Nieperfekcyjna Pani Domu

W początkowej fazie zakładania własnego ogrodu, jako osoba mająca mgliste pojęcie o ogrodnictwie, nie ominęłam żadnego programu Mai w ogrodzie. Sądziłam naiwnie, że tam zdobędę najwięcej wiedzy. Jedyne, czego się dowiedziałam, to ile wydać kasy, żeby mój ogród wyglądał tak, jak tamte. Czy o to mi chodziło? Z czasem, powstawał we mnie jakiś dziwny dysonans. Coś dziwnego działo się z moimi emocjami. Jak zawsze, kiedy świat wmawiał mi, że trzeba być trendy, iść jak wszyscy, robić to, co modne, co robi większość, a we mnie coś się nie zgadzało. Później moje problemy ze stawami i kręgosłupem okazały się poważniejsze niż myślałam i praca w ogrodzie dołączyła do spraw, które trzeba przewartościować. Musiałam przepracować ten dysonans, kiedy to patrzyłam na te wszystkie idealne wręcz ogrody, a potem na swój. Musiałam nauczyć się być sobą, znaleźć swój własny balans życiowy. Ogród stał się więc moją lekcją „tu i teraz”. Uczy mnie co jest najważniejsze, mniej ważne i kompletnie nieważne.

Ogród musi mieć przede wszystkim swoją duszę, to coś… Częściej wyczuwam to, kiedy ogród jest zbliżony do naturalistycznego, kiedy brakuje mu znacznie do tego wiodącego dziś trendu „pod linijkę”, kiedy widzę chwasty i nierówności. Kiedy nie ma modnej dziś włókniny, elegancko wysypanej ozdobnymi kamyczkami, która moim zdaniem ani jest praktyczna, ani ładna, ani wygodna i  rośliny pod nią słabiej rosną. Często przecież tak jest, że zatrzymujemy się nad jakimś cudnym krajobrazem, z  dala od ludzi, w samym sercu czystej natury i czujemy takie ciepło, które rozlewa się po sercu, taki spokój. Zachwycamy się tym widokiem, który określamy jako piękny, a przecież nie jest to trawa wystrzyżona pod linijkę. Nie jest to dzieło rąk ludzkich, z wypieloną rabatką i  kupionymi obrzeżami, tylko jakaś leśna ścieżka z wysokimi trawami po jej bokach, czasem wyższymi od człowieka. Bez równiutko ułożonej kostki. Sama natura, która chwyta nas za serce. Takie miejsca mają właśnie swoją duszę. To stanowi dla mnie istotę piękna. Nie kobieta, której nie widać spod makijażu, nie ogród zbyt perfekcyjny, nie dom, który mógłby robić za muzeum do zwiedzania, tylko natura, wsparta jedynie naszą drobną pomocą. Wiadomo przecież, że nie o to chodzi, aby pozwolić trawie rosnąć maksymalnie, ponieważ musimy się po tym miejscu bezpiecznie poruszać. Nie chodzi o to, by popadać ze skrajności w skrajność, tylko wybrać swój złoty środek.

Media kreują dziś doskonałe wnętrza, perfekcyjne ogrody, idealne kobiety (figura, makijaż, strój), a ludzie gnają za tym ideałem. Nie chcą być gorszym sortem. Otóż, nie mam z tym problemu, mogę być gorszym sortem. 😉

Jakiś czas temu, teściowa zachwycała się ogrodami i willami wielu mieszkańców swojej wsi, dopieszczonymi w każdym szczególe, z  dumą je pokazując. Nie, tym razem nie czułam już żadnego dysonansu. Nie było żadnych sprzeczności we mnie. Nie zrobiło to na mnie żadnego większego wrażenia. To nie jest moja bajka. Kiedyś usilnie próbowałam dotrzymać kroku innym. Kiedy spodziewałam się gości, wychodziłam z siebie, żeby przygotować na ich przyjazd dom i ogród. Ciągle też miałam sobie za złe, że robiłam za mało. Zawsze czegoś brakowało, żeby wyglądało to idealnie; a  to eleganckich ścieżek, których u mnie praktycznie nie ma, a to obrzeży rabatowych, których jest teraz do wyboru, do koloru. Choćbym nie wiem jak się starała wykombinować coś z niczego, to ciągle nie wyglądało tak elegancko, jak u  innych. Padałam z  przemęczenia i  wstawałam do dalszej pracy a i  tak jej wynik nie był zadowalający. Trochę się zmieniło od tamtego czasu. Uświadomiłam sobie, że życie jest zbyt krótkie, by ciągle próbować dorastać do cudzych oczekiwań, do wiodących trendów czy aktualnej mody. Jedno mam życie i fajnie by było, żeby się nim choć trochę zdążyć nacieszyć, zamiast wiecznie żyć pod dyktando. Dla siebie żyć, nie dla innych. I  najważniejsze, być sobą. Ogród jest dla mnie, nie dla innych. Jest wiejski i  prosty, obywający się bez większych nakładów finansowych. Kamienie, jak i wiele innych rzeczy, są zdobyczne lub ofiarowane. Słoma zastana, ziemia całkiem dobra, choć gdzieniegdzie mocno gliniasta. A  rośliny nie rzucają się na mnie w sklepie. Nie mam żadnego problemu, by sobie odmówić czegokolwiek. Wiele roślin dostałam, kiedy zaczęłam zakładać ogród. Jeśli coś kupuję, to w okazyjnych cenach. Wiosną lub jesienią, kopane z  gruntu roślinki można nabyć nawet za symboliczną złotówkę. Są wtedy malutkie, jednak coś za coś. W  taki sposób udało mi się stworzyć moje miejsce na ziemi.

