Moja droga, czyli droga wolności

Kilka lat temu zetknęłam się z buddyzmem i jeden nurt stał mi się niezwykle bliski. Zen miałam w sercu jeszcze zanim go poznałam. Czasem mam wrażenie, że był we mnie, nieodkryty i nieuświadomiony. Nie byłabym jednak sobą, gdybym i tu nie wychodziła poza schematy.

g_123962
źródło: https://galerie.alittlemarket.com/

Nie dla mnie są wszelkie organizacje i ośrodki Zen, które nie różnią się zbytnio od innych instytucji religijnych. Jak to pięknie napisał Sensei Sevan Ross:

„Ośrodki Zen próbują wypełniać rolę pół-etatowych zakonów, pełno-etatowych kościołów, a często także psychologicznych i społecznych poradni”.

Poza tym, jak w większości organizacji nakładane są na członka obowiązki, zasady i co ważne, opłaty. Rozumiem, że to wszystko jest potrzebne do sprawnego funkcjonowania. To jednak stanowczo nie dla mnie. Wybieram mój Zen, mój styl życia, bez autorytetów, gdzie najlepszym nauczycielem jestem ja sama. To jest moja wolność, którą żyję na co dzień. Wszystkie odpowiedzi są przecież we mnie. Nie muszę szukać Mistrza, on jest we mnie, tylko muszę się wsłuchać w siebie. Zen mnie prowadzi we właściwym sobie kierunku. To moje doświadczenie. Tak czuję Zen. Jest każdym oddechem i każdą czynnością. Jest prostotą, którą wprowadzam w życie. Nie muszę szukać go w ośrodkach i spotkaniach. Nie muszę płacić, bo nic nie kosztuje. Zen, to praktyka i doświadczenie. Praktyka u mnie wynika głęboko z doświadczenia, mojego, nie innej osoby. Powoli wdrażam ją w życie, podążając za oddechem. Nie mam ołtarzyka żadnego buddy, nie składam nikomu pokłonów, nie modlę się do niego. Nie zamierzam tego robić. Budda to stan, który osiągnąć może każdy z nas. Podchodząc do medytacji mam zawsze w sercu słowa Vimala Thakar:

„Medytacja jest działaniem ciszy. W medytacji cały umysł pogrążony jest w ciszy. Koncentracja wymaga wycofania całej energii i skupienia jej na pewnym punkcie, lecz obiekt uwagi jest z góry ustalony i na nim skupiona zostaje cała energia. Nazywa się to mylnie medytacją. Jest to koncentracja, lecz nie ma to zupełnie nic wspólnego z medytacją. Medytacja jest możliwa bez oderwania. Medytacja jest możliwa w ruchu, w działaniu, medytacja to wszechogarniająca uwaga. Medytacja jest działaniem ciszy, lecz nie ciszy statycznej. Nie ciszy w znaczeniu negatywnym, będącej brakiem aktywności. To wcale nie jest ciszą. Nie wystarczy zamilknąć, aby była cisza. Cisza jest siłą twórczą o ogromnym potencjale, jest siłą niezwykle dynamiczną. Tak wiec medytacja oznacza nowe podejście do życia, kiedy to równocześnie obserwujemy obiektywny bodziec, nasze reakcje i przyczyny, które te reakcje wywołują, bez utożsamienia się z czymkolwiek. Obserwowanie psychiki i umysłu będzie początkiem medytacji. Poznanie subtelnego i bliskiego związku, jaki istnieje między ciałem a umysłem, jest medytacją. Nie wiedzy o sobie, nie gromadzenie teorii, nie zbieranie doświadczeń innych ludzi,lecz obserwowanie siebie w każdej chwili”.

Spotkałam się z ostrzeżeniami, że samotna praktyka może prowadzić do ślepej uliczki lub do zniechęcenia. Przeczytałam nawet gdzieś, że jest ona niemożliwa. Jestem z natury przekorną osobą i wszystkie słowa wkładam najpierw „między bajki”, stawiam w odpowiednim dystansie i próbuję sama przekonać się, w kierunku czego powiedzie mnie moja świadomość i moje doświadczenie. Nie dam się złapać w żadne schematy, nawet te, w które próbują ustawić mnie mistrzowie Zen i nauczyciele. Jestem poza słowami i poza schematami. Idę własną drogą i żyję moim własnym Zen, jakkolwiek to śmiesznie i niedorzecznie zabrzmi.

