Zbieram siły

Po kilku ciężkich tygodniach, które bardzo wyniszczyły mnie głównie psychicznie, znów usiadłam do komputera. Pojawiła się chęć stukania w klawiaturę. Znaczy się, wracam… Nieśmiało, powoli, ostrożnie, ale wracam. Jeszcze słaba, ale już silniejsza.

Powód złego stanu psychicznego? Jak zawsze, problemy. Ostatnio głownie problemy zdrowotne dzieci, które ciągną się już od początku stycznia. Jestem kompletnie bezbronna, bezsilna w takiej sytuacji. Kiepsko umiem funkcjonować w stresie, to nie mój klimat. W tej kwestii czeka mnie jeszcze dużo pracy. Ferie minęły, a my nie mieliśmy kiedy odpocząć. Ciągłe sprzątanie wymiocin i śladów po biegunce, czyszczenie kibelków, ciągły smród i patrzenie na cierpiące dziecko, odbiło się negatywnie na mojej psychice, bo to głównie ja musiałam stawiać temu czoła. To ja walczyłam z obrzyganą (i oby tylko) podłogą i wszystkim, co było wokół. Kiedy już zwątpiłam, że coś zmieni się na lepsze, kiedy się poddałam, upadłam, kiedy się załamałam, wtedy pojawiło się światełko w tunelu. Zwykle tak właśnie jest ze mną. Muszę się przewrócić, żeby coś dostrzec. Czy te znaki tak dla wszystkich są na tej wysokości czy tylko ze mnie tak los lubi drwić?

W pewnym momencie coś pękło we mnie, przelało się wszystko to, czego nie nadążyłam wylewać, więc rzuciłam to na podłogę. Dość, nie daję rady. Nie mam siły. Wyszłam z domu na mróz, przed siebie, w całkowitą ciemność. Potrzebowałam samotności, odskoczni. Brnęłam po kostki w śniegu i pamiętam, że powtarzałam mantrę: „Om tare tuttare…” Mróz szczypał w twarz. Wiatr studził emocje. Chciałam być sama, z dala od domu i problemów. Uciec od tego, choć na chwilkę. Jednak po moich śladach wytropił mnie małżonek i grzecznie zaprowadził do domu, potem ułożył do snu. O nic nie pytał, nie musiałam nic tłumaczyć. Nie musiałam rozmawiać, kiedy nie miałam na to absolutnej ochoty. W nocy miałam sen. Śniło mi się, że odwiedziłam zmarłą już ciocię. Nie widziałam jej twarzy, tylko zarysy. Jednak wiedziałam, że to ona. Mówiłam do niej „Misiu”. Zresztą, oni nigdy nie mają twarzy, nie mają ciał, ale zawsze wiem kim są. Zachęcana byłam do zwiedzenia pięknego Olsztyna, a ona mieszkała w jego okolicach. To musiała być ciocia Marysia, którą zwaliśmy „Misią”. Nie znam innej cioci Misi. Umarła kilka lat temu. Po obudzeniu, pomyślałam „Misiu, dzięki”.

dsc_0255_wb
To jest właśnie Misia i moja córka. Dwie Marysie. Po raz pierwszy pokazuję twarz mojego dziecka, jednak to zdjęcie jest jednym z najpiękniejszych dla mnie zdjęć. Chcę, by było uwiecznione.

Nigdy nie byłam u niej w domu, jednak we śnie właśnie ją odwiedziłam. Jakbym przyjeżdżała tam zawsze, gdy potrzebowałam wsparcia, opieki i poczucia bezpieczeństwa. To miejsce mi je dawało. We śnie, to właśnie tam się chowałam przed światem. Nie musiałam nic robić, ciocia się mną zajmowała, podsuwała smaczne kąski, rozpieszczała mnie. O nic nie pytała. Nic nie mówiła. Było mi z nią dobrze, odpoczywałam. Tylko czasem pytałam o jej samopoczucie, bo była już trochę schorowana (w rzeczywistości zmarła na raka). Jak długo jej nie było, bo gdzieś wyszła, zapytałam kogoś (chyba był to jej syn), gdzie jest Misia, czy dobrze się czuje, bo się martwię. We śnie, stała się takim moim przyjacielem, dobrą, kojącą duszą. Nie wiem czy Misia wróciła, bo potem się obudziłam. Poczułam się spokojniejsza, silniejsza, taka psychicznie zaopiekowana. Nie byłam z nią emocjonalnie związana, więc nie wiem czemu akurat ona powróciła we śnie, a nie ktoś inny, kto emocjonalnie w rzeczywistości był mi bliższy.