Jaka więc jestem? Nie lubię ozdób. Nie noszę kolczyków, nie maluję się, nawet nie tuszuję zbytnio niedoskonałości mojej skóry (choć mam co). Ostatni makijaż (i pierwszy tak poważny), wykonany został  prawie 18 lat temu. Nie znam się na makijażu. W tej kwestii jestem kompletną ignorantką. Pomimo mojego wieku, nie umiem malować oczu. Nie znam się na tych kosmetykach; na pudrach, różach i  wszystkich innych, których tak naprawdę nigdy nie używałam. Okazyjnie, poza jakimś delikatnym błyszczykiem. Wiem, tylko jaki krem jest dobry dla mojej skóry. A i to nie jest proste, bo to skóra atopowa. Nie noszę pierścionków, wisiorków. Nawet obrączki nie noszę. Nosiłam ją przez pierwszy rok małżeństwa. Każdy mnie widzi taką, jaką jestem, naturalną. Najczęściej noszę gumiaki i chustkę na głowie, bo poza domem, najwięcej przebywam w ogrodzie. Nie próbuję wychodzić ponad rzeczywistość i udawać kogoś, kim nie jestem. Nie mam potrzeby zbytniego ozdabiania mojego domu ani otaczania się pięknymi przedmiotami. Nie przykładam większej wagi do detali. Nie bywam na giełdach staroci, nie zbieram pięknych filiżanek, serwetek czy innych rzeczy, które upiększą moje wnętrze lub ogród. Nie lubię zakupów i biegania za ciuchami. Zakupy robi partner wracając z pracy, z konkretną listą potrzebnych rzeczy. Rzadko bywam w sklepach. Moja szafa nie pęka w szwach. Nie mam żadnej sukni ani butów na obcasie. Nie mam ani jednego wyjściowego i eleganckiego stroju. Dlaczego? Bo ich nie noszę. Nie lubię takich strojów, źle się w nich czuję. Żadnych żakietów, krótkich spódniczek… Omijam szerokim łukiem wszelkie imprezy. Nie znoszę wesel. Nikt mnie nie zmusi do noszenia szpilek, za to kocham glany. Mam je już może ponad 7 lat i ciągle ten sam egzemplarz. Są one najwyższą formą mojej elegancji. Nie kupuję butów kilka razy w roku, tylko raz a dobrze i nie kupuję niczego „na raz”, w czym wiem, że później chodzić nie będę. Proste… Cieszę się, że również moje dziewczyny pod tym względem nie idą ślepo za modą. Nie lansują się na fejsie, nie robią selfie w pełnym makijażu, koniecznie z wypiętymi piersiami, układając specjalnie usta, aby były pełniejsze i (podobno) ładniejsze, bo taka teraz moda (sic!). Jaki jest sens oglądania setek praktycznie takich samych zdjęć, wstawianych codziennie i zachwycania się nimi za każdym razem? Niby wiem, ale nie rozumiem… Moje córki w ogóle się nie malują, choć najstarsza ma już 17 lat i okazyjnie używa jedynie błyszczyka, jak jej mama. Są dziewczęce i przede wszystkim naturalne. Nie kreują się na lalki barbie. I niech tak zostanie… Nie czują większej potrzeby zdobywania lajków i szukania cudzej aprobaty, co mnie oczywiście bardzo cieszy. Bardzo się staram, aby zrozumiały co jest w życiu ważne, że aprobata innych ludzi i choćby setki lajków, nic wartościowego w nasze życie nie wnoszą. Bez względu na samoakceptację czy jej kompletny brak.

