Oswoić śmierć

wislawa-szymborskaPogodzenie się z rzeczywistością i akceptacja jest najtrudniejszą życiową nauką. Bywa łatwa, kiedy wszystko w Twoim życiu idzie bezproblemowo. Kiedy życie stawia przed Tobą te najtrudniejsze zadania, wtedy akceptacja wydaje się być wręcz niemożliwa. Strach jest największą religią świata i najczęściej to on dyktuje nam następny krok.

Czy umiesz zaakceptować fakt, że jesteś śmiertelnie chory i powoli odchodzisz z tego świata? Jak reagujesz patrząc w oczy osobie umierającej? Czy powtarzasz jej, że wszystko będzie dobrze, że „jeszcze się nagadamy”? Mówisz jej coś, co chcesz by było prawdą? Jak wygląda wtedy Twoja akceptacja? Wolisz oszukiwać siebie i innych czy stawić czoła lękom, strachowi? Czy jesteś gotowy na prawdę? Czy chcesz się na nią przygotować?

Dlaczego akurat teraz takie refleksje? Ostatnie dni są dla mnie wyjątkowo trudne. Moja ciocia jest w stanie agonalnym, dość młoda jeszcze osoba. Mogę z nią być tylko duchem. Nie będę miała okazji, by się pożegnać osobiście, choć bardzo bym chciała. Nie ja w tym wszystkim jestem najważniejsza. Ewuniu, myślami jestem z Tobą.

Życie bez przerwy uczy mnie pokory i wciąż stawia przede mną pytania, te najtrudniejsze. Kiedyś wydawało mi się, iż są nie do oswojenia, nie do zaakceptowania, a odpowiedzi niemożliwe. Dziś, na część z nich potrafię odpowiedzieć. Oswajam ten lęk, patrzę mu w oczy. Oswajam śmierć całe moje życie, bo zawsze byłam jej świadoma. Nigdy nie ubarwiałam rzeczywistości. Zawsze też wiedziałam, kiedy wydarzy się coś złego, czasem nawet umiałam przewidzieć co dokładnie. Taka świadomość nie jest łatwa. Kiedyś przewidziałam wypadek samochodowy. Czasem obawiam się moich snów i tego, co mi powiedzą. Były też radosne momenty. Zmarły dawno temu przyjaciel naszej rodziny (konkretnie moich rodziców) powiedział mi, że będę w ciąży i byłam. Byłam dzieckiem, jak zmarł, ale uwielbiałam go. To były obrazy, małe dziecko w kołysce oraz blond loki biegające po jakimś podwórku. Nigdy nie mówił wprost, tylko obrazami, ale był w tych snach. Czasami tylko czułam we śnie jego obecność, nie widząc go. To on przyśnił mi się wtedy źle przed tym wypadkiem. Nigdy jednak nie bałam się zmarłych. Mogłam chodzić spokojna o północy po cmentarzu, za to bałam się wracać nocą przez miasto do domu. Żywych się bałam. Obudziłam się zlana potem i przerażona. Wiedziałam, że nigdy by mnie nie skrzywdził i to ma być ostrzeżenie przed czymś, a że miałam jechać na studia, bałam się wypadku. Miałam rację. Mąż wypadł z drogi i auto koziołkowało. Ostatnio śnił mi się wypadający ząb i czułam, że wydarzy się coś złego. Śmieszne, prawda? Nie podeszłam jednak do tego aż tak poważnie. Co ma być, to będzie. Tego dnia, raptem kilka dni temu, mój mąż spadł z drabiny podczas remontu i skręcił poważnie kostkę w stopie. Plany się pokrzyżowały, doszło mi obowiązków, bo mąż nie może chodzić na tej nodze i porusza się o kulach, jednak cieszę się, że nie stało się nic poważniejszego. Nigdy nie oceniałam w żaden sposób tych zdarzeń i snów. Nadal nie zamierzam tego robić, bo do niczego nie jest mi to potrzebne, ale one są faktem. Taki obraz pojawił mi się także raz podczas medytacji. Taki ułamek sekundy, kiedy widzisz obraz skompresowany. Sen na jawie. W takiej sekundzie miga Ci czyjeś życie, jakby nie moje (bo nie znane mi w tej chwili), a jednak moje, bo byłam tam głównym bohaterem. Jakby to moja przyszłość miała być. Obraz, który zafascynował mnie i natchnął ogromnym spokojem. Piękna wizja pełna niezwykłego spokoju, wyciszenia. Ten sen pokazał mi, że idę dobrą drogą.

