Nie dla wszystkich, czyli wieśniarą być

Mija wkrótce 3,5 roku odkąd porzuciłam miasto i zamieszkałam na wsi. Pierwszy rok był czasem, który można porównać do czasu zakochania. Wielkie emocje i permanentny stan funkcjonowania ciała, duszy i emocji na wyższych obrotach. Bardzo fajny stan, ale dobrze, że nie trwa wiecznie.

Bardzo często media przedstawiają mieszkanie na wsi jako typową sielankę. Czyste powietrze, brak pośpiechu i wizja cudownego raju. Siedliska poza miastem sprzedają się jak świeże bułeczki. Ludzie kuszeni są tymi pięknymi wizjami. Tymczasem, mieszkanie na wsi ma swoje plusy i minusy, jak wszystko w życiu. Przeprowadzając się z miasta na wieś nie liczyłam na sielankę, byłam nastawiona na trudności. Może dlatego dziś nie żałuję swojej decyzji. Są jednak ludzie, którzy po niezbyt długim czasie zostają brutalnie zderzeni z rzeczywistością i wracają znów do miasta, bo dzieci trzeba wciąż dowozić i odbierać, bo do lekarza daleko lub do kina, bo dzieci mają mniejsze możliwości rozwoju. Jak to się stało, że wcześniej o tym nie wiedzieli? Mieszkając na wsi samochód jest koniecznością w ciągłym użyciu. Wprawdzie czasem auta się psują i trzeba się bez niego obyć. Wtedy jest bardzo trudno. Był czas, kiedy przy temperaturze -15 stopni musieliśmy iść na zakupy ponad 5km do miasta na piechotę. Nie wspominam jednak źle tego czasu, bo lubię spacery.

Oglądanie pięknych i zadbanych ogrodów z właścicielką popijającą kawę na tarasie, korzystającą z uroków wsi to też jest mit, albo raczej sprytny marketing, dla bogaczy raczej. Aby mieć taki ogród potrzeba bardzo wiele pracy i nierzadko nie ma już czasu na relaks, a kiedy już się znajdzie, to kosztem czegoś. Kosztem przymrużenia oka na niedoskonałości.

W święto zmarłych wracając z cmentarza na poboczach miasta, w którym mieszkają moi rodzice, przechodziłam obok posiadłości znanego lekarza. Trawka wystrzyżona, ogród o niebo lepszy od mojego, a przecież tyle pracy w niego wkładam, poświęcając mu całe dnie, jako osoba niepracująca zawodowo. Właściciele pracują zawodowo, a lekarz, jak to lekarz, jeszcze z prywatną praktyką, wiadomo, że nie ma czasu na dbanie o ogród. Ale przechodzą sobie mieszczuchy obok takiej posiadłości i marzą o takim domku z ogrodem. Widzą oczami wyobraźni jak siedzą sobie ze współmałżonkiem na takim tarasie i wreszcie odpoczywają. Zejdźcie na ziemię. Piękny ogród sam się zrobi? To sen, dla większości nierealny i nie do zrealizowania. To jest wizja dla bogaczy, których stać na utrzymanie ogrodnika, niani i może jeszcze kilku innych pracowników. Zwykły, średnio zarabiający człowiek musi liczyć na własną pracę, samemu o wszystko dbać. Samemu rąbać drewno na opał, często nawet samemu drzewo ścinać, wstać bladym świtem, by napalić w piecu, by dzieci miały ciepło jak wstaną do szkoły, samemu strzyc trawnik, przekopywać na jesień warzywniak, zimą odgarnąć śnieg i wiele innych prac. Mieszkanie na wsi to nie sielanka, to rzeczywistość wymagająca sporo wysiłku, nawet bez rolnictwa i zwierząt gospodarskich. Nawet mając sam trawnik wokół domu jest dużo pracy, widząc w jakim tempie trawa rośnie i nasz piękny trawnik przestaje przypominać angielskie ogrody. Nie mówiąc już o perzu i chwastach, które w mig opanowują teren. Do tego nawożenie, wertykulacja. Jest co robić, naprawdę.