Nie lubię również ozdabiania niczym okien. Jeden lambrekin wisi w sypialni, która jest od ulicy, aby mieć odrobinę prywatności wieczorem. Reszta okien jest pusta. Czasem na krótkie, zimowe dni, zawieszę jeden mały lambrekin w salonowym oknie, które jest od strony ulicy, żeby spokojnie poruszać się po domu, ale i to jest zbędne. Nikomu z nas nie przeszkadza puste okno. Nie lubię zasłonek, firanek, serwetek itp. Karniszy w moim domu nie było. Pierwsze, co zauważyłam po wejściu do tego domu, to brak karniszy i bardzo mi się to podobało. Tak zostało do dziś. Po co mi firanka? Przez nią nie zobaczę wrotyczu, który rośnie przed oknem.

DSC_0022

Nie zobaczę innego kwiecia, które aż pcha się do okien.

DSC_0023

I to właśnie kocham, rzeczywistość taką, jaka jest, bez ubarwiania, dosładzania, dekorowania. Przez firanki nie zobaczę moich zwierzaków, bawiących się na trawie i wylegujących na słońcu. Nie sprawdzę szybko czy wszystko w porządku na podwórku, nie zauważę na czas czy ktoś idzie. Dotrze też mniej słońca, które jest mi niezbędne do życia i które stanowi wyższą wartość niż firanka. Wnętrze mojego domu nigdy też nie będzie nadawało się do magazynu wnętrzarskiego. Nie każda rzecz ma swoje miejsce i nie ma idealnego porządku. Na stole leży zwykle cerata, ze względu na praktyczność. Moje wnętrze nie wygląda jak z katalogu. Staram się jedynie, by było czysto, skromnie i prosto. Kiedyś bałam się, że akurat wtedy ktoś do drzwi zapuka, kiedy jeszcze nie zdążę posprzątać rano i zobaczy nieperfekcyjną Panią Domu. Dziś nie zawracam sobie tym głowy i nie przejmuję się zupełnie. Dom i ogród jest dla mnie. Jeśli mam wenę na pisanie, to piszę, zostawiając bałagan na potem. Nie ozdabiam choinki na święta, bo najpiękniej dla mnie wygląda taka rosnąca w ogrodzie. Nie trzymam ściętych kwiatów w wazonie, ponieważ najpiękniej wyglądają w ziemi, w swoim naturalnym środowisku. Widzę je przecież z okna. 🙂 W domu preferuję wyłącznie doniczkowe kwiatki.

I tak w sumie podchodzę do wszystkiego. Wszystko wokół mnie; mój dom i ogród, są tworzone współmiernie do charakteru właścicielki.  Nie ma równiutkich rabatek, idealnie zawsze wypielonych, dopracowanych. To wiejski, prosty ogród, ściółkowany czasem jedynie słomą lub skoszoną trawą gdzieniegdzie, bo te nic mnie nie kosztują.

DSC_0024

Zasłaniać plastikową donicę workami jutowymi? Po co?

DSC_0027

Nie zawsze dam radę wszystko wypielić i zawsze można zobaczyć zielsko i  chwasty, rosnące lepiej i szybciej niż inne rośliny. Nigdy też nie pielę z rabat babki lancetowatej, choćby to była najbardziej pokazowa rabata, ze względu na cenne właściwości zdrowotne. Nie jest ważne czy rabata traci na wyglądzie. Żyję prosto, umiem obywać się bez wielu rzeczy. I tak wygląda wszystko wokół; prosto… Może ktoś powie, że prostacko. Ok, wszystko mi jedno. Dobrze mi z tą chustką na głowie, z gumiakami na nogach, z  moim ogrodem, którego nigdy w 100%  nie ogarnę i z twarzą, która najczęściej widzi sam krem. Nie lubię bałaganu, staram się dbać o czyste obejście i w miarę ogarnięty ogród, ale bez przesady. Ogrody pokazowe, te „pod linijkę” mi się nie podobają, po prostu. Ani dom, ani ogród nie jest na pokaz. To nie zwierzęta w  Zoo, żeby je oglądać.

Wszyscy zwykle pokazują się z jak najlepszej strony. Osobiście wolę pokazywać wszystko takim, jakie jest. Nie próbuję upiększać rzeczywistości, tylko akceptować ją.

U mnie wszystko jest piękne inaczej…

Jak ta rabata, która czeka na dalsze prace, kompletnie nie nadająca się ani na pierwsze, ani na ostatnie strony miesięcznika ogrodniczego. Rabata, która rabatą w zasadzie była, teraz jest częściowo zlikwidowana, bo plany na to miejsce się zmieniły. Póki co, zielsko i chwasty są widoczne. Takich niewizytowych miejsc mam sporo i jakoś mi specjalnie nie jest ich wstyd. DSC_0013

Tu leży piłka dzieci, tam wąż nie schowany, bo zbyt długi i zbyt ciężki, by z  nim ganiać. Dalej wiadro, które czeka na faceta, bo sama nie mam siły, żeby go dźwignąć. Podjazd bez kostki, której nie lubię. Podjazd zupełnie naturalny, z kałużami po każdym deszczu. 🙂 Wolę już te kałuże niż kostkę. Mam nadzieję, że kostki tu nigdy nie będzie. Oby, bo nie znoszę tego nowobogackiego trendu i wszystkiego pod linijkę.DSC_0018

 

Mogłabym pokazywać tylko te ładniejsze ujęcia, lepsze wersje, jak choćby to:

DSC_0017

Tylko po co? Skoro rzeczywistość jest taka, jaka jest. Ja jestem właśnie taka, mój ogród jest taki. Bez retuszu, bez udawania, bez wybierania ładniejszych ujęć. Sama prawda. Nie musimy się Wam podobać.

