Rzeczywistość jaka jest, nie każdy widzi

Każdy z nas patrzy na świat w sobie właściwy i charakterystyczny sposób. Idzie przez życie z jakimś do niego nastawieniem. Ile ludzi, tyle rzeczywistości. Czasem z wielu różnych powodów wybieramy nie swój sposób widzenia, tylko jakiś inny, narzucany nam przez aktualne trendy, popularność lub ludzi, którzy ten sposób uważają za najlepszy. Zakładamy sobie różowe okularki, żeby świat wydawał nam się lepszy niż jest w rzeczywistości i powtarzamy, że wszystko będzie dobrze, zupełnie nie rozumiejąc sensu wypowiadanych słów. Czasem wymieniamy je na czarne, kiedy zauważamy, że różowe przestały spełniać swoją funkcję, bo piękny widok nam się gdzieś ulotnił, a życie pokazało, że nie do nas należy ostatnie słowo. Bywa też tak, że uparcie nosimy te jedne, wybrane i zapominamy chyba o ich obecności. Nie idzie nas wtedy przekonać, że to jedynie nasza perspektywa. Nie zauważamy pięknych chwil, bo ta czerń nam wszystko przesłania. Są też tacy, co wolą widzieć wszystko realnie, bez ubarwiania. Najbliższa mi jest grupa ostatnia, choć z  pewną różnicą. Na pytanie co widzę; szklankę do połowy pustą czy w połowie pełną lub może po prostu, szklankę z wodą (jak w przypadku realistów), odpowiem, że zawsze pełną szklankę. Bo nasze życie pełne jest wszystkiego.

Bez nazwy

1abee-ego
Optymista

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze brakowało mi tej wyobraźni, by zobaczyć to, co widzą optymiści. Nie chciałam żyć wyobrażeniami. Do tej grupy chyba nigdy nie należałam. Zawsze wolałam być pozytywnie zaskoczona niż negatywnie rozczarowana. Wolałam prawdę. Zmierzenie się z nią bywa bardzo trudne, bo niezwykle trudno zakceptować czasem, to czego absolutnie nie da się zaakceptować. Nie patrzyłam jednak na życie tylko przez czarne okulary, choć zdarzało się. Czasem miałam wrażenie, że wszyscy na siłę mi je wsadzają i próbują z wszelkich sił zrobić ze mnie optymistę. Zdarzały się chwile niebywale ciężkie, z którymi jako młody człowiek nie umiałam sobie jeszcze radzić. Widziałam wiele złego, ale też wiele dobrego. Czasem tego złego było więcej, czasem dobro przeważało. Widziałam rzeczy takie, jakie były. Nie ubarwiałam ich sobie, przekonując siebie do nieprawdy, że będzie lepiej. Nie wiedziałam tego, jak będzie. Kiedy było źle, to nie dopisywałam do tego innej ideologii. A czasem bywało bardzo źle. Z racji tego, że optymizm zawsze był mi obcy, wmawiano mi przeróżne rzeczy, mało zgodne z prawdą, ale z braku doświadczenia, wierzyłam w nie. Czułam się przez to gorsza, przez wiekszość mojego życia. Zawsze byłam inna niż wszyscy i zdaje się, że dla tej większości stanowiło to raczej problem. Nie umiałam sama wydobyć z siebie tego, co we mnie jest wartościowe. Wysyłano mnie do psychiatry, który zawsze chciał przepisywać leki lub do psychologów, którzy zapisywali mnie na różne, bezskuteczne terapie. Chcieli mnie wyleczyć z mojej indywidualności, uśpionej jeszcze, nieodkrytej. Chcieli leczyć z czegoś, w co sami mnie wpędzili. Oni wraz z innymi ludźmi i całym chorym systemem. Rozumiem jednak, że podchodzili do mnie w wyuczony sposób, z teorią wbitą do głów na studiach, według dostępnej wiedzy. Nie umieli wyjść poza schemat, poza teorię, a tylko tak można do mnie trafić. Dopiero po latach, pewnemu człowiekowi udało się sprawić, że sięgnęłam w głąb i odnalazłam siebie. Nie wiem, co by było, gdybym nie trafiła do Pana Michała… Odmówiłam leków, odmówiłam terapii, zgodziłam się jedynie na spotkania z psychologiem, nie terapeutą. Czułam, że Ci wszycy ludzie nieświadomie robili mi przez lata krzywdę, a ja bezmyślnie się na to godziłam. Zgodziłam się jedynie na to, by poznać siebie. Stanęłam sama przeciw światu i w prawdzie przed sobą. Zbuntowałam się. To było najlepsze, co mogłam zrobić, bo spowodowało, że uwierzyłam w siebie.

