Na wagę złota

Nasze relacje kształtuje sposób w jaki porozumiewamy się ze sobą. Wydawać by się mogło, że poziom dzisiejszej wiedzy jest duży. Bogaty zasób słów, dostęp do książek, internetu. Pomimo tego czasem wcale nie jest łatwo dogadać się z drugim człowiekiem. Powodem tego nie jest brak informacji. Problemem są informacje, które wcale nie prowadzą człowieka w dobrym kierunku, które uczą zasady coś za coś. Ja się do Ciebie uśmiechnę i nie skrytykuję, a Ty będziesz mi schlebiał, dzięki czemu moja wartość podskoczy mocno w górę. Nic dziwnego, że komunikacja mocno kuleje.

Dawno temu wpadła mi w ręce książka „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” Dale’a Carnegie. Zapadła mi głęboko w pamięć i na lata. Po tych kilku latach, stwierdziłam jednak, że coś mi w niej nie pasuje. Wtedy nie wiedziałam jeszcze co. Głównie chodziło  w niej o to, jak zdobyć czyjąś przychylność. Wymieniono szereg podpowiedzi, jak to osignąć; jak zdobyć więcej przyjaciół. Niech ktoś mi powie w jakim celu mam to czynić? Po co zdobywać sobie czyjąś przychylność? Chyba tylko po to, żeby samemu poprawić sobie humor i mniemanie o sobie. Nie tędy droga ludziska. To droga na skróty. Podnoście sobie własną wartość bez udziału innych osób. Niech drugi człowiek nie ma wpływu na waszą wartość. Czy jakikolwiek Mistrz czy buddyjski nauczyciel robił cokolwiek, by zjednać sobie ludzi? Czy dbał o to, by o nim mówiono dobrze, by mieć szereg przyjaciół wokół siebie? Nie krytykuj, uśmiechaj się, rób to, nie rób tego. NLP i wszystkie inne tego typu metody brzmią jak instrukcja polowania na zwierzynę. Nie da się uniknąć krytyki, ona jest, była i będzie. Teksty o pięknym życiu bez krytyki to utopia. Mnie nie interesuje, co by było gdyby i jak pięknie by było. Mnie interesuje chwila obecna, jakakolwiek ona jest. Problemem jest raczej fakt, że nie umiemy jej przyjmować, jesteśmy drażliwi na swoim punkcie. Konstruktywna krytyka krzywdy nam nie wyrządzi, a ciosami poniżej pasa przejmować się przecież nie trzeba. Ludzie ranią nas tylko wtedy, kiedy im pozwolimy, pamiętajmy o tym. Jeśli ktoś trafił nas w czuły punkt, należy się temu przyjrzeć. Cały szkopuł w tym, aby nie odpierać ataków. Trzeba nauczyć się je przyjmować i jeszcze zrobić z tego użytek. Dzieci nieodpowiednio zakomunikowaną krytykę przyjmują w bardzo zdrowy sposób. Jednym uchem wpuszczają, drugim wypuszczają. Nasza podświadomość nie zarejestruje tego, czego nie zna, co jest jej obce. Jeśli już rejestruje, znaczy, że coś jest na rzeczy. Nie oznacza to jednak, że musimy naszemu agresorowi przyznać automatycznie rację. Może się bardzo mylić, ale rzuci nam światło na coś innego, z czym mamy problem. Jeśli ktoś zarzuca mi, że mam problem z alkoholem, nie znaczy automatycznie, że jestem alkoholikiem. Może ktoś w rodzinie miał ten problem a we mnie jest coś, co wymaga uzdrowienia.

Chcesz być akceptowany to stosuj akceptację w swoim życiu. Akceptuj innych, a będziesz akceptowany. Niby dlaczego tak a nie inaczej? Akceptacja jest to coś, co trzeba szukać w sobie a nie uzyskiwać od innych. Nie oczekuj akceptacji od innych, bo to stąpanie po kruchym lodzie. Najbardziej klasycznym tego przykładem jest Facebook, ponieważ to innym dajemy władzę uszczęśliwiania nas. Inni mogą nas zarówno wynieść na wyżyny, jak i boleśnie sprowadzić w dół, co skutkuje spadkiem samooceny. Nasze poczucie wartości jest zależne wtedy nie od nas samych, a od wielu innych czynników. Raz się podnosi, raz spada.

Chcesz być wysłuchany to słuchaj. Nie jest to żadną regułą. To, że nauczysz się słuchać innych wcale nie oznacza, że sam zostaniesz wysłuchany. Mówię to z własnego doświadczenia. Ludzie nauczyli się mówić o sobie, ale słuchać już nie umieją. Bardzo łatwo przyzwyczaić ich do tego, że pod tym adresem można się wygadać i zawsze zostaną wysłuchani, ale rewanż bardzo często jest niemożliwy. Umiejętność słuchania wraz z umiejętnością milczenia jest dziś na wagę złota.