Lubię siebie, moją chustkę, gumiaki i kocham mój ogród takim, jakim jest, a z założenia ma być naturalistyczny. Nieperfekcyjny, jak jego pani.

Żyję tak, jak chcę. I kocham moje Podlasie za ten klimat właśnie, niezmienny od tylu lat. Za tę naturalność. Za te ławeczki przy ulicy, na których nadal siedzą staruszkowie.

DSC_0036

Jedna z ławeczek w mojej wsi.

Za te klimatyczne, drewniane chatki. Za tę prostotę, którą można znaleźć na większości podwórek.

DSC_0035

Moja wieś.

Za ten czas, który chyba się na naszym Podlasiu zatrzymał.

Zdjęcie0348

Za wsią.

Ma swój niepowtarzalny charakter…

DSC_0029

Okolice Wyczółek.

To jest jednak moje życie, mój własny minimalizm. To, co wypływa ze mnie, co określa mnie, mój charakter, moją osobę. TY możesz czuć i myśleć inaczej. Możesz lubić coś innego. Bądź sobą. I pamiętaj, aby nie iść za modnymi hasłami. Nie pozbywaj się niczego, tylko dlatego, że tak głosi zasada minimalizmu. Jak to pięknie ujęła pewna blogerka; „wszystko musi wypływać z nas”. Poczuj to. Dostosuj wszelkie definicje do siebie, do swojego stylu życia. Nie pozwól, by to inni mówili co masz widzieć, myśleć czy czuć. Stwórz swoje własne miejsce na ziemi, które będzie określać Ciebie, nie modne hasła i trendy.

Advertisements

8 uwag do wpisu “Nieperfekcyjna Pani Domu

  1. ” Nie próbuję wychodzić ponad rzeczywistość i udawać kogoś, kim nie jestem.” to trudne, bardzo trudnie i ciągle przyłapuję się na tym, że łatwo to powiedzieć ale trudno wykonać.
    podziwiam konsekwęcję w działaniu 🙂

    • Alis, na dzień dzisiejszy, przynajmniej dla mnie, znacznie trudniejsze jest udawanie kogoś innego i ciężko mi już wyobrazić sobie, że może być na odwrót. Buziaki. 🙂

  2. Dużo prawdy jest w tym co napisałaś 🙂 Podoba mi się Twoje podejście do życia, mamy je tylko jedno i nie może być udawane, a wydaje mi się że większość ludzi nosi maski i płynie „po wierzchu”, i ogrody kreują na swoje podobieństwo, ale skoro daje im to satysfakcję, to czemu nie? Ludzie słuchają różnej muzyki, czytają różne książki, lubią różną kuchnię, to i ogrody mają różne 🙂 Pozdrawiam.

    • No właśnie, czemu nie… Pytanie tylko takie mi się nasuwa, czy sprawia im to autentyczną przyjemność? Czy może to czyjeś pochlebstwa dają taką satysfakcję?

  3. Kiedy oglądam zdjęcia Twojego ogrodu to tak mi się miło zrobiło:) Cieszę się, że są jeszcze ludzie, którzy nie muszą mieć w każdym wolnym miejscu kostki, iglaków i rododendronów. Mamy tyle pięknych kwiatów, nawet tych dzikich. Uwielbiam na wiosnę nieskoszone łąki, jest tam takie bogactwo kolorów i gatunków, ale oczywiście większość woli posadzić trawę z pudełka, niż pielęgnować to co dała nam natura. Kiedy tak patrzę na Twój ogród to nucę sobie piosenkę Turnaua:

    „Znów wędrujemy ciepłym krajem
    Malachitową łąką morza
    Ptaki powrotne umierają
    Wśród pomarańczy na rozdrożach

    Na fioletowo-szarych łąkach
    Niebo rozpina płynność arkad
    Pejzaż w powieki miękko wsiąka
    Zakrzepła sól na nagich wargach…”

Komentarze nie są moderowane. To nie kółko wzajemnej adoracji. Pamiętaj tylko, że Twoja wypowiedź świadczy o Tobie, nie o mnie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s