Czy jestem buddystką? Nie. Nie jestem też katolikiem, chrześcijaninem czy ateistką. Zawsze jestem sobą. Jezus powiedział „Jestem, który jestem”. I miał rację. Powtórzę dziś za nim; jestem, która jestem. Nie lubię przyklejania etykietek.

Mój Zen to dla mnie po prostu świadome i proste życie. Poza słowami, a nawet trochę poza systemem. Mam naturę outsidera nie poddającego się tak ulegle niczemu, poza tym, co wypływa z głębin mojego Ja i niegodzącego się z przyjętymi normami, schematami, zwyczajami, modą czy nawet prawem. Tak, jestem niedostosowana do dzisiejszych czasów i cholernie mi z tym dobrze. Chcę żyć maksymalnie prosto, jak tylko aktualnie będę w stanie, starając się obywać bez wielu rzeczy. Podziwiam tych, którym udaje się żyć poza systemem, jednak nie zamierzam zostać drugim Chris’em McCandless’em.

Zaczęłam nawet uczyć się podstaw Jogi. Powoli chcę zmieniać moje życie na każdym polu. Nawet lekarzy coraz rzadziej odwiedzam, co nie znaczy, że nie choruję. Lekarzy odwiedzam w naprawdę wyjątkowych sytuacjach. Kiedyś ciągnęłam dzieci z byle kaszlem, byle katarem i stosowałam się do wskazówek, wychodząc z założenia, że oni wiedzą co robią. To był błąd, bo wypisali wiele niepotrzebnych i zbytecznych leków. Od jakiegoś czasu wszystko, co zalecone przesiewam przez specjalny filtr. Sprawdzam skład i szukam informacji. Wyliczam wszystkie „za” i „przeciw”. Zaczynam zawsze od ziół. Zdaję sobie sprawę jednak, że nie jest to panaceum na wszystko. One potrafią uczyć pokory. To nie jest cudowny środek na wszystkie choroby, ale warto próbować naturalnej terapii i jeśli ta nie zadziała, dopiero wtedy sięgnąć po lekarstwa. Lekarskie możliwości są zwyczajnie przeceniane, ponieważ w większości przypadków praktycznie nie pomogli, czasem wręcz szkodzili. Jak Pani, która na wszystko Biseptol przepisywała, twierdząc, że to nie antybiotyk i osłonowych brać nie trzeba. Potem była wielce zdziwiona, że grzyby wyrosły i zaprzeczała, że to nie po jej leku. Kiedy następnym razem do niej przyszłam z innym dzieckiem, inną dolegliwością i znów Biseptol chciała dać, stwierdziłam, że mam dość. Oczywiście odmówiłam. Moje zaufanie do lekarzy nawet zera nie sięga, jest właściwie na minusie, ale to chyba dobrze, z większą świadomością ich odwiedzam. Nie należy przyjmować wszystkiego tak bezkrytycznie, co mówią lekarze.To nie są wszystkowiedzący i zawsze mający rację bogowie, tylko ludzie, którzy się mylą. Nie należy łykać wszystkiego bez zastanowienia, bo lekarz przepisał. Zawsze warto szukać naturalnych sposobów na złagodzenie dolegliwości. Fakt, one nie działają w sposób tak ekspresowy, jak na katar środki z pseudoefedryną, ale nie każda droga na skróty jest drogą dobrą. Postępujmy tak w wyjątkowych sytuacjach, kiedy wszystkie inne sposoby już zawiodły. Sama w tej chwili przechodzę infekcję, którą sprzedają mi zawsze dzieciaki i mam strasznie zatkany nos, a moje uszy ledwo wytrzymują ten stan. Jednak tym razem jeszcze się nie poddaję. Chodzę właśnie z czosnkiem w nosie. 😉 Zawsze katar kończył się antybiotykiem na uszy, które są bardzo wrażliwą częścią mojego organizmu, albo na zatoki. Tym razem powiedziałam sobie, że tak szybko się nie poddam. Zrobię wszystko co w mojej mocy, aby wymigać się od antybiotyku. [P.S – udało się]

