To już 4 lata…

Niedługo miną 4 lata odkąd mieszkamy na Podlasiu. Kiedy tu przyjechałam, rzeczywistość widziałam nie inaczej, jak przez własną perspektywę. Miałam to szczęście, że byłam tego świadoma i wiedziałam, że to, co widzę, niekoniecznie musi być właśnie takie. Widziałam miłych i uśmiechniętych ludzi, ale starałam się utrzymywać swój dystans, w stosunku do siebie i do innych. Bardzo mi on pomógł w tym czasie. Nauka nieoceniania przyszła jednak troszkę później. Uczyłam się, że czyjś uśmiech jest po prostu uśmiechem, bez dorabiania do tego teorii życzliwości czy nieżyczliwości. A to, jak widzę drugiego człowieka to jedynie moja perspektywa. Nie jest on ani dobry, ani zły. Jest, jaki jest. Czasem po prostu nieświadomy swoich własnych perspektyw, poprzez które widzi rzeczywistość i dlatego swoimi ocenami wbija w innych kolce, które mają za zadanie ranić innych, a tym samym chronić siebie.

Stan naszego umysłu po przeprowadzce w nowe miejsce jest podobny do stanu zakochania. Niewiele ma to wspólnego ze stanem faktycznym, ponieważ nasze emocje są tak pobudzone, że mogą zaburzać widzenie. Ten stan patrzenia przez różowe okulary może się dość długo utrzymywać. 🙂 Kiedyś jednak przychodzi czas mierzenia się z rzeczywistością i wtedy czasem brutalnie spadamy z tych chmur na ziemię. Zaczynamy wtedy przeklinać ten śnieg, który jeszcze niedawno tak nas cieszył i te sarny czy inna zwierzyna, nagle stają się szkodnikami. Ludzie, niegdyś życzliwi, nagle stają się źli. Nasz partner, taki cudowny wcześniej, a teraz, to zupełnie inny człowiek. Jak wielu z nas w tym momencie potrafi sprzedać dom, z mężem wziąć rozwód, a na ludzi psioczyć, jacy są okropni. Mam już za sobą ten okres. Miałam to szczęście być na tyle świadomą, że do chmur nie dotarłam. No, może troszkę polewitowałam tuż nad ziemią. 🙂 Czas teraz na nowe, inne doświadczenia, na odbieranie rzeczywistości. A ta cóż, jest jaka jest.

Kiedy zachwalamy jakąś osobę, społeczność czy miejsce, opisując ją w samych superlatywach, nie zawsze pamiętamy o tych perspektywach, które zaburzają nam sposób widzenia. Podchodzę do człowieka z dystansem; mniejszym lub większym, ale zawsze z dystansem. Słucham mojej intuicji, która jest niezawodna. Kiedy zapala się czerwona lampka, wiem wtedy, że trzeba być jeszcze bardziej uważnym niż zwykle. Dawnymi czasy, robiłam wtedy zwykle uniki. Byłam ostrożna. Dziś ostrożność zamieniam na uważność i idę lekcję dalej, stawiam czoła tym ludziom. Nie uznaję błędów tylko lekcje, za które zawsze jestem wdzięczna. Tak właśnie podchodzę do życia. Ktokolwiek lub cokolwiek wywołuje w nas ból, jest naszym nauczycielem. Lepiej tak myśleć, niż zaśmiecać swój umysł obwinianiem.

Wszyscy dookoła trąbią, że nieufny człowiek jest nieszczęśliwy, że tak się nie da żyć, że powinno się to zmienić. Nie mogę się z tym zgodzić. Jak to powiedział kiedyś jakiś Budda, że dystans jest kluczem do szczęścia. Uczę się go i jest on moją szkołą życia. Trzymam dystans w stosunku do ludzi, jak również pracuję, by go nie zabrakło w stosunku do mnie samej, moich przekonań, a zwłaszcza emocji, które były są i będą. Najważniejsze to zawsze być jakby z boku, przypatrywać się, nie zatrzymywać, nie oceniać. Być – po prostu. Po tych 4 latach mogę to powiedzieć, że jestem, tak po prostu.

