Historia jednego ogłoszenia

Kiedy przedwczoraj szłam na wizytę do neurologa w Bielsku, na szybie pobliskiego sklepu z odzieżą zobaczyłam przyklejone ogłoszenie: „Przyjmę do pracy. Wiadomość w sklepie”. Cały dzień to ogłoszenie nie dawało mi spokoju. Biłam się z myślami i z samą sobą. Wczoraj musiałam zrobić badania krwi zlecone przez lekarza, przeszłam znów koło tego sklepu i zatrzymałam się. Wejść, nie wejść…


Ostatecznie weszłam, kupiłam córce kozaczki na wyprzedaży i zapytałam o ogłoszenie. Zbierano CV, zostawiłam więc swoje i wyszłam, mając nadzieję, że nikt mnie nie zechce.

Nie chodzi nawet o to czy mam jakieś szanse, bo zapewne nie mam. Chodzi o to pytanie, które zadaję sobie od wielu już lat. Ostatnio zadał mi je mój P. CZY CHCESZ PODJĄĆ PRACĘ? Gonitwa myśli… Pomińmy fakt, co ja chcę. Skupmy się na całej rodzinie. Dla mnie ona zawsze była i będzie priorytetem. Sklepy otwierają o 9.00, zamykają o 17.00. Najbardziej dostępna i możliwa do znalezienia jest praca w tych właśnie godzinach. Trudności w jej podjęciu wydają się prozaiczne. Na taką godzinę nie mam jak dojechać. Moje kochanie pracuje od 7.00-15.00. Na dwa samochody nie było i nie będzie nas stać. Takie wyjście mija się z celem. Nie ma mowy o wyjeżdżaniu przed 7.00 i wracaniu po 18.00. Zresztą, ostatni autobus nie dojeżdża do mojej miejscowości, bo tu nic nie kursuje. Codzienne przejście 5 km, szczególnie zimą przy zawiejach, zamieciach i temp. -25 stopni, co wcale nie jest jakimś tam ewenementem w tej części kraju, również nie wchodzi w rachubę. Dojeżdżanie po mnie, w innych godzinach, zwiększa koszty. Poza tym, do pracy trzeba się ubrać. Nie wystarczy, jak w tym wypadku, jeden komplet wyjściowy. Spora część gotówki idzie na stroje, buty, fryzjera i inne rzeczy, których teraz nie potrzebuję. Tu potrzebuję jedynie dobrych kaloszy i roboczego, wygodnego stroju, nic więcej. Koszty bardzo się zwiększają. Wyjdzie więc na to, że większa część gotówki pójdzie  na niepotrzebne wcale mi pierdoły, zamiast na rodzinę. Najważniejszy jednak w tym wszystkim jest fakt, że domu nie będzie nikt prowadził, bo ja przecie będę cały dzień w pracy. Dzieci same, z kluczem na szyi, mój całkiem spory ogród upodobni się do opuszczonej działki sąsiada, a ja będę nadrabiała domowe zaległości do północy, albo dłużej. Już teraz mam dużo pracy i nierzadko do późnego wieczora. Musiałabym mieć chyba nadludzką siłę, by podołać temu, co dla mnie najważniejsze.

Wiele kobiet decyduje się na pracę z różnych powodów. Są jedynymi żywicielami i muszą. Inne potrzebują wyjścia z domu zwyczajnie, ładnych ciuchów, kosmetyków, kontaktu z ludźmi i wielu może innych rzeczy. Twierdzą, że zwariowałyby, gdyby im przyszło 15 lat zajmować się domem, jak w moim przypadku. Wreszcie dochodzimy do głównego pytania. Czy mi jest z tym źle? Czego ja potrzebuję?

Komuś, kto czyta tego bloga, nie będzie trudno odpowiedzieć na to pytanie. W pełni odnajduję się w tej roli i nie wyobrażam sobie, że coś mogłoby być ważniejsze od rodziny i domu. Można powiedzieć, że wychowała mnie babcia. Później wracałam do pustego domu. Byłam typowym przykładem dziecka z kluczem zawieszonym na szyi. Od zawsze wiedziałam, że mój dom będzie inny; ciepły, najważniejszy i póki żyję, pełen mnie. Zdaję sobie sprawę, że w tej kwestii mam staroświeckie podejście. Z tą różnicą, że w żaden sposób nie zapominam o sobie, w pełni się realizuję. Mam swoje marzenia dotyczące tego czym chciałabym się zajmować i pomysł jak pogodzić wszystkie sprawy, nie zmieniając diametralnie swojego życia. Póki co, na dzień dzisiejszy, to tylko marzenia, ale jak najbardziej realne. Praca przez cały dzień poza domem do nich nie należy.

Myślę, że miałam wiele szczęścia w życiu. Zawsze robiłam to, co lubiłam. Jestem bardzo charakterną osobą i jeśli coś mi nie pasuje, to nie dam się do tego zmusić. Nie zmienią tego pieniądze ani jakakolwiek forma nacisku. Muszę to lubić. Studia rzuciłam tuż przed końcem, został mi tylko rok i wiem, że ich nie dokończę. Nigdy nie dałam się zmusić do robienia czegoś, co było wbrew mojej woli i czego robić nie lubiłam. Nigdy nie wybrałam kasy, kosztem mnie i osób dla mnie najważniejszych. Nie czuję, że coś w życiu straciłam. Dopiero teraz natomiast zrozumiałam jak wiele zyskałam. Mogę spełnić swoje marzenia. Robić to, co lubię i może przy okazji dorabiać. Potrzebuje tylko czasu, doświadczenia i odrobiny pomocy. Pomysłów w głowie troszkę mam, tylko nie bardzo jeszcze wiem jak się za to zabrać.

Najlepszym prezentem jaki możemy dać ukochanym osobom jest dawanie siebie.

Reklamy

3 Replies to “Historia jednego ogłoszenia”

  1. Dopiero trafiłam na tego bloga i jeszcze nic nie wiem o Autorce, ale już podoba mi się podejście do życia. My matki jesteśmy rodzinie potrzebne, bez nas wszystko jest nijakie, niepełne, zubożałe. Jak zdążyłam się zorientować – Autorka zajmuje się ogrodem – dostarcza więc swojej rodzinie bezcennych wartości z własnych upraw.Tak trzymać.Szczęścia w Nowym Roku życzę!

  2. Dziękuję, bo u nas Nowy Rok akurat zaczyna się jutro. Dziś po raz drugi obchodzimy Sylwester. I Tobie szczęścia również życzę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s