Może herbaty? Czyli refleksje nad filiżanką

Co może powiedzieć nam o sobie zwykła, prosta filiżanka herbaty? Więcej, niż można się tego po niej spodziewać.

http://tapety.tja.pl/
http://tapety.tja.pl/

Ostatnio natknęłam się w sieci na taką przypowieść zen:

Nan-in, japoński mistrz żyjący w epoce Meiji , gościł profesora z pobliskiego uniwersytetu, który przyszedł dowiedzieć się czegoś o zen.

Nan-in zaproponował mu herbatę. Napełniał swojemu gościowi filiżankę, lecz kiedy ta była już pełna, Nan-in nie przestawał nalewać.

Profesor patrzył jak napój rozlewa się po powierzchni stołu, aż w końcu nie wytrzymał.

– Filiżanka jest przepełniona – powiedział do mistrza. – Więcej herbaty się nie zmieści!

– Podobnie jak ta filiżanka – odparł Nan-in – jesteś przepełniony własnymi opiniami i rozważaniami. Jak mogę pokazać ci zen, jeśli najpierw nie opróżnisz filiżanki?

Kiedy przeczytałam ten tekst, doszło do mnie, że to tekst o moim życiu. Przez wiele lat napełniałam swoją filiżankę. Nie była to wiedza moja, a zdobyta. Wiedza z książek, z opinii innych ludzi, które próbowałam dostosować do siebie. Duży wpływ miała tu także wiedza religijna, którą także chłonęłam. Nie było nikogo, kto uczyłby mnie samodzielnego myślenia, kto by mi pokazywał i pomógł oswajać  ten świat. W pewnym momencie sama zauważyłam, że mi się wszystko przelewa. Skutek był odwrotny do zamierzonego. Próbowałam się ratować, szukać rozwiązania. Wiele lat życia z depresją, w stresie, którego źródła byłam wprawdzie świadoma, jednak nie potrafiłam tego zmienić. Nie udawało mi się, aż do momentu, w którym nastąpiła kulminacja. Było tak źle, że zrezygnowana wylałam wszystko ze złością z tej filiżanki. Filiżanka się przewróciła i wtedy zobaczyłam jej dno. Zobaczyłam siebie… To był moment kulminacyjny. Od tego momentu zaczęło się wszystko zmieniać. Dno filiżanki symbolizowało mi moje własne wnętrze. Odkryłam, że dolewanie zmierza donikąd. Najlepszym dla mnie wyjściem okazało się zajrzenie w dno filiżanki. Od tamtej pory dbam o regularne wylewanie tego, co się nagromadzi. Dbam o to, by moja filiżanka była pusta. Nie jest to jednak takie łatwe, ponieważ wciąż napływają pojęcia, przyzwyczajenia i schematy, które przez lata wypracował mój umysł. Uzależnił się od dawnego postrzegania i trzeba dużego wysiłku i ciężkiej pracy, aby wylewać to, co się gromadzi.

Niektórym wszystko wychodzi ot tak,  bez zastanowienia, bez wysiłku, podczas gdy inni muszą czasem ciężko pracować nad każdym kolejnym krokiem. Lata nagromadzonych schematów i trudnych doświadczeń,  procentuje u mnie do dziś. Taki stres, jakiego doświadczałam od dziecka musiał zaprocentować. Bałam się życia, tak w skrócie. Każdego kolejnego dnia i tego cierpienia, jakie przyniesie. Bo to, że przyniesie, było pewne, jak w banku. Tylko ja wiem przez co przeszłam, nikt inny tego nie jest świadomy. To, w jakim momencie teraz jestem, zawdzięczam bardzo ciężkiej pracy, ogromnemu wysiłkowi. Większemu niż ktokolwiek jest w stanie pojąć. Uświadamiam sobie to każdego dnia, kiedy patrzę na dzieciństwo moich dzieci, na nie same, ich reakcje. Kiedy słucham opowiadań z przeszłości innych ludzi, obserwuję ich reakcje i ich samych. Bywały momenty, że im zazdrościłam tej „normalności”, zwykłej dziecięcej ciekawości świata. Zazdrościłam ulubionych książek, które znali na pamięć, podczas gdy jedyną księgą, jaką ja studiowałam, była księga strachu. Ona miała na mnie i moje życie największy wpływ. Nadal je ma i zapewne będę nad tym pracowała do śmierci. Jeśli ktoś myśli, że pewne sprawy zamknie kilkumiesięczna terapia, to jest w błędzie.  Każda praca nad sobą, to praca na całe życie.

Czasem zdarza się ukłucie zazdrości, kiedy patrzę na to, ile osiągnęli inni, mniejszym wysiłkiem i przyszło im to dużo łatwiej, szybciej. Swoje lekcje zrozumiałam jednak mocno, dokładnie i głęboko.