Czy zawiodłam się na tutejszej społeczności? Trudno być zawiedzionym, kiedy się nie miało żadnych oczekiwań. Pozytywnych zaskoczeń również brak; staram się niczego nie oceniać. Inni ludzie nader często stają się moimi nauczycielami i to miejsce się zbytnio nie różni od innych pod tym względem. Miałam już niejedną okazję, by poznać tutejszą ludność; z tej mniej przyjemnej strony również. I to też były te cenne lekcje, z których wiele się nauczyłam. Utwierdziły mnie one w przekonaniu, że warto słuchać tego, co ma się w środku, w sobie, bez względu na to, co inni mówią na ten temat. Tu, jak w żadnym innym miejscu, mogę cieszyć się swoją samotnością i żyć swoim życiem a nie cudzym. Nie wdaję się w żadne zażyłości ani życie towarzyskie, choć ludzie są tu bardzo ciekawscy i bardzo chcą uczestniczyć w moim życiu. I na pewno nie jestem osobą, która siedzi cicho, bojąc się odezwać, kiedy trzeba. Potrafię zająć stanowisko, które może nie odpowiadać wielu osobom. I choć to bywa groźne w takim wiejskim środowisku, mnie to nie zraża. Nie boję się odrzucenia ani ludzkiego gadania. Czasem jestem mrukiem, nie odzywam się, patrzę sobie z boku. Można by sądzić, że zawsze przyjmuję postawę raczej bierną i bez trudu mnie można „urobić”. Nic bardziej mylnego. Potrafię jednak wyjść przed szereg z własnym, odmiennym zdaniem, jak również stanąć ze wszystkimi w grupie.