„Na­tura dała nam dwo­je oczu, dwo­je uszu, ale tyl­ko je­den język po to, abyśmy więcej pat­rzy­li i słucha­li, niż mówi­li” – Sokrates.

To jest właśnie głównym naszym problemem. Za dużo mówimy, za mało słuchamy. Świat dziś idzie w odwrotnym kierunku.

Często ludzie podczas konwersacji zadają pytania tylko po to, by móc za chwilę wypowiedzieć się na ten temat lub wyrazić dezaprobatę. Pytają o coś, co znają, w czym mogą zabłysnąć, pokazać się z tej lepszej strony, a także podnieść sobie swoją wartość. Właściwie nie interesuje ich odpowiedź adresata, chcą wtrącić swoje trzy grosze na dany temat. Często spotykam się z tym także, że ktoś podczas mojej wypowiedzi nie słucha tego, co mówię, tylko w myślach już układa kontrargumenty. Nie mam z tym żadnych problemów, by wyczuć kiedy ktoś mnie słucha, a kiedy nie. Ostatnio przyjechała do mnie z wizytą osoba, którą kiedyś uważałam za przyjaciela. Przestała nią być, kiedy zrozumiałam, że w zasadzie to nigdy mnie nie słuchała. Do dziś to się nie zmieniło, głównym tematem rozmowy jest ona sama i nie próbuję już w żaden sposób tego zmieniać. Jeżeli ktokolwiek podczas znajomości ze mną zadaje sobie pytanie, dlaczego tak mało z siebie daję, dlaczego tak mało mówię o sobie, albo ma pretensje, że zamykam się w swoim świecie, niech sam sobie na to pytanie również poszuka odpowiedzi. Czy zrobił coś, by to zmienić? Czy może skupił się tak mocno na sobie, że dla innych zabrakło już miejsca? Przecież to proste, jeśli nie zapytałeś, nie dostaniesz odpowiedzi. Nie jestem z tych, którzy wyrywają się z odpowiedzią bez pytania lub mówią o sobie nie proszeni. Potrafię wyczuć, kiedy kogoś interesuje coś więcej poza nim samym. Nie jestem z tych, którzy domagają się uwagi. Informacje ze mnie trzeba wyciągnąć. Mam skrytą naturę. Co do niektórych osób, to wiem, że nie ma sensu zbytnio się starać, bo pytanie jest tylko kurtuazją i wystarczy odpowiedzieć ogólnie, że u mnie wszystko ok. Autentycznie zainteresowanemu taka odpowiedź nie wystarczy.

Mój własny mąż bardzo często porozumiewa się tworząc komunikaty typu „Ty” i potem jest wielce zdumiony tym, że napotyka ścianę zamiast drzwi. Taki komunikat zmusza rozmówcę jedynie do zajęcia postawy obronnej. Rozmówca czuje się atakowany. Wiele osób posługuje się takimi właśnie komunikatami, zamiast mówić o sobie i swoich uczuciach, bez wydawania sądów, bez atakowania drugiej osoby, bez wywyższania się. Takie zachowanie jednak nie ma nic wspólnego z krytyką. Jeśli czujesz się atakowany, znaczy jesteś atakowany, nie krytykowany. Na ataki odpowiadać nie trzeba, ale można pochylić się na sobą i pomyśleć. Można przestać zaprzeczać i zacząć zastanawiać się, dlaczego akurat teraz się bronię. Może ten człowiek pokazuje mi teraz, że jest coś, co wymaga naprawienia? Nasza komunikacja leży, to fakt, ale co ja osobiście mogę z tym zrobić i czego dotąd nie zrobiłam. Kto zastanawia się nad sobą w takiej chwili? Ile osób się w tym momencie zacietrzewia i zastanawia się nad błędami tej drugiej osoby zamiast nad swoimi? Tak, to jest trudne, nawet bardzo. Wiem coś o tym.

