Niewidzialność

Dzieciom zdarza się marzyć, że są niewidzialne. Myślą o czapce niewidce, by móc być może nabroić tak, by nikt ich nie widział. Z tego co wiem, czasami myślą o tym także dorośli. Chcieliby przejść przez tłum niezauważeni, niewidoczni. Są też tacy ludzie, którzy nie muszą o tym marzyć. Niewidzialność jest z nimi praktycznie od zawsze. Już jako dziecko byli niezauważani przez dorosłych. Czasem tylko inne dzieci zauważały i bezczelnie wykorzystywały ślepotę dorosłych. I to zostaje w człowieku na zawsze… Czy się tego chce, czy nie.

Dziecko ciche. Udające, że go nie ma, żyjące w swoim świecie, trudnym świecie. Grzeczne. Wydaje się, że nie ma z nim większych kłopotów, bo nigdy nie zwraca nimi na siebie uwagi. Nie prosi o pomoc. Wydaje się być silne, spokojne, bez problemów. Można na niego liczyć, jest pomocne. Kiedy trzeba umie przejąć rolę dorosłych; zająć się domem, ugotować obiad i wesprzeć tych, którzy powinni wspierać jego. Ta niewidzialność jest mu na rękę. Woli by go nikt nie dostrzegł. Tak jest łatwiej i bezpieczniej. Tak sobie radzi z rzeczywistością, w której główne skrzypce gra coś innego. Na jego problemy i potrzeby nie ma już miejsca. Nie rzuca się więc w oczy, trzyma się z boku. To dziecko zdane na siebie.

Bo bycie samemu nigdy nie było tak straszne, jak uczucie osamotnienia, które pojawiało się będąc tak naprawdę między ludźmi. Bo samotność wcale nie boli…

Wszystko w tym miejscu jest moim doświadczeniem, z niego wypływa. Wiąże się z tym, co sama przeżyłam. Nie wyczytałam tego w książkach. Jestem tym niewidzialnym dzieckiem. Ta niewidzialność wciąż ze mną idzie. Wciąż o sobie przypomina. Do dziś mam poczucie, że jestem niewidzialna, choć wiele razy tę niewidzialność próbowałam przełamywać. Wiele razy miałam wrażenie, że nikt mnie nie dostrzega. Niby wszyscy mają oczy, niby patrzą, ale nie widzą. Wiele razy chciałam, by to dziecko ktoś dostrzegł. Nie umiałam być dostrzeżona, nie potrafiłam zdjąć z siebie tej niewidzialności. Do tej pory próbowałam z tym walczyć. Próbowałam być jak inni, zachowywać się jak inni. Próbowałam czasem zwracać na siebie uwagę na różne sposoby, których używają inni. Jednak tym innym czasem wystarczyło jedno słowo i uwaga szła cała na nich. Nawet jak nic nie mówili, to uwaga była skupiona na nich. Nigdy mi to nie wychodziło. Zwykle skutku nie było żadnego. Czy mówiłam mało, dużo lub wcale, starałam się lub nie, efekt był ten sam. Nie umiałam tego rozwiązać, zrozumieć, poskładać. Dla mnie, z moją przeszłością takie lekcje są trudniejsze do wykonania. Czasem na rozwiązanie czekam latami, dopóki puzzle nie skleją się w całość. Dopóki świadomość nie powie mi wszystkiego. Lekcje wciąż wracały i wracały. Ostatnio silniej niż zwykle. Dopóki pisząc ten tekst, nie zobaczyłam, co sama napisałam…

„[…]próbowałam z tym walczyć[…]”

Eureka! Nie zdawałam sobie sprawy, że wciąż walczę… Takie proste, a jednak tak trudne. Walczyłam ze swoim doświadczeniem, z historią, taką a nie inną. Z dniem wczorajszym, który minął, ale który sprawił, że jestem taka, a nie inna. Zamiast do końca zaakceptować siebie taką, jaką jestem, wraz z całym bagażem, próbowałam się go pozbyć. Chciałam zmienić coś, czego nie powinnam ruszać. Wiele jest teorii, by takie dzieci leczyć, prowadzić psychoterapię. Tłumaczono mi nie raz, że to się da wypracować, że można to zmienić. Nigdy takowej nie przeszłam, choć próbowałam. Może i dobrze.

Tylko co tak naprawdę zmienić? Co? Siebie? Tu nie chodzi o zmiany, nie chodzi o leczenie. Taka właśnie jestem. W imię czego mam to zmieniać?