To już 4 lata… Jak szybko ten czas zleciał. Zmieniło się to miejsce, zmieniłam się ja sama. Czasem sama jestem zdziwiona jak bardzo. Jak po tym czasie oceniam to miejsce? Jak tu się żyje? Normalnie, jak to na wsi. Społeczność również, jak to na wsi; jest taka, jaka jest. Kłopoty były, są i będą. Mimo wszystko lubię mój dom. Lubię pracować w moim ogrodzie. Cudnie rano wypić kawę na tarasie, patrzeć na słońce rozlewające się po ogrodzie lub na mgłę pod lasem czy deszcz bębniący o dach. Czasem wsłuchać się w  kompletną, wieczorną ciszę. Niepotrzebny wtedy komputer, telefon czy telewizor. Wystarczy mi obserwacja tego, co mnie otacza. Wystarczy mi mój ogród, w którym mogę zginąć i przepaść, zapominając o reszcie świata i jego problemach. Problemy są, jak zawsze. Ostatnio trochę podpadłam miejscowemu pszczelarzowi. Jako radna sołecka i matka dzieci, które przez cały czerwiec (kiedy pszczoły się czerwią) nie mogły wcale wracać z autobusu do domu, poszłam do gminy w sprawie skargi, którą chciała złożyć jeszcze inna matka z naszej wsi, której dziecko jest uczulone. Prosiła o interwencję. Akurat byłam w mieście i sołtysowa mnie zgarnęła, żeby jej pomóc. Poszłam, choć czułam, że mogą być problemy, a tu wszyscy wiedzą, że lepiej się nie wychylać. Nie byłabym sobą, gdybym w strachu przed „gadaniem” bała się wypowiedzieć swoje zdanie i nie próbowała nawet ochronić także moich dzieci. No i zebrały się gromy nade mną, choć to nie ja napisałam skargę, a tylko udzieliłam poparcia osobie składającej, z wiadomych względów. Niestety, te ule są przy samej drodze, w środku wsi, przy głównej ulicy. W czerwcu bez przerwy się roją, czasem uciekam z własnego podwórka, bo chmara nade mną leci. Raz uciekałam z własnego tarasu, na którym siedziałam z córką. Raz córka spadła z rowerku w krzaczory, bo ją zaatakowały przed bramą naszą, na ulicy. Czasem odcinają komuś drogę i nie pozwalają wrócić. Są wtedy agresywne. Z sąsiadem nie da się porozmawiać, skargi składane przez matkę dziecka uczulonego nic nie dają. Wzywanie policji również nic nie dało, bo sąsiadce odmówiono połączenia i wysłano do właściciela uli. Z duszą na ramieniu czasem wracała od autobusu, widząc nad ulicą czarną chmarę. Zwykle wychodziłam po dzieci, ze swetrami czy płaszczami przeciwdeszczowymi, by się nakryły, a raz wchodziłyśmy na działkę od tyłu, przez zielsko i pokrzywy. Wszyscy we wsi żyją tu w ten sposób, żeby się nie wychylać. Nie potrafię i nie chcę tak żyć. To oznacza zależność od cudzych opinii. Nie mam nic przeciwko pszczołom, one nie są tu winne. Za nie odpowiada pszczelarz, a mieszkańcy powinni być bezpieczni. Niestety nie jesteśmy i wydaje się, że niewiele w tej kwestii można zrobić. Można liczyć na dobrą wolę pszczelarza, a  tej niestety brak. Mógłby przecież nie kadzić im (co je denerwuje i wtedy też są agresywne) w czasie, kiedy nadchodzi czas przyjazdu autobusu z dziećmi, ale on robi to właśnie wtedy. Mógłby uspokajać je jakoś przez ten miesiąc, troszczyć się o to, by się tak nie roiły, skoro skutki rójki nie są pożądane dla samego pszczelarza. Przecież nie mieszka tu sam. Normalnie razem z sąsiada pszczółkami pracujemy przy kwiatkach i nie zwracamy na siebie uwagi. Każda z nas jest zajęta swoją robotą i jest ok. Nigdy ich nie zabijam, nawet, gdy atakują. Nie robię oprysków chemicznych w czasie, gdy są aktywne. Dbam o nie, zapraszam je do swojego ogrodu. Chciałabym tylko, by ule stanęły w innym miejscu, dalej od ulicy, bliżej ich pożytku lub by skutecznie zapobiegano rójkom. Dbam o bezpieczeństwo moich dzieci. Jeżeli to jest mój błąd, to będę go popełniać pewnie do śmierci i nie będę za to przepraszać. To mój obowiązek. Mogę być wyklęta, odrzucona, oplotkowana i co tam jeszcze ktoś wymyśli. To mnie nie złamie. Nie boję się, a z samotnością jesteśmy w serdecznych stosunkach. Uwielbiamy swoje towarzystwo.

A wszystkim, nawet tym, którzy mi źle życzą lub źle o mnie mówią, posyłam mój uśmiech z życzeniami wewnętrznego pokoju. 🙂

źródło: http://nadziejadlaciebie.blogspot.com/

Om Shanti Shanti Shanti…

Reklamy

2 Replies to “To już 4 lata…”

  1. Bardzo mądre słowa, Alis. 🙂 Ciągle powtarzam, że poddanie, to najlepsze co możemy zrobić, bo podczas walki tracimy siły i energię, zamiast ładować ją swoim spokojem i poddaniem.

  2. Trafiłam kiedyś na cytat:”Pomyśl, że ten, kto walczy z tobą, zawsze wzmacnia twoje siły i doskonali twoje umiejętności. Twój przeciwnik jest zawsze, w końcu, twoim najlepszympomocnikiem.”i zapisałam go sobie na dłużej… :)sprawa z pszczołam bardzo przykra, są ludzie którzy lubią gnębić innych, a rozwiązania są takie proste:)

Komentarze nie są moderowane. To nie kółko wzajemnej adoracji. Pamiętaj tylko, że Twoja wypowiedź świadczy o Tobie, nie o mnie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s