Granice

Wielu z nas być może zna to uczucie, kiedy chcielibyśmy czegoś spróbować, ale się boimy. Modne stało się przekraczanie granic czy wychodzenie ze strefy komfortu, o czym dziś możemy się dowiedzieć wchodząc na strony równie modnego coachingu. Pamiętam to z dawnych czasów. Chciałabym, jednak się boję. Tak, znam to uczucie. Obecnie jednak nie przypominam go sobie. W tej chwili jest mi to obce. Nie muszę się bać pójścia w jakąś stronę. Idę, kiedy jestem gotowa.

Jeśli chodzi o sam coaching, nie przekonuje mnie on jakoś. Zrobiła się teraz moda na rozwój osobisty, ale ja jestem zwolennikiem innej drogi, za modą nigdy nie poszłam. Nawet nie chodzi o drogę rozwoju, a wglądu. Z  biegiem czasu stwierdzam, że rozwój nie jest określeniem mnie przekonującym i dla mnie właściwym. Nie do końca odnajduję siebie w tym określeniu. Ale to się dopiero we mnie tworzy, jest w powijakach zaledwie. Niby to tylko słowo, jakiego sama dotąd używałam, jednak zaczyna się rodzić we mnie pewien dysonans.

Wszędzie pełno jest tych tekstów o wychodzeniu ze strefy komfortu. Wszędzie pełno tych samych porad. Jakby wszyscy uczyli się z jednej książki, którą potem hurtowo kserowali w swoich umysłach. Kiedyś już posłuchałam tych rad i próbowałam je wprowadzać w życie i wyjść ze swojej strefy, którą według wyczytanych teorii sobie stworzyłam. Skutek był opłakany, ale ja bogatsza o kolejne doświadczenie. Przejechałam się już na niejednym z popularnych i modnych haseł. Moje doświadczenie było inne. Dla mnie jest to czymś w rodzaju mydlenia oczu. Odciąganiem od istoty rzeczy, od tego, co jest znacznie ważniejsze.

http://wielkieslowa.pl/
http://wielkieslowa.pl/

Najlepszą księgą jest nasze serce, nie powtarzane hasła. Czasem za swoje możesz uznać kompletnie zapomniane hasło, o którym nikt już nie pamięta i dawno wyszło z mody.

Czy ja przekraczam własne granice? Jakie granice? Jeśli je stworzę, to zapewne będę musiała przejść…

Granice stawiamy sobie sami… Także te dotyczące naszego komfortu (potrzebuję tego czy tamtego, lubię podróże, lubię swoje komfortowe życie). Jeśli nie będę opuszczać mojej strefy komfortu, to stanę w miejscu? Przestanę się rozwijać? Jeśli się zatrzymam lub cofnę? Potem pojawiają się tacy, co chcą na tym zarobić i mówią nam jak się rozwijać. Wykorzystuje się każdą lukę w biznesie i tak tworzy się coaching. Tłumaczą jak wychodzić z tej strefy komfortu, jak przekraczać granice. Tylko po co?

Jaka strefa? Strefa to coś „od -do”. To jest nic innego jak wytyczanie granic.

A gdyby tak nie stawiać żadnych granic? Żadnych barier?