Kochani, pamiętajcie, żeby do wszystkiego podchodzić z pewną dawką sceptycyzmu, zwłaszcza do teorii stawianych Wam przez psychologów, psychiatrów czy innych wykształconych w jakiejś dziedzinie ludzi. Mogą Wam wyrządzić więcej krzywdy wtedy, jeśli będziecie im bezkrytycznie ufać, oddając się bezwarunkowo w ręce drugiego człowieka. Najpierw trzeba zaufać sobie i posłuchać siebie. Do tego nie jest Ci potrzebny tytuł magistra, doktora czy profesora. Nawet najlepszy psycholog niewiele zdziała, jeśli człowiek nie zaufa sobie, nie wejrzy w siebie. Aby to zrobić, trzeba wyłączyć wszystkie myśli, które umysł wciąż Ci podsuwa. Niczego nie usłyszysz, jeśli w Twojej głowie hałasują Twoje własne myśli. Najlepszy nauczyciel, najlepszy drogowskaz jest w nas samych, tylko głęboko ukryty i trzeba się tam przedostać przez zgiełk własnego umysłu. Słuchać i ufać swojej intuicji. Inni jedynie mogą Ci pomóc, ale też i zaszkodzić. Nikt bowiem nie wykona za Ciebie tego zadania. Bowiem dobrym psychologiem jest tylko ten, kto umie pomóc Ci ten drogowskaz z siebie wydobyć. Nie trzeba iść tam, gdzie wszyscy idą, robić to, co większość uznaje za „dobre” i zachowywać się tak, jak społeczeństwo uznaje za stosowne. Nie trzeba słuchać kogoś tylko dlatego, że ma tytuł naukowy i „wiedzę” większą niż my. Sama teoria to nie wszystko. Jeśli intuicja głośno Ci coś podpowiada, posłuchaj jej. Ty sam najlepiej wiesz, co dla Ciebie jest dobre, wystarczy odrobina uważności i duża garść czasu. Problemy biorą się głównie z tego, że nie potrafimy słuchać. Nie z tego, co mówią inni ludzie. Ci niech mówią sobie do woli…

Nie umiałam nigdy czegoś ubarwiać czy nadinterpretować. Nie umiałabym uwierzyć w żadne bajki, że będzie dobrze. Próbowałam iść zgodnie z oczekiwaniami, zgodnie z panującym trendem bycia optymistą. Próbowałam zakładać różowe okulary. Tyle się nasłuchałam i naczytałam, że tak jest lepiej. Nic dobrego z tego nie wynikało, wręcz przeciwnie. Jak miałoby być inaczej, skoro nikt nie wpadł na ten pomysł, by nie kierować mną, ale by pomóc mi zauważyć moją własną osobowość i nie wciskać mi innej, dla mnie obcej. A ja naiwna dałam się prowadzić… Z oporami, ale pozwalałam. Bo to wykształceni ludzie, magistrowie, doktorowie, profesorowie, mądrzejsi ode mnie. Wszyscy byli mądrzy, tylko ja nie wiedzieć czemu jakaś dziwna, inna, odmienna. Dziś w tym widzę moją siłę.