Następnego dnia okazało się, że jedno dziecko jakby lepiej się czuje, po dwóch i pół tygodnia męczarni i problemów nie mających żadnego odzwierciedlenia w badaniach. Jakiś silny wirus, najwyraźniej trapi dwójkę moich dzieciaków. Teraz wiem, że drugie też w końcu poczuje się lepiej. Jestem spokojniejsza, choć nie wiem czy nie przejdzie na kolejne osoby w naszej rodzinie. Uruchomiłam dla zdrowych zestaw ziołowy i probiotyki, wraz z czosnkiem dla nas dorosłych (bo dzieci za nic nie chcą się do niego przekonać) z nadzieją, że to wystarczy. Może skoro dotąd nie przeszło, to już nie przejdzie. Ilość problemów, i ich częstotliwość, jest jednak mocno dołująca. Poprzedni rok nie dał mi odpocząć, obecny również nie chce odpuścić. Cóż, samo życie…

Nie umiem tego wytłumaczyć, dlaczego zmarli przychodzą do niektórych we śnie i w zasadzie żadnego wytłumaczenia nie potrzebuję. W tej kwestii nie zadaję pytań, po prostu przyjmuję wszystko i skupiam się bardziej na sobie. Na tym, jaki ten sen niesie dla mnie przekaz, co powinnam zrozumieć. Jeśli coś mam wiedzieć, to tak się stanie, we właściwym czasie. Może to tylko projekcja mojego umysłu, nie jest to ważne. Wiele razy we śnie dostawałam ostrzeżenia przed czymś, co autentycznie się wydarzało. Czasem sen przepowiadał narodziny dziecka, czasem wypadek. Teraz dostałam siłę, dostałam bardzo potrzebne wsparcie. Być może sama je sobie dałam, a być może nie sama. Nie wnikam. Nigdy nie bałam się zmarłych, mogłam chodzić po cmentarzu o północy. Zawsze wiedziałam, że oni mnie nie skrzywdzą. Ktoś mnie kiedyś, jako dziecko, zapytał czy bym się nie posikała ze strachu, jakbym zobaczyła ducha. Byliśmy wtedy z wizytą na cmentarzu i były dyskusje, kto by przyszedł o północy. Nie, nie posikałabym się, bo niby czemu. Nie rozumiałam ich strachu. Bardziej bałam się ich, niż tych zmarłych wokół. Oni bardziej mnie krzywdzili. Kiedyś nawet kolega postanowił sprawdzić czy rzeczywiście się nie boję i zaproponował mi spacer po cmentarzu o północy. Od dawna już nie czułam się wtedy tak dobrze. Spacer, który zapamiętam na zawsze. Wtedy też dostałam siłę. Mogłam milczeć ile wlezie, wciągać ten spokój i ciszę, jak narkomani koks. To były niezapomniane chwile i pamiętam tego kolegę do dziś.  Pokazał mi coś, czego dotąd nie zaznałam… Wróciłam odmieniona. Tomku, wielkie dzięki za te chwile. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy, gdziekolwiek Cię życie zaniosło. O niektórych ludziach zawsze będę pamiętać. Jesteś jednym z nich.

Nawet jak miałam złe sny, jak zmarli źle mi się śnili, to nie bałam się ich samych, tylko tego, że stanie się coś złego. Byłam wtedy czujniejsza, ale i tak nie potrafiłam zapobiec temu, co się wydarzyło. Być może to niemożliwe.

Co ma się wydarzyć, to się wydarzy. I ta świadomość jest czasem bardzo trudna. Wiesz, że dostaniesz cios, ale nie wiesz, z której strony. I nie masz koło siebie mistrza Miyagi, który by z tobą ćwiczył przyjmowanie ciosów i przewidywanie, z której strony nadejdzie. Bo „Karate Kid” to tylko film, a życie jest życiem.

Zbieram siły, czekam na wiosnę. Na słońce, które tak rzadko ostatnio u mnie gości. Na lepszy czas… Zbieram nasionka, myśląc już o wysiewach, jakby to było jedynym ratunkiem dla mnie. Planuję przyszły zielnik. Jeszcze usilniej dbam o siebie, pijąc więcej ziół, łykając więcej probiotyków, jedząc świadomiej i zdrowiej. Jeszcze świadomiej żyjąc, po prostu. I przyznam, że rzadko mnie łapie jakieś choróbsko, a jak już, to niezbyt mocno. Nie wiem kiedy ostatnio katar miałam. I żal mi tylko, że moje dzieci nie dają sobie czasem pomóc. Picie ziół chyba uważają za karę i nie jest łatwo przekonać niektórych do zmian, do korzystania z mojej wiedzy i mojego doświadczenia. Wolą chorować, niż pić systematycznie zioła i przekonać się do warzyw. Za nic nie dają się przekonać do zmiany diety. One chcą same to doświadczenie zdobywać, rozumiem to… Skądś to znam.

Chowam się w sobie, bo tego właśnie teraz potrzebuję.

P.S
Jon, thank you for your music… Gives me everything, what I need now.

Reklamy

2 Replies to “Zbieram siły”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s