Źródło siły jest w nas

1430741822W życiu każdego z nas są momenty łatwiejsze i trudniejsze. Czasem takie, które powodują, iż kompletnie nie umiemy poradzić sobie z samym sobą i własnymi emocjami. Nie rozumiemy skąd się biorą. Nie zdajemy sobie sprawy, że coś nam chcą powiedzieć. Miewam takie momenty, jak każdy człowiek. Z tą różnicą, że dziś wiem o tym, iż są moją lekcją. Potrzebuję mocy, siły ducha, energii. Uruchamiam wtedy pewien proces, który jak dotąd najlepiej się sprawdza.

Ostatni czas nie był dla mnie specjalnie łatwy. Ten rok rzucał bardziej kłody pod moje nogi, zamiast płatków róż. Zasoby siły z czasem zaczynały się wyczerpywać. Systematycznie muszę ją więc uzupełniać.  Jak to robię?

Nigdy nie liczyłam na pomoc w tej kwestii innych osób, także tych najbliższych, których kocham najbardziej. Oni sami często musieli mierzyć się ze swoimi słabościami i problemami, którymi czasem siłą wyrzutu dostawałam sama po głowie. Życie od dziecka uczyło mnie radzić sobie samej. Przywykłam do tego, polubiłam i wciąż usprawniam. To była nauka związana raczej z duchową niezależnością, radzeniem sobie samej z emocjami, problemami. Nie miało to nic wspólnego z niezależnością finansową, bo pieniądze nigdy nie stanowiły dla mnie większej wartości. Zawsze byłam z emocjami czy problemami sama i to mnie nauczyło bardzo ważnej rzeczy. Mianowicie tego, że siłę znajdziemy zawsze w tym samym miejscu, w naszym wnętrzu, głęboko na dnie. Każdy terapeuta, psycholog czy lekarz psychiatra będzie bezskuteczny, jeśli nie wskaże nam właściwej drogi, drogi do nas samych. Być może właśnie tak było również w moim przypadku. Tylko w sobie znajdziemy siłę, nigdy na zewnątrz. A najważniejsze jest to, że tak czy siak musimy zrobić to sami. Nikt nas tam nie poprowadzi, nawet najlepszy psycholog. My sami musimy ten kawał roboty odwalić i dokopać się do dna. Nikt z zewnątrz nie ma tam dostępu. Psycholog, co najwyżej powiedzieć nam może, w którą stronę popatrzeć, ale nigdy co widzieć. Dalej w drogę ruszamy już sami. Wszelkie niepowodzenia oznaczają, że ktoś tej lekcji nie odrobił.

Tak naprawdę, do tego wystarczy jedna osoba. TY, dla samego siebie. I JA dla samej siebie.  Jest to jednak proces, który musi potrwać. Nie da się go przyspieszyć. Musi trwać tyle, ile potrzeba. Jedna osoba będzie potrzebowała mniej czasu, inna więcej. Wszelkie porównania do innych nie mają sensu. U mnie, od kiedy obudziłam swoją świadomość, minęło kilka lat. Lat, nie dni. To długotrwały proces, by nauczyć się sięgać po własne zasoby i w sobie szukać odpowiedzi. Sam proces budzenia trwał większość mojego życia. I nie oznacza to, że potem przestajesz płakać, smucić się, a świat jest cudowny. Nie oznacza, że potem jesteś chodzącym ideałem, bez skazy, zawsze opanowany. Nadal we mnie powstaje ta sama paleta emocji. Nadal się smucę, śmieję, czasem płaczę. Nadal miewam lepsze i gorsze dni. To się nie zmieni. Cała tajemnica polega na tym, że nie walczę ze swoim smutkiem, który czasem się pojawia. Nie walczę, bo wiem, że coś mi chce o mnie powiedzieć. Jakaś lekcja na mnie czeka. Coś muszę zrozumieć. Tak, jak teraz…

Ostatnio czyjeś słowa sprawiły, że wróciła do mnie przeszłość. Wcześniej był tylko smutek, któremu zaczęłam się przyglądać, później te słowa. Zobaczyłam jak na dłoni, co wpływało na to, jaka jestem i na to,  jakie są moje relacje z ludźmi. Obraz, który zobaczyłam był bardzo trudny, bo każdy taki powrót łatwy nie jest. Wracał i budził w nocy. Widziałam siebie zawsze samą, autentyczny brak dobrej woli względem mojej osoby. Jakbym zawsze była niewidoczna. Jakby mnie nikt nie widział. Jak w tym śnie sprzed lat, który leży gdzieś spisany na kartce, a którego znaczenia nie rozumiałam i do dziś nie umiałam powiązać z czymkolwiek. Niektórzy piszą, że przez całe życie obcy ludzie im pomagali, że dostali od innych tyle dobroci. Nie rozumiałam o czym oni mówią, jakbyśmy żyli na innych planetach. Nie mogłam sobie przypomnieć, żeby ktoś mi kiedyś tak naprawdę pomógł. Kiedy w ostatnich latach spotkałam się z drobnymi aktami ludzkiej, bezinteresownej dobroci, nie umiałam się zachować, ponieważ to było dla mnie obce. Później zrozumiałam, że przecież nie zmienię mojej przeszłości. Ona mnie ukształtowała, wpłynęła na to, jaka jestem. Nie mam wpływu również na postrzeganie innych. Mogę zmieniać teraźniejszość i siebie, swoje myślenie czy postrzeganie. Wiedziałam przecież, że nie wolno walczyć, a jednak nieświadomie to robiłam.  Walczyłam ze swoją przeszłością. Pojawiło się niewłaściwe pytanie: „Dlaczego ja?”. Jak mogłam nie wpaść wcześniej na tak proste rzeczy? Przecież od dawna znam te podstawy. Sama wiedza jednak nie wystarczy… Na każdym etapie potrzeba dużej pokory.