Takie kobiety jak ja, które nigdy nie pracowały, określa się mianem „kury domowej”. Pracowałam kiedyś przez tydzień. Kiedy mąż po powrocie z pracy, zastał mnie śpiącą po 24h pracy, a nasze malutkie dziecko z nożem w ręku przy chlebaku (bo było głodne), wtedy coś w nas pękło. Zrezygnowałam i ustawiłam swoje priorytety. Zajmuję się domem do dziś. To już 18 lat, odkąd założyłam rodzinę. Nie mam własnych pieniędzy, bo państwo uznaje mnie za osobę niepracującą, a to nie jest prawda. Nie wyjeżdżam, nie podróżuję. Zapewne dla niektórych prowadzę zupełnie niekomfortowe życie, bo skromne. Moje miejsce w szafie dużo nie zajmuje. Nie inwestuję w ciuchy. Tyle tylko, ile trzeba. Buty na tę zimę kupiłam za 44 zł. Nie są eleganckie, ale za to takie, jakie chciałam, bardzo ciepłe, bo krążenie mam słabe. Tylko podstawowe rzeczy, których potrzebuję najbardziej. Na wiele rzeczy nam nie wystarcza z jednej wypłaty, owszem. Czasem jest ciężko, tak. Bywa, że braknie na to, co stanowi podstawę i trzeba bardzo uszczuplić swoje potrzeby. I co? I też jestem szczęśliwa. Wszystko zależy od tego czy postawię sobie tę granicę, od kiedy będę szczęśliwa, a kiedy już nie. Nie mam takiej i nie chcę, by kiedykolwiek powstała. Życie pisze różne scenariusze i czasami musimy przystosować się do sytuacji nieakceptowalnych, takich jak choroba i niewyobrażalny ból a potem śmierć. Czymże przy tym jest problem braku podróży i komfortowego życia czy braku odpowiedniej ilości kasy? Niczym, sprawą kompletnie bez znaczenia. Najtrudniejsze życiowe sytuacje nie raz już pokazywały ludziom, że do wszystkiego potrafili się dostosować. Przeżywali głód, wojny, ogromną biedę, z jakiej my sobie nawet dziś sprawy nie zdajemy. I próbowali w tym wszystkim szukać pozytywów, szczęścia, drobnych radości. Czy brak pracy definiuje mnie lub określa? Wszystko wiele nam może powiedzieć o człowieku; nieład w pokoju, bałagan lub dom tak czysty, że wręcz katalogowy. To też o nas mówi… Gdybym wybrała jedyną i na ogół dostępną opcję pracy, to też by mnie to zdefiniowało i to bardzo mocno. Złamałabym moje życiowe priorytety. Sama siebie źle bym wtedy określiła. To by oznaczało, że postawiłam sobie granicę, stworzyłam barierę. Wszystko może nam pomóc określić jakiegoś człowieka; co lubi a czego nie, jak żyje, również to, jaką pracę wykonuje i dlaczego ją wykonuje. To, że nie pracuję zawodowo też mnie określa. Określa, poprzez mój styl życia, moje wybory, priorytety. Określamy i rozpoznajemy zapachy, smaki, uczucia. Określamy innych, jako miłych lub nie. Ale to są tylko określenia… Nie jesteśmy w stanie pozbyć się tego całkowicie. Świat jest i będzie pełen określeń, sądów, ocen itd, odkąd powstało słowo. Dla mnie to są jednak tylko określenia, bo nie ma znaczenia, jak mnie ktoś określi, oceni, osądzi. To jego określenia, jego definicje, nie moje. Niech sobie mnie definiują, określają, próbują zgadnąć, jaka jestem. Może nawet zgadną… To nie jest ważne. To jest kompletnie bez znaczenia.

Jeśli postawimy sobie gdzieś w pewnym momencie jakąś granicę czy barierę, to będzie działała na nas jak ograniczenie. Ograniczenie, które musimy pokonać, ale wciąż ograniczenie. Możemy się ze strachu wycofać. Nasz umysł potrafi nam płatać różne figle. Wystarczą mi moje własne ograniczenia, które mam, jak każdy człowiek. Sam fakt posiadania ograniczeń nie znaczy, że muszę stawiać jakieś granice, by te ograniczenia pokonać. Mogę je puścić wolno. Po co stwarzać jeszcze nowe? Odkąd wypadłam z pontonu, jako dziecko, do głębokiej wody, odtąd jej się boję. Jako introwertyk, nie lubię imprez, tłumów. Publiczne wystąpienia były dla mnie bardzo trudne. Czy wobec tego powinnam stawiać sobie jakieś granice? Puszczałam wszystko na wolność. Weszłam do wody, kiedy byłam gotowa. Zrobiłam dla siebie tyle, ile mogłam, ale wciąż bez wytyczania granicy. Jako osoba od zawsze śpiewająca publicznie, również robiłam to, na co jestem gotowa. Bez wytyczania granicy, że muszę jeszcze więcej, bo tak sobie przykazałam. Ludziom daję z siebie tyle, ile mogę. Jestem introwertykiem, nie muszę tego zmieniać. Nie chcę. Nie muszę stawiać sobie granicy do pokonania, bo jej nie potrzebuję. W pełni akceptuję to, jaka jestem. Czy muszę koniecznie pracować nad tym, że nie lubię imprez, tłumu i hałasu? Muszę sobie postawić jakąś granicę do pokonania? Co mam niby pokonywać? Swoją naturę, moją indywidualność? Sama siebie? Jedyne co muszę, to nauczyć się akceptacji, bo ona jest najlepszą drogą. Bez wytyczania granic „od-do”.

https://jarek-kefir.org/2016/07/30/dla-introwertykow-i-niesmialych-najpotezniejszy-sekret-relacji-miedzyludzkich/
https://jarek-kefir.org/2016/07/30/dla-introwertykow-i-niesmialych-najpotezniejszy-sekret-relacji-miedzyludzkich/

Co będzie jeśli nie wytyczę sobie żadnych granic? Jeśli powiem sobie, że dam radę cokolwiek by nie było? Jeśli tym moim ograniczeniom, które mi doświadczenie dało, też nie postawię żadnych granic? Będę iść dalej, swoim tempem, bo nie będzie muru, który notabene sama sobie postawiłam. W jakim celu mam je stawiać? Że niby ma być moim nauczycielem, bo mogę go pokonać? Stwarzanie sobie przeszkód ma mnie zbudować, kiedy je pokonam? A inaczej to już nie można? Nie ma prostszych sposobów? Nieograniczona wolność zbuduje nas mocniej. Historia zresztą wiele razy już pokazała, czym kończy się wytyczanie granic, podziały i budowanie murów. Nie brakuje dziś takich, którzy lubią burzyć i przekraczać granice, w tym nie tylko swoje własne… Zwłaszcza nie swoje…

