Be mindful?

Ostatnio czytam w internecie o praktyce uważności i obserwuję, że często sprowadzana jest głównie do wykonywania technik medytacyjnych i regularnych ćwiczeń oddechowych w pozycji zazen. Można znaleźć mnóstwo bardzo dokładnych wskazówek, jak ćwiczyć, ile czasu poświęcać danym ćwiczeniom. Czyżby określenie „be mindful” stało się modne? Niektórzy uważają, iż wystarczy 5 minut dziennie, aby poprawić naszą kondycję psychiczną i fizyczną. Czy to rzeczywiście można określić jako„mindfulness”?

Dla mnie osobiście najważniejsze są w tym względzie słowa Vimala Thakar:

„Medytacja jest działaniem ciszy. W medytacji cały umysł pogrążony jest w ciszy. Koncentracja wymaga wycofania całej energii i skupienia jej na pewnym punkcie, lecz obiekt uwagi jest z góry ustalony i na nim skupiona zostaje cała energia. Nazywa się to mylnie medytacją. Jest to koncentracja, lecz nie ma to zupełnie nic wspólnego z medytacją. Medytacja jest możliwa bez oderwania. Medytacja jest możliwa w ruchu, w działaniu, medytacja to wszechogarniająca uwaga. Medytacja jest działaniem ciszy, lecz nie ciszy statycznej. Nie ciszy w znaczeniu negatywnym, będącej brakiem aktywności. To wcale nie jest ciszą. Nie wystarczy zamilknąć, aby była cisza. Cisza jest siłą twórczą o ogromnym potencjale, jest siłą niezwykle dynamiczną. Tak wiec medytacja oznacza nowe podejście do życia, kiedy to równocześnie obserwujemy obiektywny bodziec, nasze reakcje i przyczyny, które te reakcje wywołują, bez utożsamienia się z czymkolwiek. Obserwowanie psychiki i umysłu będzie początkiem medytacji. Poznanie subtelnego i bliskiego związku, jaki istnieje między ciałem a umysłem, jest medytacją. Nie wiedzy o sobie, nie gromadzenie teorii, nie zbieranie doświadczeń innych ludzi, lecz obserwowanie siebie w każdej chwili”.

Tak i ja to rozumiem. Takie jest też moje doświadczenie. Nie muszę wykonywać żadnych ćwiczeń, nie muszę nawet siedzieć w pozycji medytacyjnej i liczyć oddechów. Uważność jest wszystkim, czym żyję i co wykonuje; zmywaniem, pieleniem w ogrodzie, odkurzaniem, głosem wiatru, bzyczeniem trzmiela na moich kwiatkach. Ciszą, którą słyszę, będąc przez pół dnia sama w domu oraz kojącą samotnością, które nie ustępują nawet wtedy, gdy domownicy wracają i tworzy się czasem spory hałas. Cisza i uważność we mnie po prostu jest. Moje życie jest więc nieustanną medytacją, w każdej chwili, nie tylko wtedy, gdy siedzę w zazen. Nie chcę ograniczać medytacji i uważności do technik czy ćwiczeń. Dla mnie jest to ogromną pomyłką. Koncentrowanie się, siedzenie i liczenie oddechów stanowi bezdyskusyjną wartość, ale to za mało, ponieważ uważność jest sposobem życia i funkcjonowania, stanem naszego umysłu i dotyczy wszystkiego co robimy. Nieustanna obserwacja… Zbieranie własnych doświadczeń, nie innych. Tak to rozumiem, to wynika z mojego doświadczenia. Zawsze dążę do tego, by wychodzić poza definicję, nie trzymać się jej sztywnych ram, bo jeśli chodzi o medytację, to żadnych ram nie ma. Ona jest poza słowem, poza schematami.

Być może te 5 minut dziennie wystarczy dla poprawy kondycji, ale dla mnie to stanowczo za mało, by określić to pojęciem „mindfulness”. Jeśli ktoś skupi się jedynie na technice i wykonywaniu ćwiczeń, nauczy się jedynie techniki medytacyjnej, nie uważności. Ta jest znacznie dalej i głebiej…

Nie przynależę do żadnej grupy wyznaniowej. Zapewne znajdą się tacy, co zarzucą mi to, że skoro tak, to nawet nie jestem buddystką, a śmiem mądrzyć się. Jestem czy nie jestem, to w ogóle nie ma znaczenia. To tylko etykietki, nadawane przez ludzi, którym brakuje świadomości. Ważne jest coś zupełnie innego. To, co ma się w sercu. I choćby najwięksi nauczyciele krytykowali mnie za to czy tamto, dla mnie to nie ma znaczenia. Jestem wolnym człowiekiem, a tego, co mam w sercu, nie odbierze nikt, nawet sam Dalajlama. Idę przez życie zwracając uwagę na znaki, jakie stawia w moim życiu moje własne doświadczenie. Ono jest mi najlepszym drogowskazem. Mądre słowa czy wiedza wyczytana, znaleziona lub usłyszana, muszą przejść przez bramę mojego doświadczenia, inaczej nie mają mocy. Są takie, które nie przechodzą i nie mogę ich przyjąć. Choćby największy buddyjski mistrz mi wykładał największe mądrości, będą mieć niewielką wartość, jeśli nie przejdą przez ową bramę. Dlatego też nigdy nie potrafiłam się niczemu i nikomu przyporządkować. Zen mam w sercu, to wystarczy…. Mój Zen. Taki, jaki wynika z mojego doświadczenia. Etykietki i przynależność nie są dla mnie ważne. Bardzo wiele czerpię z dostępnych nauk. Mam swoich mistrzów, którzy mnie inspirują, ale nikomu nie wierzę bezkrytycznie. Wiara tu nie jest potrzebna. Jest wiele tekstów i słów, w których odnajduję siebie. Jednak wszystkie muszą przejść przez moją bramę, gdzie doświadczenie stoi na straży. Nie przyjmę niczego, co zostanie mi z góry narzucone lub tak nakazuje dana religia. Niczego, czemu trzeba zaufać, ponieważ samo zaufanie uważam tu za zbędne.

„Człowiek, który wie, nie potrzebuje wiary. […] Prawda jest w tobie, wiara przychodzi z zewnątrz. Nic, co przychodzi z zewnątrz, nie pomoże ci” – Osho.

Nie, nie wystarczy 5 minut. Nie wystarczy godzina. W ogóle nie chodzi o czas. Nie chodzi o technikę, nie chodzi o ilość wykonywanych ćwiczeń. To jakaś okropna pomyłka.

Żyj tym… Wsłuchaj się w siebie, obserwuj w każdej chwili. To wystarczy… Nie komplikuj niczego. Upraszczaj, jak tylko to możliwe. Samo życie i tak już jest wystarczająco skomplikowane. Siła tkwi w prostocie.

Reklamy

One Reply to “Be mindful?”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s