Moja intuicja i wyjątkowa wrażliwość czasem jest równie wyjątkowo trudna. Potrafi sprawiać masę kłopotów. Inni wolą żyć złudzeniami, nadzieją, wiarą, że może będzie dobrze, a ja widzę, co ma być i że to jest nieuchronne. Nie chcą słuchać, że rzeczywistość to nie pobożne życzenia. Czekają na cud, wierzą. Boją się. W żaden sposób nie chcą widzieć prawdy. Nie chcę tak…Chcę widzieć prawdę. Chcę strachowi spojrzeć prosto w oczy. Sobie spojrzeć w duszę i znaleźć prawdę. Nie chciałabym słuchać, że wszystko będzie dobrze, kiedy wiem, że nie będzie. Nie są mi potrzebne kłamstwa. W moim słowniku od dawna nie ma słowa „nadzieja”. Przyznam, że rozumiem ich, bo to jest czasem cholernie trudne. Patrzenie w  tak specyficzny sposób na życie i śmierć, taka nadwrażliwość, to trudna i ciężka praca nad sobą, nad swoimi emocjami. To nie jest droga dla każdego.

Czasami nie umiem określić skąd coś wiem. Wiem i tyle, takie wewnętrzne przeczucie. Dusza pojmuje to wszystko, co dla rozumu jest niepojęte. To jest właśnie intuicja, zaprzeczenie wszelkiej racjonalności. Jeśli jest we mnie jakakolwiek ufność, to tylko w stosunku do własnej intuicji. U mnie jest bardzo silnie rozwinięta. Pomyłki zdarzały się wyłącznie wtedy, kiedy nie słuchałam siebie dostatecznie. Odróżnienie jej od pragnień i naszych wyobrażeń nie jest jednak wcale takie łatwe. Trzeba nauczyć się słuchać, nauczyć się ciszy i być otwartym. Nie oczekiwać konkretnych rzeczy, tylko otwierać się na prawdę, bez względu na to, jaka ona jest.

Odkąd pamiętam, bałam się nie tak śmierci, jak samego umierania. Czyli najbardziej bałam się żyć, prawda? Widziałam, że większość tych osób umierała w ogromnych cierpieniach spowodowanych chorobą, chemioterapią i agresywnym leczeniem, które nie skutkowało. W takich chwilach byłam przerażona, strach przejmował kontrolę. Zadawałam sobie pytanie o samą siebie, jak zachowałabym się w takiej chwili. Ile jestem w stanie wytrzymać? Gdzie są moje granice? Co zrobiłabym, jak postąpiła, gdybym sama dostała taką diagnozę? Długo nie było żadnej odpowiedzi. Przez wiele lat, to strach i lęk był jedyną odpowiedzią.

Dziś już wiem…

Dziś bardziej znam siebie samą i wiem czego mogę się po sobie spodziewać. Wiem, na co nigdy się nie zgodzę. Świadomość tego wywołuje we mnie już nie lęk, jak dawniej, ale zgodę. Zgodę na życie, na rzeczywistość.

Zgodę na prawdę.

Nie mam chyba wyjścia, bo przecież im większy stawiam opór, tym większą moc nadaję temu, czemu się opieram. Nie pozostaje nic innego, jak pogodzenie się z życiem takim, jakie jest i jakie na mnie czeka oraz oswojenie z nieuniknioną śmiercią.  Nie ma sensu walczyć ze strachem, z życiem, śmiercią, ze swoimi lękami. Trzeba je oswoić, bo i tak nie wygram.

Zaczynam rozumieć na czym polega życie…

Zaczynam rozumieć na czym polega szczęście…

Zaczynam rozumieć…

Edit:  godzina 13.30

Kiedy pisałam ten tekst, moja ciocia umierała.  Niedawno dostałam telefon, że zmarła. Spoczywaj w spokoju Ewuniu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s