Stawiając sobie granicę, która jest, jakby nie było, granicą własnego strachu, dajesz też innym możliwość jej forsowania…

Gdzie się dziś nie obejrzeć, to widać jakieś granice; dobrego smaku, kobiecości, idealnego wyglądu. Potem patrzy się taka kobieta w ten internet, następnie w lustro i stwierdza, że nie pasuje kompletnie do tego ideału. Upada pewność siebie, pojawiają się kompleksy. I po co wszystko? Kiedy ludzie zrozumieją prawdziwą istotę rzeczy?

Nigdy się nie odchudzałam. Nie zależy mi na tym. Doszłam natomiast do takiego momentu, kiedy zrozumiałam w jakim celu chcę zmienić moje nawyki żywieniowe. Tu także nie wytyczyłam żadnych granic. Idę przed siebie, do przodu. Stawiam każdy krok, kiedy jestem gotowa. Zrezygnowałam z mięsa, bez wytyczania sobie granic. Nie musiałam nic pokonywać. Być może kiedyś dojdę do weganizmu, kto wie. Wiem dlaczego to robię i na pewno powodem nie są granice wytyczone przez społeczeństwo, czyli 90-60-90. Nie chcę stawiać sobie żadnych granic, zwłaszcza jeśli chodzi o moje zdrowie. Gotowość, to wszystko. Nic w tym złego, że człowiek czasem przystanie i nie idzie dalej. Czasem się nawet cofnie. Jednak zawsze jest to moja własna, świadoma decyzja, nie spowodowana strachem i granicami.

fala-rzeczywistosci

 

Nie chcę stawiać sobie żadnych granic, za bardzo kocham wolność… Ile dam rady, tyle zrobię. Gdzie dam radę, tam dojdę. Bez ciśnienia, że czemuś nie sprostałam. Bez kompleksów, że znów się nie udało. Bez oczekiwań i rozczarowań.

Są jednak dwa pytania, dotyczące granic, na które dziś nie znam odpowiedzi… Pytanie dotyczące granicy życia, czyli ostatecznego końca. Ale o tym też kiedyś się dowiem. To pewne. Być może jest też jeszcze jedna granica, nie do końca zależna już od nas – granica cierpienia i bólu. Każdy z nas ma inny organizm i inną odporność na ból. O ile można nad umysłem pracować i zapanować na przykład nad bólem zęba, to wiem, że zdarza się ból fizyczny niewyobrażalny, niszczący, który w żaden sposób nie wzbogaca naszej świadomości. Ból spowodowany nieuleczalną chorobą, ból nowotworowy. Czasem ta granica bywa nie do pokonania i rozszerzanie horyzontów myślenia może mieć dwa różne znaczenia. Jak dla mnie, to tyle granic wystarczy, aż nadto. Sama nie chcę ich sobie stawiać. Nie widzę sensu.

I kiedy to wszystko odkryjesz, zaczynasz się zmieniać. Zaczynasz obserwować, jak kolejne granice same padają. I co czujesz?

Wolność…

Reklamy

2 Replies to “Granice”

  1. Całkowicie się z Tobą zgadzam. Jak dla mnie pojęcie „coachingu” jest bardzo sztuczne. Cały czas się rozwijam-doświadczam, przeżywam, ale robię to po ludzku bez trenera osobistego, bez sterty poradników. To życie kształtuje w jakim kierunku ten rozwój idzie-czego doświadczam, jakich ludzi spotykam, jakie sytuacje losowe mi się przytrafiają. „Dobre rady” serwowane w książkach w żaden sposób nie są w stanie zmienić mojej prawdziwej natury. Można mieć w głowie gotowy schemat postępowania na każdą sytuację, można stosować szereg technik, które mają poprawić nasze relacje międzyludzkie, tylko czy wtedy jesteśmy prawdziwi? Czy kiedy dochodzi do konfrontacji z „trudną rzeczywistością” te wszystkie dobre rady można schować do kieszeni….

    1. Właśnie tak Aniu. Żaden wujek „dobra rada” nam nie pomoże, jeśli nie przejdzie to przez naszą bramę doświadczenia. Gotowe schematy same w sobie nic nie są warte. Pozdrawiam. 🙂

Komentarze nie są moderowane. To nie kółko wzajemnej adoracji. Pamiętaj tylko, że Twoja wypowiedź świadczy o Tobie, nie o mnie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s