Właśnie zrozumiałam, że nic nie muszę. Nie muszę próbować stać się kimś innym. Muszę tylko zrozumieć jaka jestem i zaakceptować to. Nic więcej. Nie muszę próbować wejść do grupy i podejmować prób zauważenia mojej osoby, a to przez wiele lat robiłam. Nie, to nie… Kit wam w ucho. Przeszłam to, co przeszłam. Taką, a nie inną mnie życie stworzyło. To, kim jestem teraz, jest zlepkiem moich doświadczeniem. One dały mi taką osobowość, nie inną, taki charakter. Najważniejsza jest sama świadomość, nie zmiany…  Rozumiałam wagę i rolę świadomości, z tą różnicą, że byłam pewna, iż uświadomienie pociągnie ze sobą zmiany i zmieni mnie. Dziś zrozumiałam, że sama świadomość jest już właśnie tą ogromną zmianą i nie trzeba więcej. Zrozumiałam, że zmiana, to niekoniecznie to, czego oczekiwałam. No właśnie, czego oczekiwałam? Że stanę się inną osobą? Tak zupełnie kimś innym? Przecież wcale tego nie chcę. Nie chcę! Przecież lubię siebie, właśnie taką. Przecież jestem wdzięczna za wszystkie lekcje. Szczególnie te, które tyle mnie nauczyły. Czemu miałabym je zaprzepaścić i zapomnieć o nich? W imię oczekiwań? Znów oczekiwania nasze i społeczeństwa, które komplikują wszystko. Dlaczego niby mam chcieć być inna? Żeby pasować do innych? Wpasować się w idealny obrazek? W jakieś z góry określone pojęcie normalności? Żeby nie czuć się osamotniona? Żeby nauczyć się kontrolować emocje? Żeby nie pojawiały się we mnie silne emocje? Czemu miałyby się nie pojawiać? Żebym nie była smutna? Czemu mam nie być smutna? Znaczy mam dążyć do jakiegoś dziwnie pojętego ideału? Po cholerę mam to robić? Bo bardziej uczeni ode mnie wmawiają to mi i społeczeństwu? Z uczuciem osamotnienia walczyć nie trzeba. Trzeba zrozumieć… Nie muszę siebie kontrolować, ani swoich emocji. One nie są złe. Smutek nie jest zły, gniew nie jest zły. Rozpacz też nie jest zła. Najgorsze, co można zrobić to podjąć próbę kontroli. Mogę być smutna, mogę nawet pozwolić sobie na gniew czy rozpacz. Pod warunkiem, że jestem wtedy świadoma siebie i przyczyn tych emocji. Jeśli chcesz kontrolować swoje emocje i siebie, znaczy się nie rozumiesz.

Wszystko co nieświadome, musi się stać świadome. Czasem muszę się cofnąć, by zrobić krok do przodu i iść dalej. Nie kontrolować, a rozumieć.

Nauczyłam się radzić sobie sama, sama sobie pomagać. Chcę być świadoma powielanych schematów, by sobie pomóc. Chcę być świadoma swoich uczuć, nazwać je, dowiedzieć się dlaczego się pojawiły, skąd się wzięły. Moje emocje są moją lekcją, uczą mnie siebie. Żadna książka mnie tego nie nauczy, żadne cudze teorie. Nie muszę przy tym być doktorem, profesorem, ani nawet magistrem.

Absolutnie nie muszę zmieniać tego jaka jestem. A jestem trochę dzika (czasem nawet bardziej niż trochę, z wiekiem coraz bardziej), wyobcowana, wyizolowana, stojąca daleko w tyle. Mam swoje zasady, swoje zdanie. Mam siebie, co wiele razy mi uratowało życie (nie drugi człowiek, tylko JA). Nie do końca umiem, (a może nie do końca chcę) żyć z ludźmi. Lepiej zawsze dogadywałam się ze zwierzakami. Niejeden groźny podobno pies, który nikogo nie dopuszczał do siebie, dla mnie robił wyjątek. Zwierzęta były dla mnie przewidywalne, ludzie nigdy. I zdawały się rozumieć mnie lepiej niż ludzie. Przy nich mogłam być sobą. Chyba tak zostało. Nie pasuję do czyjegoś pojęcia normalności? To jego problem, nie mój.

Tak, dziś zostało we mnie wiele z tego niewidzialnego dziecka. Tylko wiecie co? Wcale nie czuję, że powinnam to zmieniać. Już nie czuję się gorsza z tego powodu. Nie czuję się z tym źle. Nie czuję się pokrzywdzona. Nie zmarnowało mi to życia. Nauczyło mnie za to wiele… To były bardzo, bardzo trudne lekcje, ale za to cenne. Takie, które zapamiętam na zawsze. Takie, które chcę pamiętać. Miałam kiedyś wrażenie, że dostałam ich dużo więcej, niż inni, ale podołałam. I w ramach podsumowania, nie tylko ostatniego roku, ale wszystkich lat, odrobiłam je, jak należy.

Zdałam wszystkie egzaminy…

I nawet jeśli nikt nie zada sobie trudu, by mnie zrozumieć, jeśli zostanę sama, to też sobie dam radę. Nic nowego, przecież zawsze tak było. Niewiele było w moim życiu osób, które by mnie zauważyły i podjęły próbę zrozumienia. Tak naprawdę chyba tylko jedna. A może aż jedna, bo to i tak ogromny sukces, biorąc pod uwagę ile to kosztuje wysiłku i nieschematycznego myślenia. Przywykłam do samotności, polubiłam i zaadaptowałam w pewien sposób stare do nowego, wczoraj do dziś. Bo moja przeszłość miała przecież wpływ na to, kim jestem dziś.

To wszystko uzmysłowiło mi dziś ważną rzecz, że tak naprawdę, to nie samotność mnie bolała najbardziej. W niej właśnie zawsze czerpałam siłę. Myślałam, że stało się to znacznie później, jednak nie byłam tego po prostu świadoma.

Nie muszę przystosowywać się do czegoś, z czym się nie utożsamiam. Jeśli kiedyś się zapomnę, to wrócę tu, do tych słów… A inni? Nie wiedzą co tracą.

Reklamy

2 Replies to “Niewidzialność”

  1. piękny post !… tak sobie myślę… jak bardzo do mnie pasuje…
    całe życie miałam swój świat, świat marzeń do którego chyba nigdy nikogo nie wpuściłam i pewnie tak zostanie… i jest mi z tym dobrze … o !
    pozdrawiam serdecznie i wszystkiego dobrego w 2017 roku 🙂

Komentarze nie są moderowane. To nie kółko wzajemnej adoracji. Pamiętaj tylko, że Twoja wypowiedź świadczy o Tobie, nie o mnie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s