Zdaję sobie sprawę, że świadomość powinna także dotyczyć żywienia. Dotąd nie lubiłam gotowania, powoli jednak i to zaczyna się zmieniać. To dzieci zniechęciły mnie do gotowania i zabiły we mnie tą kulinarną pasję, która gdzieś tam jednak we mnie była. Jako młoda dziewczyna, lubiłam sobie wymyślać potrawy i uwielbiałam pomagać babci w kucharzeniu. Coraz częściej jednak wchodzę do kuchni, starając się wyjść poza ciasny schemat kulinarny dwójki moich dzieci i wymyślam coś fajnego, starając się urozmaicać nam posiłki. Muszę przyznać, że w tej kwestii mobilizuje mnie najbardziej najstarsza córka. Ona lubi gotować i chyba troszkę mnie tym zaraża. Poza tym, staram się patrzeć na składniki, które dodaję, sprawdzając które mi służą, a które nie. Może kiedyś dostosuję do swojego organizmu najlepszy dla mnie sposób żywienia. Nie chodzi tu wcale o diety czy odchudzanie. Chodzi bardziej o świadome jedzenie, ponieważ i na tym polu świadomość także jest potrzebna.

Zawsze staram się pamiętać o drodze środka i nie popadać w skrajności.

„Usiłujemy trzymać się nauk i pojąć ich sens. Tymczasem prawda jest jak deszcz wchłaniany przez twardą glebę. Krople deszczu są bardzo delikatne – dlatego nabieramy miękkości bardzo powoli, we własnym tempie. Ale gdy już się to stanie, zmieniamy się bezpowrotnie. Twarda ziemia zmiękła. Nie dzieje się tak dlatego, że próbowaliśmy coś osiągnąć. Dzieje się tak, ponieważ pozwoliliśmy czemuś odejść, rozpłynąć się, ponieważ się odprężyliśmy, zapragnęliśmy i postanowiliśmy porozumieć się sami ze sobą i z innymi. Każdy z nas znajduje swoją własną drogę” – Pema Cziedryn.

A ta droga jest moja.

Reklamy

5 Replies to “Moja droga, czyli droga wolności”

  1. Nitko!Na Twój wpis wszedłem zupełnie przypadkowo. Każdego żeńskiego bloga obwąchuję, jak pies jeża i bardzo rzadko znajduję coś inspirującego mnie. Z rosnącym zainteresowaniem zacząłem Cię czytać, nabierając szacunku do Twojego przedstawiania świata. Nie wiem czy znasz blog S.Pęksyka, ale on wyznaje (tak mi się wydaje), podobne Twoim wartości,tylko że Ty umiesz to przedstawić w o wiele bardziej „przyjaznej” formie.Ze zdumieniem przyznaję, że choć dzielą nas płcie i różnica wieku, bliżej mi do Ciebie niż do baaardzo wielu osobników homo, (ponoć) sapiens. Nigdy nie „uprawiałem” żadnej z religii i choć wychowany w religijnym środowisku nie miałem skłonności do żadnej „bozi”. Nie wiem czy to cecha genetyki, czy też „skaza” charakteru? Nie miałem również nabożeństwa do przeróżnych dumań, medytacji, czy wpatrywania się we własny pępek, ale bardzo mnie przekonuje Twoja filozofia. Ja przyjąłem dla siebie taką: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe.” A to co Ty proponujesz, może nie proponujesz, a obwieszczasz chętnym Twej myśli, trafia do mojego przekonania i skłaniado chapeau bas przed Tobą! Wpisałem Cię do „ulubione” i będę śledził Twoje zmagania ze skrzeczącą rzeczywistością. Od czasu do czasu pozwalając sobie na starcze dywagacje.ukłony, szerszeń

  2. Witaj Szerszeniu w moich progach. Oczywiście, znam blog S. Penksyka. Mam go w moich ulubionych. Podczas czytania jego bloga, poczułam coś w rodzaju bliskiej mi energii. Ciebie również tam spotkałam, wiec nie jesteś mi aż tak bardzo obcy. 🙂 Co do tych dywagacji, jeśli oczekujesz dyskusji, będzie to raczej trudne. Nie mam w zwyczaju polemizować z czyjąś rzeczywistością. Przyjmuję ją raczej bez zastrzeżeń, co w żaden sposób nie będzie spowodowane ignorancją, lecz takim a nie innym podejściem do wszelkich polemik. Kłaniam się również. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s