Bardzo trudno dziś o porozumienie z drugim człowiekiem. Im bardziej jesteśmy z kimś związani emocjonalnie, tym to trudniejsze, ponieważ emocje zaburzają nam pole widzenia. Nie jesteśmy w stanie obiektywnie spojrzeć na daną sytuację. W ogóle zbyt rzadko zastanawiamy się nad relacjami i komunikacją. Za mało pracujemy, by to porozumienie poprawić. Zbyt ufamy innym, przyjmując teorie innych, zamiast szukać własnej prawdy. To temat bardzo szeroki i nie da się go wyczerpać w jednym wpisie, ale jest dla mnie w tej chwili bardzo ważny. Próbuję pozbierać do kupy wszystkie relacje, te przeszłe i te teraźniejsze. Przypatruję im się z boku, bez faworyzowania i usprawiedliwiania własnej osoby, co jest doświadczeniem bardzo trudnym. Próbuję wyjrzeć poza te foremki, które wpływają na widzenie przez nas świata, poza własną perspektywę. Zadaję sobie pytanie jak wyglądają moje relacje z innymi. Próbuję usprawnić komunikację w najtrudniejszej relacji, jaką jest małżeństwo, ze względu właśnie na zaangażowanie emocjonalne. Zarzucono mi kiedyś, że może jestem osobą aspołeczną i nie potrafię budować relacji. Rozważałam to przez wiele lat. Postanowiłam mu się przyjrzeć i tak robię to do tej pory. Myślałam, że może to we mnie jest coś takiego, co sprawia, że nie mam przyjaciół. Potem zrozumiałam swoją naturę i akceptacja siebie przyszła później. Jestem takim prawdziwym samotnikiem. Tak, nie zawiązuję głębokich relacji. To jest mój wybór. Nie mam przyjaciółek i nie tęsknię za tym, ale też nie odrzucam tego. Czy przez to jaka jestem mam czuć się gorsza? Oczywiście, że nie. Najgłębszą relację tworzę ze współmałżonkiem, ale moja natura daje znać o sobie, tak czy inaczej. Próbowałam ją kiedyś przeskoczyć, ale oszukać samej siebie się nie da. Nie wyszłam na tym zbyt dobrze. Poza tym, nikt nie nauczył mnie budowania relacji, kiedy byłam dzieckiem. Musiałam uczyć się tego sama, bazując na własnym doświadczeniu. Ta nauka pełna była pomyłek, błędów i pełna też bólu. Zapewne w dalszym ciągu nie jest pozbawiona błędów. Ciągle jeszcze inni ludzie pokazują mi, co powinnam poprawić.

Droga jaką idę, nie przybliża mnie specjalnie do ludzi, ale też nie oddala. Uczy mnie bardziej dystansu, stania z boku i roli obserwatora. Nie robię absolutnie nic, aby mieć więcej znajomych czy przyjaciół. Nie dążę do tego. Jestem sobą i nie zwracam uwagi na to, co ktoś sobie o mnie pomyśli i jak mnie odbierze. W każdej relacji jestem bardziej świadoma i to jest dla mnie najważniejsze. Mam mniej znajomych, ale to nie ilość wyznacza jakość. Wszystkie relacje zmieniły się mniej więcej wtedy, kiedy przestałam bać się samotności. Kiedy zobaczyłam, że wcale nie jest taka straszna i wiele dobrego wnosi w nasze życie. Obecność drugiego człowieka zyskała wtedy inne znaczenie, a relacje się zmieniły. Już nie trzymam się tak kurczowo człowieka, nie robię wszystkiego, by go zatrzymać, by tylko był. Nie schlebiam nikomu, nie próbuję się przypodobać. Pozwalam sobie być sobą, nawet jak to komuś nie odpowiada. Wolna droga… Nikogo na siłę nie trzymam. Coraz częściej udaje mi się patrzeć na drugiego człowieka wyłączając moje ego. Kiedyś nie potrafiłam zostawić za progiem mojej perspektywy, mojej oceny kogoś. Były osoby bardziej lub mniej lubiane. Dziś ludzie jawią mi się jakby jednakowi. Tak samo podchodzę do każdego. Osobiste żale czy pretensje gdzieś tam zanikają, nie dochodzą do głosu. Zwiększyła się też odporność na energetycznych pożeraczy. Takie obserwacje są bardzo ciekawe. Fajnie tak stanąć obok siebie i przyglądać się swojej osobie.

Najważniejszą relacją w naszym życiu jest jednak relacja z samym sobą. O nią powinniśmy dbać w pierwszej kolejności, bo to ze sobą spędzamy najwięcej czasu.

Bądź swoim najlepszym przyjacielem.

Spróbujmy spojrzeć wstecz, za siebie, w naszą przeszłość. Czy nasze dotychczasowe relacje pozwoliły nam nauczyć się jak komunikować się z innymi? A ze sobą? Jak to jest z tą najważniejszą relacją? Nigdy nie zrozumiemy innych, bez zrozumienia samego siebie. Zerknijmy głębiej w nasze relacje z innymi ludźmi, ale przede wszystkim w siebie. To jest najlepsza inwestycja.

Reklamy

Komentarze nie są moderowane. To nie kółko wzajemnej adoracji. Pamiętaj tylko, że Twoja wypowiedź świadczy o Tobie, nie o mnie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s