mam również szacunek do wydawanej kasy, co oznacza, że nie wyrzucę tak po prostu czegoś, co bardzo rzadko mi jest potrzebne, w imię minimalizmu i nie muszę obawiać się zagracenia przestrzeni wokół mnie, bo nie jestem typem zbieracza. Mój dom jednak znacznie odbiega od dzisiejszych trendów, bo do nich zwyczajnie nie dążę. Mam własne priorytety.

Od materialnych przedmiotów; ich obecności czy braku, znaczniej bardziej cenię naturę.  Wolę patrzeć na drzewo, na ćwierkające ptaszki, na tą trawę, która w niczym nie przypomina tej angielskiej. To określam jako piękno, nie rzeczy w mieszkaniu. A pusta przestrzeń wcale nie oznacza dla mnie tego, co jest wokół mnie… Dla mnie jest to coś między przepływającymi myślami. Ta pauza między jednym słowem a drugim. Ta cisza, która jest we mnie. Kiedy myśli przepływają, niezatrzymywane. W takiej chwili nic tej ciszy nie mąci, tak nadmiar czegoś jak i pustka…

„Wewnętrzny postęp i rozwój nie zależą od zewnętrznych warunków, a raczej od tego jak na nie z głębi reagujemy, było to zawsze stwierdzone duchowym doświadczeniem. Dlatego tak wielki kładziemy nacisk na właściwą wewnętrzną postawę i stałe jej utrzymywanie; na stan całej psychiki niezależny od żadnych zewnętrznych okoliczności, pełen spokoju i równej pogody, jeśli nas jeszcze nie stać na niezmąconą i trwałą radość; dlatego, podkreślam, iż ważnym jest by iść coraz bardziej w głąb siebie, i stamtąd patrzyć na wszystkie zjawiska, zamiast żyć na powierzchni, ową naturą która jest zawsze zdana na łaskę i niełaskę wstrząsów i ciosów życia. Tylko przy takim głębokim skupieniu wewnętrznym można być silniejszym nad wszystkie przeciwdziałające moce i mieć nadzieję zwycięstwa. Trwać w ciszy, w głębi, skupionym w woli zwycięstwa, nie poddającym się żadnym zniechęceniom, choćby pod naporem największych trudności, oto jedna z pierwszych nauk do przyswojenie na Ścieżce.” – Śri Aurobindo.

Reklamy

One Reply to “O bałaganie, ciszy i priorytetach…”

Komentarze nie są moderowane. To nie kółko wzajemnej adoracji. Pamiętaj tylko, że Twoja wypowiedź świadczy o Tobie, nie o mnie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s