Nie walczyć z przeszłością. Zaakceptować absolutnie wszystko. I najważniejsze, to nie patrzeć na innych. Nie ważne, jakie inni mieli doświadczenia. Ważne co dobrego mogę wyciągnąć ze swoich trudnych doświadczeń. Zaakceptować je, takimi jakie były i nie próbować widzieć lepszymi, tylko takimi, jakimi były. Przez większość mojego życia nie zaznałam ludzkiej dobroci. Moja rzeczywistość nie rozpoznaje tego, bo tego nie zna. I to jest moja lekcja…

Sam fakt większych trudności w życiu przecież nie przekreśla mojej wartości.

Czasem tak bywa, że pewne lekcje przychodzą cicho, ledwo zauważalne, łatwe do przeoczenia. Trzeba być niezwykle uważnym, aby wychwycić taki mały szczegół, emocję wcale nie silną, ale powracającą. Czasem przynosi je film obejrzany, czyjeś słowa (tak jak w moim ostatnim przypadku), telefon od kogoś czy nawet afirmacja na kapslu butelki. Pojawia się wtedy czasami  nieokreślony smutek, który nie wiadomo skąd się wziął, jakaś melancholia lub nieokreślony lęk. Kiedy coś wraca i nie mija, a głos w Tobie cały czas przypomina Ci o tym samym, znaczy, że woła Cię do odrobienia lekcji, chce Ci coś o Tobie powiedzieć. Wtedy warto wysłuchać siebie.  Usiąść, dać sobie czas i słuchać. Prawda zawsze znajdzie sposób dotarcia do mnie. Jak nie drzwiami, to oknem się wpycha, dlatego wolę ją zapraszać i uprzedzić ją, otwierając jej drzwi. Tak jest najprościej. Czasem jest właśnie takim smutkiem, któremu każę się rozgościć, a który potem zmienia się w siłę. Wystarczyło zrozumieć, że nie jestem przygnębiona. Nie jestem smutna. Wyciszam się zwyczajnie, bo tego aktualnie potrzebuję, by zrozumieć, co mi mówi mój własny głos wewnętrzny. Przyglądam się swoim czasem silnym emocjom, czasem płynącym łzom. Słucham, co mówią.

Ta lekcja jeszcze się dla mnie nie skończyła, jeszcze nie powiedziała mi wszystkiego, ponieważ najwyraźniej w dalszym ciągu zadaję sobie złe pytania. Jestem na etapie produkowania siły, akceptacji, a zrozumienie wiem, że przyjdzie we właściwym czasie. To jest proces. Nie działa na pstryknięcie palców.

Siłę znajdziemy wewnątrz nas, nigdzie indziej. Nikt nie może podać nam jej na tacy. Sami musimy włożyć w nią jakiś wysiłek. Kluczem jest akceptacja i uważność, słuchanie swojego głosu wewnętrznego.

„Jeśli nic nie możesz zrobić, by rozwiązać ten dylemat, to nic nie rób. Stan niepodejmowania żadnego działania jest jednak niezwykle rzadki. Polega on bowiem na bezwarun­kowym i całkowitym braku kontrolowania i manipulowa­nia; na akceptacji siebie i świata takiego, jaki w danej chwili jest, czy nam się on podoba czy nie. Innymi słowy, jest gotowością do zaakceptowania rzeczywistości. Jest trwaniem raczej niż stawaniem się.

Tylko kiedy prawdziwie się temu oddasz, prawdziwie otrzymasz. Z tej ciszy i pustki wyłonić się może ogromna siła transformacyjna. Kiedy umysł jest uciszony, żaden lęk, konflikt ani fragmentacja nie wyczerpuje twej energii, nie blokuje percepcji, nie wiąże cię ze schematami przeszło­ści. Dzięki temu zyskujesz możliwość okazania mądrości i twórczości.

Stajesz się w końcu wolny od przeszłości i zdolny do totalnej reakcji w każdym nowym momencie życia. Jeśli tego dokonasz, nic więcej nie pozostaje do zrobienia. Nie ma w tobie wątpliwości, poczucia winy, szeregu niedokoń­czonych spraw do załatwienia.” – Andy James.

Trwam więc…

Reklamy

4 Replies to “Źródło siły jest w nas”

  1. to ja z życzeniami, jesli zamykasz drzwi, niech Twoja prawda szuka Cię oknem, albo jeszcze inaczej….

    z ciekawością przeczytałam post, życzliwe myśli zostawiam…
    i nieśmiałą myśl, odkrytą ostatnio: jesli jakichś dzrwi nie da się otworzyć, to może dziś tędy nie przejdę! może to być możliwe za jakiś czas.. lub nie mam ich po prostu otwierać..
    🙂

    1. Alis dziękuję. 🙂 Tobie również tego życzę, by zawsze Cię znalazła. Co do reszty, zgadza się. Jeśli nie da się ich otworzyć, to znaczy, że nie czas na to. Bo przecież prawda sama nas znajdzie, choćby kominem, to wejdzie. Nie musimy wyważac drzwi ani okien. 🙂

  2. Dzisiaj natknęłam się na Twój blog. Dziękuję Ci za ten wpis.
    Poczucie bycia przezroczystą dla innych jest mi bliskie.
    Pozdrawiam ciepło.

Komentarze nie są moderowane. To nie kółko wzajemnej adoracji. Pamiętaj tylko, że Twoja wypowiedź świadczy o Tobie, nie o mnie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s