Dzieciństwo spędziłam na wsi i nigdy nie umiałam odnaleźć się w mieście. Ze wsi wyszłam i na wieś wróciłam. Zawsze wiedziałam, że tak będzie. Nigdy nie byłam typowym mieszczuchem. Zawsze byłam za wrażliwa na życie w mieście. Wiedziałam więc na co się porywam, aczkolwiek zdawałam sobie sprawę, że jako dziecko mogłam nie widzieć wszystkiego, nie zdawać sobie sprawy z wielu rzeczy dla mnie wtedy niedostępnych. Nie wyobrażałam sobie jednak życia wśród murów, blokowisk, ogromnej ilości ludzi i tego wszystkiego, co niesie ze sobą miasto. Mój charakter nigdy do miasta nie pasował. Jako dziecko pomagałam dziadkom przy zwierzętach, jeździłam z dziadkiem furmanką o 4.00 nad ranem do mleczarni. Zupełnie nie pamiętam tego miejsca ani co tam dziadek robił, bo przesypiałam całą drogę, ale uwielbiałam to. Przygotowywałam paszę dla świń z babcią i do dziś pamiętam ten zapach. To, co najpiękniejsze w moich wspomnieniach to dziadek i kolonie; zadupie takie, że wrony już nawet nie zawracały, bo nie dolatywały. Całe życie tam chciałam mieszkać, choć to by była prawdziwa szkoła przetrwania. Wybrałam inne miejsce, w którym łatwiej na pewno się żyje, ale nie jest pozbawione problemów. Choć czasem jest bardzo ciężko, to kocham to miejsce, tak samo jak dziadka i kolonie. Nie ma wyjść do sklepu, jest wyprawa. Trzeba umieć zaplanować, co będzie potrzebne lub nauczyć się bez nich obywać, jak czegoś zabraknie. Nie mam poczty, żadnego sklepu, kina, teatru czy fryzjera. Nawet autobusu tu nie ma, tylko szkolny. Nie mamy też drugiego samochodu, bym mogła się ruszyć z mojej wsi. Wolę jednak iść na piechotę 5km do sklepu, niż pół życia spędzać w warszawskich korkach. Fachu fryzjerstwa nauczyła mnie potrzeba.  Na nasze wymagania wystarczy. Nie mam też lekarza i każda wizyta to duże utrudnienie (głównie finansowe i czasowe), w szczególności, kiedy zdrowie zaczyna Cię opuszczać, tak jak to jest w moim przypadku. Dojazdy do lekarza zajmują nam znacznie więcej czasu na wsi, niż w mieście, kiedy wszystko było na miejscu. Nauczyłam się obywać bez wielu rzeczy, ale umówmy się, nie każdy będzie to potrafił. Dla kogoś, kto całe życie mieszkał w mieście i wszystko miał na miejscu, może okazać się zbyt trudne na dłuższą metę. A po kilku miesiącach nagle okaże się, że czas „achów”,”ochów” dawno minął i zaczęła się rzeczywistość, której się ktoś nie spodziewał. Bo nikt im o tym nie mówił, bo nie spodziewali się, nie wiedzieli.

Wieś nie jest dla wszystkich, ale z pewnością jest dla mnie. Kiedyś chciałam mieszkać z dala od ludzi, na uboczu wsi, gdzieś pod lasem i nie mieć sąsiadów. Dziś cieszę się, że ci ludzie są, że mam sąsiadów i jest do kogo usta otworzyć. Naprawdę lubię moją wieś a trudności nie sprawiają, że chcę brać nogi za pas i wracać do bloku. Tu się żyje inaczej, to prawda. Inna mentalność, inny sposób życia, to też prawda, ale sielanką bym tego nie nazwała. Kiedy wpada się do znajomych na wieś z wizytą, to czasem może to tak wyglądać, ale są to jedynie nasze wyobrażenia. Oczywiście nic z tego, co piszę nie będzie aktualne, jeśli mamy pieniędzy w bród i nie musimy ich ciągle liczyć. Piszę o zwykłym Kowalskim, takim jak ja.

Myślę, że nie jestem odosobniona w swoich odczuciach i wielu z nas, żyjących na wsi, nigdy by nie zamieniło jej na miasto, pomimo trudności, jakie się pojawiają. Wszak czy w mieście ich nie ma? Są, tylko innego rodzaju.

Nie wyobrażam sobie życia bez mojego podwórka, bez ogrodu. Tu żyję bliżej natury, z rytmem pór roku. Zimą zwalniam, wiosną nabieram tempa.

Polecam życie na wsi, ale tym jedynie, którzy stąpają mocno po ziemi. Tym, którzy realnie widzą rzeczywistość, spodziewają się problemów, ale są w stanie stawić im czoła i wolą to niż wracanie po pracy do wygodnego wprawdzie, ale jednak blokowiska. Tym wreszcie, którzy umieją stawić czoła samym sobie i żyć bez znieczulaczy; typu puby, markety, galerie, bez zagłuszaczy w postaci miejskiego zgiełku, dyskotek i tłumów ludzi. Czy to wina wsi, że człowiek pozbawiony tego wszystkiego odkrywa po jakimś czasie tylko pustkę, że nie dojrzał jeszcze do wielu rzeczy? Czy rozczarowani są na pewno wsią czy sobą raczej?

Wieś jest piękna, ale nie dla każdego.

A na koniec, w ramach relaksu, polecam wszystkim do przeczytania bardzo specyficzny humor: „Z pamiętnika…”. Rzeczywistość ukazana trochę w krzywym zwierciadle.

Reklamy

3 Replies to “Nie dla wszystkich, czyli wieśniarą być”

  1. przygotowałaś ten post w każdym szczególe, znalazłaś i opisałaś każdą kłującą igiełkę. Mogę to napisać, bo znam to. Tak bliski mi tekst, wrócę do niego.dziękuję…

  2. Jakie to prawdziwe co piszesz. Doskonale to rozumiem i mam tak samo, nie zamieniłabym już życia na wsi, na życie w mieście. Chociaż wcale nie jest tak łatwo, jak to widzą czasem odwiedzająca nas rodzina i znajomi 😉 Kiedyś się denerwowałam, jak twierdzili, że mamy sielskie życie, bez problemów albo wytykali, że np. coś zarośnięte lub nieposprzątane jest i jak tak może być, przecież cały dzień siedzę i nic nie robię, tylko napawam się swobodą i widokami. Teraz już nic im nie mówię, tylko się uśmiecham, a oni wracają do miasta i coraz rzadsze te odwiedziny są 🙂 Pozdrawiam serdecznie.

Komentarze nie są moderowane. To nie kółko wzajemnej adoracji. Pamiętaj tylko, że Twoja wypowiedź świadczy o Tobie, nie o mnie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s