Najważniejsze to być sobą i słuchać najpierw siebie. Głęboko w nas siedzi najlepszy dla nas nauczyciel, tylko trzeba się wsłuchać. Nikomu się jeszcze nie udało wpisać mnie w jakiś kanon czy schemat i nie mam nic przeciwko, by tak zostało. Byłam i mam zamiar nadal być sobą, poza wszelkimi kwalifikacjami, poza schematami. Nie dam się zaszufladkować. Zawsze odrzucało i nadal odrzuca mnie od każdego, kto mówi „będzie dobrze”, jakby był jasnowidzem. Będzie, jak będzie. Dziś nie chcę spodziewać się od życia czegokolwiek czy przewidywać dobre zakończenia, bo moje pobożne życzenia mają się nijak do życia. Wiem, że może być różnie. Chcę tylko być przygotowana na wszystko, umieć świadomie podejść do tego, co się może wydarzyć. Już jako dziecko byłam nadzwyczaj świadoma nieuniknionej śmierci. Jako mało dziewczynka myślałam o tym, jak umrę i czy można się na to przygotować. Nie miałam łatwego dzieciństwa. Już wtedy wiedziałam, że liczy się teraz, bo jutro może nie nadejść. Odkąd pamiętam, żyję tak, jakby jutro miało nie nadejść. Nigdy niczego w życiu nie żałowałam, choć lekcji dostałam od życia mnóstwo. Bo to były lekcje i to jedno rozumiałam zawsze. Wszystkie odrabiałam sumiennie, w miarę swoich możliwości i doświadczenia. Całe życie uczyłam się przyjmować ciosy i być gotową na śmierć, ból, cierpienie. Bo na szczęście przygotowywać się nie musiałam. Nie sprawiało mi ono problemów. Chciałam być gotową na wszystko, co będzie dla mnie trudne do zaakceptowania, jak choćby ciężka choroba, z którą prędzej czy później dziś większość ludzi się zmierza. Zdawałam sobie sprawę, że na coś trzeba umrzeć. Zawsze byłam boleśnie świadoma różnych stron rzeczywistości, zwłaszcza tych trudniejszych do zaakceptowania. Musiałabym być ślepa i głucha, by nie zauważyć, że świat nie jest ani przyjazny, ani dobry, ani poukładany, jak mi często wmawiano. Musiałabym nie widzieć, że ludzie chorują, zostają kalekami, umierają. Dochodzą do tego powodzie, susze, katastrofy lotnicze i lądowe, pożary, wojny, głód, bieda i inne tragedie. Taki też jest świat. Absurdem byłoby myślenie, że jest inaczej a mnie to na pewno nie spotka. Czasem ten świat jest piękny, czasem wyjątkowo okrutny. Nigdy nie myślałam inaczej i długo próbowałam zaakceptować ten fakt, bo to wcale nie jest takie łatwe. Czy do końca mi się udało? Nie wiem. Tak samo nie wiem czy można do końca być przygotowanym na śmierć, ale jedno jest pewne, kiedyś się dowiem.

Jako osoba z silnie rozwiniętą empatią, nie dość, że swoich uczuć miałam pod dostatkiem, to odbierałam także uczucia innych ludzi. Nie miałam żadnego problemu, by wczuć się w kogoś innego. Problemem było, by umieć się od tego zdystansować. Sprawić, by te uczucia nie stały się moimi własnymi, by zachować przy tym spokój własnej duszy. Cierpienie innych, było cierpieniem moim. Czyjś ból, był moim bólem. Problemem było, by nie identyfikować się z uczuciami innych, jak i z moimi własnymi, by utrzymywać w sobie spokój, jasność myślenia i głęboką świadomość.

Ciężko być nadwrażliwcem…

Dopiero po latach, buddyzm pomógł mi zrozumieć co to jest przemijalność; że znika wszystko, co stwarzamy, wraca za chwilę to, co usuwamy. Zrozumiałam wtedy tak wiele sytuacji ze swego życia. Zrozumiałam siebie i swoje uczucia i dlaczego coś było takie, a nie inne. Zrozumiałam, że zen był ze mną od zawsze, tylko nie byłam tego świadoma. Od pierwszych chwil stał mi się niezwykle bliski. Jeszcze go nie znałam, nie byłam świadoma, a pewne kwestie były we mnie wyryte. Kiedy zetknęłam się z buddyzmem, miałam takie wrażenie, jak wtedy, kiedy spotykamy człowieka pierwszy raz w życiu, tylko to uczucie, jakbyśmy znali się całe życie. Odmian i nurtów buddyzmu jest mnóstwo. Nie przyjęłam żadnego jako swojego, idę jakby nurtem własnym. Dziś, na pytanie czy jestem buddystką, odpowiem jak zawsze, że jestem człowiekiem, ale tak, buddyzm zen jest drogą, którą jako człowiek wybrałam.

Moim wyborem jest więc podejmowanie wszelkich prób dostrzegania i przyjmowania wszystkiego takim, jakie jest. Jedyne, co mogę zrobić, to oswajać ten świat.

Reklamy

4 Replies to “Rzeczywistość jaka jest, nie każdy widzi”

  1. Optymizm to moim zdaniem styl życia, nikt nie rodzi się pesymistą, tylko to życie nasz kształtuje tak ,że albo widzimy go w kolorach tęczy albo w kolorach szarości .

    1. Moim zdaniem chodzi o to, by widzieć życie w jego rzeczywistych barwach. Nie ma „albo, albo”, bo paleta barw zawiera je wszystkie, łącznie z szarymi i czarnymi, o czym codziennie przypomina nam życie.

Komentarze nie są moderowane. To nie kółko wzajemnej adoracji. Pamiętaj tylko, że Twoja wypowiedź świadczy o Tobie, nie o mnie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s