Jestem nieufna? Nie wiesz dlaczego. Nie zdajesz sobie sprawy z wielu rzeczy. Nie wiesz, dlaczego reaguję tak, a nie inaczej. Nie wiesz, ilu ludzi mnie skrzywdziło i jak bardzo. Nie wiesz, jak ciężko jest mądrze wychować dzieci, będąc tak „sfatygowaną” przez życie osobą i ile wysiłku trzeba w to włożyć. Nie wiesz też, ile kosztuje mnie pokazanie im świata i tego, co w życiu najważniejsze.  Człowiek doświadczony przez życie potrzebuje więcej tej siły, samoświadomości, więcej wytrwałości i cierpliwości. Znacznie trudniej mu mierzyć się czasem z tym, co dla innych jest zupełnie normalną i prostą czynnością.

Nie, nie jestem doskonała, wręcz przeciwnie. Mam dużo więcej do poukładania, niż ci się wydaje. Dużo więcej do uświadomienia i znacznie więcej do wylania z własnej filiżanki. I wybrałam tę trudniejszą drogę. Drogę zaglądania w dno filiżanki. Nie masz pojęcia, jak ciężko było dojść do tego momentu, w którym jestem teraz. Nie da się tak po prostu czegoś wylać, jak wiadra pomyj. To się w nas odradza, wciąż napływa. To część mnie, nad którą muszę pracować. Owszem, można korzystać z wiedzy innych. Można zapoznawać się z dostępną wiedzą ; jak w moim przypadku, z koanami i innymi cennymi treściami na temat buddyzmu. Mogłabym tylko czytać o zen. Tylko to już nie jest zen. Zen, to nie zaglądanie do książki a w siebie, w dno tej filiżanki. Dzięki temu jestem dziś silniejsza. Dzięki temu mogę więcej pojąć, więcej zrozumieć. I dlatego właśnie wybrałam taką drogę, nie inną. Ta droga dla mnie jest najskuteczniejsza. To była właściwa decyzja.

Jestem świadoma każdej sytuacji, kiedy strach próbuje dojść do głosu i nadal na mnie wpływa. Wiem, że to są moje lekcje, czasem bardzo trudne. W zupełnie prozaicznych sytuacjach dochodzi do głosu. Najczęściej wtedy, kiedy sytuacja wymyka mi się spod kontroli. Kiedy zdarza się coś, czego kontrolować nie mogę, na przyklad zdrowie, a raczej jego brak. Ten przymus kontrolowania wszystkiego, to też zły nawyk z przeszłości. Od dziecka wszystko wymykało się spod jakiejkolwiek kontroli i bardzo potrzebowałam stabilności, uporządkowania, stałości. Wmawiano mi też, że muszę nauczyć się kontrolować własne emocje, co jest kompletną bzdurą. Kontrolę więc wbiłam sobie do głowy i lekcje odrabiałam aż nazbyt dobrze, bo to dawało mi w jakiś sposób poczucie bezpieczeństwa. Nie skończyło się to dla mnie dobrze. Czasami ten nawyk jest tak dyskretny, że ledwie widoczny. Uświadomienie sobie swojego błędu jest pierwszym krokiem w każdej lekcji. To jest początek zmian. Takich lekcji mam mnóstwo, każdego dnia. Ciągle zaczynam coś do nowa. Jeśli sądzisz, że jestem w czymś lepsza od ciebie, że zaszłam dalej, przeczytaj proszę ten tekst jeszcze raz. Jeśli trzeba, to kolejny raz. I znajdź w nim prawdziwy przekaz.

Droga do mądrości, mierzona jest krokami przebytych trudności i ilością otrzymanych przez życie lekcji. Nie bierze się z książek, a z doświadczenia. Każdy wysiłek, jaki wkładam w te lekcje, jest więc tego wart.

Powiadam wam; trzeba mieć chaos w sobie, by narodzić tańczącą gwiazdę – F. Nietzsche.

Nie zastanawiam się dziś, co by było gdyby. Gdybym miała inne dzieciństwo, inne życie, inne relacje z ludźmi… To bez sensu.  Taka jestem, tak mnie życie ukształtowało. Skupiam się na tym, co jest teraz, co jest dziś oraz jak mogę takie, a nie inne doświadczenia i ten mój chaos zamienić w „tańczącą gwiazdę”.

Reklamy

4 Replies to “Może herbaty? Czyli refleksje nad filiżanką”

Komentarze nie są moderowane. To nie kółko wzajemnej adoracji. Pamiętaj tylko, że Twoja wypowiedź świadczy o Tobie, nie o mnie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s